Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

thriller · 1 godz. 39 min czytania

Ostatni Dom - MAMA cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Ostatni Dom - Mama. Część 1{/b}

{b}Obcy świat{/b}

Nagle zdał sobie sprawę, że tu jest, a to przecież niemożliwe. Spojrzał w górę. Błękit. Nie było sufitu. Mógłby podskakiwać, wchodzić na krzesła i stoły, a był pewny, że niczego nie sięgnie. Jego twarz poczuła przyjemny powiew. Powietrze. Ale inne. Mokre. Doświadczenie to, choć przyjemne i wyraźne, nie mogło pochodzić z jego życia. Był zupełnie kimś innym choć czuł się swobodnie. Jakby dotarł do miejsca, do którego rozpaczliwie tęsknił. Szum. Nie wszechobecny, monotonny szum z przewodów wentylacji który jest niesłyszalny, dopóki człowiek sobie o nim nie przypomni, ale coś bardziej jak szelest. Nierówny. Co mogłoby wydawać takie odgłosy? W okolicy nie było ani jednego wiatraka, ani jednej pompy. Nie widział niczego poza bezkresnym błękitem i zieloną, miękką podłogą. Ta podłoga. Schylił się i przyłożył do niej dłoń. Chłodna i mokra. Przyjemna. Nagle znikąd w niedalekiej odległości pojawił się nieregularny kształt. Był znajomy. Tak oczywisty, że aż dziw, że zwrócił na niego uwagę. Drzewo. Piękne, potężne drzewo z zielonymi …. Nigdy nie widział takiego słupa. Powykręcany pełen mniejszych słupków w dziwnej, bezsensownej orientacji. Słup powinien być prosty, owalny, służyć do podtrzymania sufitu. Ten tutaj nie miał żadnej funkcji. Błękit nad głową powinien być szary, brudny. Powinien być tu sufit. Podłoga, szara, twarda, zimna. Nie przyjemnie chłodna, a zimna. Na jego oczach bezkres błękitu zastąpił szary korytarz pomalowany farbą, której pierwotnego koloru nikt nie potrafił odgadnąć. Trawę przykrył brudny, twardy beton. Niebo zakrył szary sufit. Tak właśnie powinno być. Tak przecież wygląda życie. Tak wyglądam Dom. Nagle, niczym walnięty młotem, poczuł odrazę. Niezrozumiałą, nieopisaną. Wstręt do wszystkiego co go otacza. Do twardej podłogi, nieznośnego szumu, okropnego smrodu. Do niewygodnych zbyt ciasnych ubrań i butów. Czuł, że gdyby tylko chciał, mógłby jedną myślą wymazać ściany i wrócić do …. Drzewa … i otwartego błękitu. Gdyby tylko chciał …

{b}Rutyna{/b}

Obudził się zlany potem. - Znowu przed budzikiem. - Pomyślał. Potworne wycie gwizdka z trzeszczących, wszechobecnych głośników wraz z włączeniem światła każdego dnia sygnalizowały nastanie poranka i rozpoczęcie pracy w Domu. Tylko wtedy wolno było wstać z łóżka. Tym razem Adam 84 znowu obudził się wcześniej. Chłopiec miał 15 lat i uczęszczał do ostatniej klasy w szkole. Z racji tego, że nie osiągnął jeszcze pełnoletności przysługiwał mu dłuższy sen. Jak mawiała jego wychowawczyni Pani Hiacynta, dla lepszej sprawności młodych umysłów. Adam pozostawał w bezruchu. Mimo nagłego wyrwania go z błogiego snu nie odważył się poruszyć ani odrobinę. Nie westchnął ani nie wydał z siebie najmniejszego odgłosu. Mama czuwała. Nie wiadomo w jaki sposób, ale w całym Domu, niezależnie od miejsca pobytu, uszy Mamy były wszędzie. Nocą potrafiła usłyszeć najdrobniejszy szept. Adam nie chciał, żeby go usłyszano. Ostatnie miesiące były dla niego trudne i wybudzony w środku nocy zaczął wiercić się pod kocem. Wychowawcy wpadli do pokoju i wywlekli do pomieszczenia zwanego oślim kątem. Tam rozebrali go do naga i oblewali cuchnącą wodą. Kiedy odprowadzili do pokoju zniknęły koce i ubrania. Musiał spać nago na gołych bambusowych kijach. Rzeczy oddano mu tuż przed wyjściem do szkoły mimo to wciąż śmierdział nieznośnie przez co był obiektem drwin ze strony kolegów i koleżanek. Ale najgorszy był czas wolny. Kazano mu czyścić podłogi i ściany w skrzydle dziewczęcym. Kara była tym dotkliwsza, że Pani Hiacynta przyzwalała, a Adamowi wydawało się, że w jakiś sposób nawet zachęcała dziewczynki do wyszydzania go. Dopiero przed snem wychowawcy pozwolili mu się umyć. Przez ostatni rok miało to miejsce nie raz i nie on jeden przechodził podobne kary.

Adam leżał w bezruchu kontrolując oddech. Było to naturalne. Chęć uniknięcia kary była oczywista, choć w jego umyśle co i rusz gościły dziwne, obce myśli. - Czemu musi tak być? Czy mogłoby być tak, że można się budzić o której godzinie się chce? I robić w tym czasie co się chce? Pani Hiacynta powtarza, że potrzebujemy snu do rozwoju naszych młodych umysłów, ale skoro i tak nie śpię, to nie powinienem móc spędzać czasu inaczej? W pokoju panował mrok. Adam i tak nie mógłby spędzić czasu w żaden inny sposób. Myśl o tym, że mógłby poprosić Mamę o światło nie mieściła się w głowie. Gdyby wypowiedział to życzenie, Pani Hiacynta, wychowawczyni jego klasy, powiedziałaby to całej klasie i stałby się pośmiewiskiem. Kilka dni temu Gosia poprosiła Mamę o lakier do paznokci. Dziewczynki często proszą o jakieś drobiazgi, ale lakier do paznokci zarezerwowany jest tylko dla dorosłych i tylko dla Służby Domowej. W dodatku wręcza się go za wybitne zasługi. Mamie ta prośba musiała wydać się tak niedorzeczna, że przekazała ją Wychowawczyni. Dziewczynka została wyśmiana przez klasę. Adam nie pamiętał, czy ktoś prosił kiedyś Mamę o światło, ale skoro nie pamiętał to pewnie nikt, a skoro nikt, znaczyło to, że albo każdy się bał, albo nikt tego nie potrzebował. Skoro nikt o to nie prosił, Adam nie chciał być odszczepieńcem. To, że ktoś poprosiłby o światło, a Mama spełniłaby tą prośbę było niemożliwe. Każdy się chwali, kiedy tylko Mama spełniła jakieś życzenie. Nawet dorośli. Jakiś czas temu w skrzydle szkolnym był konkurs recytatorski. Polegał na wyrecytowaniu ulubionego wiersza i uzasadnieniu czemu jest on tym ulubionym. Wygrał go kolega Adama. Robert 27. Wyrecytował wiersz o nazwie "Mamo, dziękuję ci za Dom". Ten wiersz recytowało z resztą większość uczniów. Robert za zwycięstwo w konkursie dostał procę. Wszyscy chłopacy w szkole mu jej zazdrościli. Pewnego dnia Robert przyszedł do szkoły z procą i malutką piłką kauczukową. Powiedział, że przed snem poprosił Mamę o piłkę, a kilka dni później, w czasie wolnym przyniósł mu ją w prezencie od Mamy jeden z wychowawców. Mała piłka idealnie pasowała do procy i wszyscy chłopcy mieli dużo frajdy patrząc, jak wystrzelona z procy piłeczka wściekle odbija się po korytarzach Domu. Niestety Robertowi ktoś ukradł jego procę i wystrzelił z piłeczki do koleżanki. Wychowawcy zarekwirowali procę i nie oddali jej chłopcowi. Dostał naganę, za niedopilnowanie własności.

W Domu nie można było zbyt wiele posiadać. Ponosiło się odpowiedzialność za czyny wyrządzone swoimi rzeczami, nawet kiedy dokonywały się one bez wiedzy i zgody właściciela. Chcąc czegoś zawsze musiałeś liczyć się z konsekwencjami. Najlepiej było nie posiadać więcej, niż mieściło się w kieszeniach. Kary były różne choć dzieci traktowane były ulgowo. Przestępstwa popełniane przez dorosłych karane były brutalnie. Adam nie mógł znać szczegółów, ale potęga plotek była nie do zatrzymania. Nawet w Domu w którym Mama nasłuchuje każdego słowa. Słyszał parę historii o wyłamywaniu palców czy wyrywaniu paznokci. Jeden z dawnych znajomych Adama, niejaki Jurek ponoć popełnił zbrodnię zaraz po wejściu w dorosłość. Nikt nie wiedział na czym owa zbrodnia polegała, ale wspomniany kolega został publicznie skatowany batem przez strażników domu. Zaraz potem Jurek dostał pracę przy uzdatnianiu wody pitnej. Była to ciężka praca wykonywana nago gdyż często brodziło się w zielonej mazi aż po szyję, a nowych ubrań nie wydawano częściej niż raz do roku. Adam miał okazję zobaczyć Jurka w pracy kiedy jego klasa była na wycieczce do skrzydła uzdatniania wody. Zobaczył wtedy brodzącego w kadzi kolegę. Plecy pokryte miał paskudnymi bliznami. Ale najwiekszą karą była bezdomność. Wyrzucenie z Domu. Rzadko kiedy stosowano tą karę. Kiedy ktoś raz opuścił Dom, niemal nigdy nie wracał.

Nagle włączyło się światło i przeraźliwie zaryczał głośnik. Potworny gwizd wwiercał się w czaszkę niczym tysiąc rozgrzanych do czerwoności igieł. - Nastał nowy wspaniały dzień dzieci. - Zawył jak co rano radosny głos Pani Hiacynty, zaraz po tym jak ustał bolesny ryk gwizdka. - Wstajemy wstajemy! Szkoda marnować takiego dnia! Myjemy się i pamiętajmy! Nasza Mama czuwa! Adam wreszcie mógł się odprężyć i wstać. Jego bose stopy zetknęły się z twardą i zimną betonową podłogą. Prysł dotyk wilgotnej miękkiej zieleni jaki mimo pobudki towarzyszył mu jeszcze we wspomnieniu sennych marzeń. - Nowy wspaniały dzień. - Pomyślał. - Jak setki identycznych dni setki razy wcześniej. Dni w Domu niczym się od siebie nie różniły. O porze dnia informował zegar umieszczony w atrium, a o poszczególnych godzinach informowały głośniki rozmieszczone w całym domu. Adam nabrał z pomiętej plastikowej butelki Zielonkawej wody do ust. Płukał zęby i wypluwał do blaszanego wiadra w rogu pokoju które służyło też jako kloaka. Zaraz potem z płóciennego worka wiszącego na śrubie wyciągnął kilka świeżych jeszcze kępek czarnego mchu i zaczął je żuć. - Nowy dzień. - Pomyślał znowu. - Umyć zęby, odlać się, umyć gębę, ręce i dupę, i do szkoły. Nowe to wszystko jak ... Dom. W całym Domu panowała rutyna. W zależności od wieku i przydzielonej funkcji wyglądała inaczej. Nastolatkowie mieli pobudkę o siódmej, wtedy też na pół godziny włączano światła w ich pokojach. Następnie musieli udać się do szkoły, żeby być tam na ósmą. W niektóre dni na korytarzach Domu panował rano tłok, a skrzydło Adama znajdowało się kilka kilometrów od jego skrzydła szkolnego. Mimo, że na korytarzach obowiązywał ruch prawostronny to z przestrzeganiem tego przepisu było różnie i Adam nie raz musiał torować sobie drogę łokciami żeby nie spóźnić się do szkoły. Od ósmej do dziesiątej trwały zajęcia. Potem była godzina śniadaniowa. Czasem podawano słodką gotowaną kukurydzę, ale zazwyczaj była to zielona breja. Potem znowu lekcje aż do czternastej i godzina obiadowa. Obiady bywały różne, czasem podawano gotowane larwy, pieczone koniki jaskiniowe, ale zazwyczaj był to tylko dodatek do zielonej brei. Po obiedzie było coś co Adam z kolegami nazywali obowiązkowymi zajęciami dla chętnych. Można było chodzić na dodatkowe zajęcia mające wyłonić z uczniów ich szczególne zdolności, albo poświęcić ten czas na samodzielną naukę lub sport. O godzinie siedemnastej sale sportowe i biblioteki zamykano, a szkolne klasy były wolne dla uczniów aż do wieczoru. O godzinie dziewiętnastej zaczynało się wygaszanie świateł i zamykanie szkoły. Korytarze stawały się skryte w mroku ledwo jarzących się żarówek. Każdy mieszkaniec domu znał swoje korytarze na pamięć. Ciemność nie była nich żadnym problemem. O dwudziestej włączano światła w mieszkaniach. Dopiero wtedy powrót miał jakikolwiek sens. Całkowite zgaszenie świateł kończyło się o dwudziestej pierwszej. Wtedy na korytarzach Domu panował kompletny Mrok. Światła wewnątrz mieszkań gasły o dwudziestej drugiej. Był to znak, że czas iść spać.

Adam skończył poranną higienę. Wziął kloakę i wystawił za drzwi, a wraz z nim setki innych chłopców robiło to samo. Korytarz wybrzmiał od blaszanych wiader uderzających o betonową podłogę i całe skrzydło wypełnił potworny smród. Na szczęście po korytarzach zaczęli już chodzić dozorcy i zabierać wiadra do mycia. Adam odruchowo zamknął drzwi najszybciej jak potrafił choć wiedział, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Drzwi zbite z powykręcanych desek korzeni były na tyle nieszczelne, że bez problemu w kilku szerszych szczelinach mieściły się palce. Smród, jak co rano, wypełnił mieszkanie Adama, mimo to w przeciwieństwie do rówieśników nigdy do tego nie przywykł. Oczywiście nigdy nie wstrzymywał powietrza i starał się oddychać równo, żeby Mama nie usłyszała żadnych odstępstw od normy. Konsekwencje mogłyby być jeszcze bardziej nieprzyjemne. Znosząc tą udrękę wsunął na siebie wymięty podkoszulek i ciasne spodnie. Piętnastolatek rósł szybciej niż inne dzieci, a na nowe ubranie nie mógł liczyć. Dostawał za dużo kar i choć nikt tego nigdy nie ogłosił to wszyscy jakoś wiedzieli, że żeby szybciej dostać nowe ciuchy, trzeba być wzorowym mieszkańcem domu. Zarówno w szkole jak i poza nią. Owinął stopy w onuce i wsunął buty. Te akurat pasowały jak ulał. Kiedy otrzymał je parę miesięcy temu były za duże i musiał grubiej owijać stopy. Chłopiec jednak szybko rósł i buty zaczęły pasować. Bluzy nie zapinał. Jakiś czas temu kiedy na korytarzach panował wyjątkowy tłok, zerwał mu się guzik. Kiedy zobaczył zgubę ta szybko zniknęła w czyjejś dłoni. Adam śpieszył się wtedy do szkoły. Gdyby widział kto ukradł guzik, może by postanowił go gonić, ale nie było na to szans. Bez jednego z guzików na klatce piersiowej, z zapiętymi pozostałymi wyglądał w swoim mniemaniu śmiesznie. Wolał zatem chodzić rozpięty. Mieszkanie Adama było jednym z lepszych. Poza bambusowym łóżkiem, którego brak był czymś normalnym, posiadał też kilka śrub wbitych w ścianę zaraz obok drzwi. Mógł na nich wieszać ubrania. Posiadał też szafkę nad łóżkiem. Nie musiał trzymać wszystkiego na podłodze co zdawało mu się czymś potwornym. Niewielu mogło poszczycić się tak dobrze wyposażonym mieszkaniem. Wiedział jednak, że niedługo zostanie mu ono odebrane. Kiedy skończy ostatni rok szkolny i stanie się dorosłym, zostanie mu przydzielone inne mieszkanie, prawdopodobnie takie w jakich mieszka większość ludzi. Bez łóżka, mebli i wieszaków. Odrzucał jednak tę myśl ilekroć go nawiedziała. - Jest 7:20! - Wycharczała z głośnika jak zawsze radosny głos Pani Hiacynty. - Czas wracać do szkoły i pamiętajcie, Mama zawsze czuwa! Adam wyszedł z mieszkania zamykając za sobą drzwi. Przekręcił klucz w zardzewiałej kłódce. Kłódki broniły wnętrza od kolegów czy pracowników średniego szczebla, ale straż domowa i wychowawcy mieli klucze do wszystkich drzwi. Kiedyś Adamowi to nie przeszkadzało, ale ostatnimi miesiącami męczył się z myślami, które wyzwalały w nim dziwny gniew. Z jakiegoś powodu, kiedy tylko wyobrażał sobie obcą osobę, która mogłaby się szwędać po mieszkaniu bez jego wiedzy i zgody, robił się wściekły. Były to dziwne myśli i nie rozumiał skąd ta złość. Wszakże tak życie wyglądało zawsze. Nigdy nie było inaczej. Gniew na myśl o tym, że ktoś chodzi po cudzym mieszkaniu, był równie niedorzeczny jak gniew wywołany przez to, że żarówka się świeci. Czysty Absurd.

Gwar korytarzy narastał. Otwierane drzwi blokowały wąski korytarz o brudnych obłapanych ścianach. Z coraz to kolejnych drzwi wychodzili uczniowie. W większości dużo młodszych od Adama. Dorośli to wynosili wiadra z odchodami, to wracali z czystymi, układali je pod drzwi i zabierali kolejne cuchnące kloaki. - 7:30! Gasimy światła! Pędzimy do szkoły! Kto się spóźni ten nie dostanie śniadania! W tym momencie dziesiątki drzwi otworzyły się jednocześnie. Młodsi chłopcy wręcz wyskoczyli ze swoich mieszkań i pośpiesznie zakluczali kłódki swoich drzwi. Głos Pani Hiacynty dyrygował całym skrzydłem mieszkalnym dla młodych chłopców. Głośniki były wszędzie i zewsząd słyszało się to co Mama kazała przekazać. W każdym mieszkaniu i w korytarzu, w każdej klasie, jaskini, w urzędzie i w pracy ktoś mógł w imieniu mamy przemówić. W każdym miejscu Domu Mama nasłuchiwała i o ile nie otaczał cię hałas otoczenia, słyszała każdy szept. Adam opuścił swoje skrzydło rychło w czas zanim wąski korytarz jego skrzydła mieszkalnego wypełnił się ludźmi. Zaczęła się przepychanka między uczniami, a dozorcami podczas której, jak codzień, musiało przewrócić się kolejne pełne wiadro.

{b}Szkoła{/b}

- Dobrego Domu dzieci! - Dobrego Domu pani Hiacynto! Adam siedział za drewnianą ławką na bambusowym taborecie witając młodą nauczycielkę wraz z innymi uczniami. Ubrana w połataną sukienkę Pani Hiacynta aż kipiała z radości. Z jakiegoś jednak powodu Adam sądził, że jej entuzjazm jest udawany, a promienne uśmiechy fałszywe. Pani Hiacynta nigdy nie zrobiła nic co by potwierdzały jego myśli, mimo to Adam bał się tej kobiety i jej nienawidził. - Dzieci! Dzisiejsze lekcje będą bardzo ważne! Czy tego chcecie czy niez stajecie się coraz starsze i niedługo zostaniecie dorosłymi. Dlatego cały dzisiejszy dzień będzie poświęcony tylko temu kim możecie zostać żeby jak najlepiej przysłużyć się naszemu Domu! Jedna z dziewczynek uniosła rękę. Pani Hiacynta udzieliła jej głosu. - Całe lekcje? - Tak Olu 115. Cały dzisiejszy dzień. - Ale miały być dziś zajęcia z geometrii i … Pani Hiacynta ruchem ręki urwała dyskusję. - Dzieci! - Przemówiła do klasy. - Dzisiaj porozmawiamy o waszym dorosłym życiu! Wczoraj wam to chyba wyraźnie ogłosiłam! - Tak Pani Hiacynto. - Odparła niemrawo reszta klasy. - Widzisz Olu? Tylko ty jedna masz problemy z pamięcią. Przypominasz już sobie wczorajsze zajęcia? - Tak Pani Hiacynto. - Odparła z opuszczoną głową. - Dobrze! Mam nadzieję, że to się nie powtórzy. Właśnie takich rzeczy Adam najbardziej nienawidził. Doskonale pamiętał, że zaledwie wczoraj Pani Hiacynta uprzedzała o możliwym sprawdzianie z działu geometrii. Inni uczniowie też musieli o tym pamiętać. Czemu zatem wszyscy, włącznie z nim potwierdzali słowa, które nie były prawdą? Adam pocierał palec pod nosem. Coś z jego skórą było nie tak. - Zatem dzieci! Niedługo będziecie dorosłe, a to znaczy, że zaczniecie pracować na rzecz Domu. W tym roku jest bardzo dużo wolnych wakatów na wielu stanowiskach. Niestety chłopcy, wiem, że większość z was chciałaby być strażnikiem domowym, albo wychowawcą. Niestety, na wychowawców jesteście za młodzi i Mama nie potrzebuje obecnie więcej strażników domu. Kilkanaście głosów naraz wydało jęk rozczarowania. - Na szczęście jest dużo innych fajnych prac w których możecie się Mamie przysłużyć. Informacje z postępami prac nad farmą bambusów prawdopodobnie do was nie docierają, ale potrzeba tam bardzo dużo rąk do pracy! Podobnie jak przy uzdatnianiu wody i wyrąbie korzeni! Wyrąb korzeni był najcięższą pracą i wszyscy o tym wiedzieli, ale najgorszą było uzdatnianie wody. Nikt nie chciał tego robić. Była to wyjątkowo ohydna praca w której człowiek pełzał w odchodach i śliskich glonach. Praca w skrzydle uzdatniania była jak wyrok. Bez szans do awansu. Co gorsze Mama wymagała, aby podczas prac nad domem zawsze pałano entuzjazmem. Był to jedyny sposób na awans i lepsze warunki. Brak entuzjazmu prowadził do utraty przywilejów, a narzekanie, nawet do samego siebie, było karane. Każde dziecko które raz odwiedziło skrzydło uzdatniania wody, robiło wszystko by tam w dorosłym życiu nie trafić. Wychowawcy o tym wiedzieli i grożenie tym stanowiskiem było bardzo skutecznym sposobem wymuszania posłuszeństwa.

Pani Hiacynta obserwowała pilnie klasę. Żaden z uczniów nie zdradził swoich obaw. Nikt nawet się nie skrzywił. Wychowawczyni uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kąciki jej ust zdawały się wręcz zawracać. - Olu 115. Co byś chciała robić po szkole? - Chciałabym jak najlepiej przysłużyć się domowi proszę Pani. - Bardzo Dobrze! - Pochwaliła promieniejąc radością. Adam jakby zapomniał o tej odpowiedzi. Była oczywista. Innej przecież nie było. Ale przez krótką chwilę, niczym w jakimś letargu zdawało mu się, że naprawdę zastanawia się co chciałby w dorosłym życiu robić. Zupełnie jakby mógł mieć jakiś wybór. Co by chciał robić, gdyby mógł wybrać? Niedorzeczność. Od zawsze to Mama wysyłała dorosłych do pracy. Nigdy nie było inaczej. Skąd zatem dopadła go taka irracjonalna myśl? - A ty Adamie 84? Wydajesz się niespokojny. Co chciałbyś robić w dorosłym życiu? - Ja …. Chcę najlepiej przysłużyć się domowi! Błąd. Wiedział już. Odpowiedział nieszczerze. To chwilowe zająknięcie musiało go zdradzić. Ostatnimi tygodniami jego myśli często uciekały od rzeczywistości. W końcu musiał wpaść. Promienna twarz Pani Hiacynty, choć nawet nie drgnęła, zdawała się kipieć gniewem. - Adamie! To nie brzmiało szczerze. Wytłumaczysz nam co się z tobą dzieje? - Przepraszam Pani ….. - Wstań jak mówisz do wychowawcy! Wstał. Kolejny błąd. Kiedy uczeń się tłumaczy musi wstać. Zawsze tak było. Czemu o tym zapomniał? - Przepraszam Pani ja … Nie wiem. - Nie wiesz czego? Jego przewinienie było poważne. Mogło nawet świadczyć o zwątpienie w nieomylność Mamy. Adam szybko zaczął szukać wymówki. Jego myśli szalały próbując znaleźć coś, co uwiarygodni jego niezłomną wiarę w Dom. - Miałem dzisiaj … straszny sen… - Powiedział nie on, ale jego usta. Przemówiły samoistnie. Adam poczerwieniał. - Jaki to mogłeś mieć sen, że aż dopuściłeś się grzechu wobec Mamy? Pani Hiacynta jakby spoważniała. Oczy całej klasy wpatrzone były w dygającego ze strachu Adama. - Sen … śniło mi się bezdomie. Klasa zamarła. Wychowawczyni przyglądała mu się bardzo czujnie. Bezdomie. Miejsce poza domem było najgorszym miejscem. Samo jego wspomnienie było źle widziane, a on wypowiedział to słowo na głos, w obecności wszech słyszącej Mamy, wychowawcy i całej klasy. Mniejszy niesmak wywołałby, gdyby zaczął właśnie tańczyć nago. Pani Hiacynta milczała. Czekała z powagą na kolejne słowa piętnastolatka. - Śniło mi się, że nie było domu…. Przerwał. Wtedy naszła go nowa myśl. Niedorzeczna, absurdalna, ale była niczym kawałek brakującej układanki, którego się nie dostrzegało, a cały czas był przed oczyma. Mama utrzymuje, że Dom to wspaniałe miejsce, podczas gdy bezdomie to przerażający koszmar. Jemu śniło się co innego. Był na bezdomiu i czuł się wspaniale. Czuł się tak dobrze, że nie chciał wracać do Domu. Czyżby ta myśl była jego grzechem? Czy odwrócenie jej nie pozwoliłoby mu uniknąć kary Pani Hiacynty? Opuścił wzrok. Chwycił się jedynej szansy na ratunek jaki mu przyszedł do głowy. - Byłem bez domu …. w jaskini … takiej jak na farmie korzeni i bambusa, ale nie było korzeni. Nie było bambusa. Nic nie było. Tylko jaskinia i … wyjście z jaskini. Do bezdomia. Jaskinia się kurczyła i bezdomie było coraz bliżej i bliżej i … prawie mnie wciągnęło. Ale się obudziłem. Podniósł głowę i spojrzał na nauczycielkę. Patrzyła na niego w skupieniu. Po chwili na jej twarzy zagościł znajomy uśmiech. - Klaso. Wiecie kim był Marian 52? Kilku chłopców podniosło ręce. - Wojtek 165? - Marian 52 jest był mieszkańcem Domu który był na bezdomiu i przeżył. - Zgadza się. Marian 52 przeżył na bezdomiu. Jak wiecie największą karą za zbrodnie przeciwko Mamie jest bezdomność. Jest to straszliwa kara. Na bezdomiu czeka was śmierć w potwornych męczarniach. Jednak Mama jest łaskawa. Nawet najcięższe zbrodnie może wam wybaczyć. Bezdomie trwa siedem dni. Tylko siedem. Potem wasza zbrodnia będzie wam wybaczona i Mama wpuści was do domu. Marian 52 był zbrodniarzem i wiele, wiele lat temu wygnano go z domu. Jednak Marian 52 jako jeden z bardzo niewielu przeżył siedem dni. Po siedmiu dniach wybaczono mu jego potworną zbrodnię i wpuszczono do Domu. Był bardzo chory i poraniony. Pogryziony przez bestie. Trująca woda spaliła mu włosy i połowę twarzy. Nasi lekarze musieli mu obciąć rękę i amputować oko. Pamiętacie pana Mariana 52? Kiedy byłyście bardzo małe odwiedził naszą szkołę i bardzo się go baliście. Tak wyglądał jedyny człowiek który przeżył siedem dni na bezdomiu. Klasa milczała. Wszyscy pamiętali Mariana 52. Przerażającego starca bez ręki ze stopioną twarzą. Opowiadał klasie o bezdomiu i o potwornych bestiach które próbowały go zabić. Adam słuchał tych historii zafascynowany i nie mógł uwierzyć jak taki zniedołężniały staruch mógłby przetrwać starcie z bestiami które tak obrazowo opisywał. - Niestety pięć kwartałów temu Marian 52 zmarł. Obecnie nie żyje już nikt kto widziałby bzdomie. Jeśli ktoś opuszcza dom…. strażnicy domu mówią, że słyszą zbrodniarzy walących w drzwi domu od drugiej strony. Niestety, każdy musi zapłacić za swoje zbrodnie. Po siedmiu dniach strażnicy albo znajdują obdarte do kości szkielety, albo ciała zbrodniarzy znikają. Pani Hiacynta skończyła monolog i zwróciła się do Adama. - Nic dziwnego, że miałeś porozrzucane myśli. Bezdomie to potworne miejsce. Na pewno musiałeś być przerażony skoro tak cię to dotknęło, że zapomniałeś o całym Domu. Siadaj. Adam usiadł. Zalało go ogromne uczucie ulgi. Pani Hiacynta prowadziła dalej lekcje na temat pracy w domu, a Adam rozpływał się w samozadowoleniu. Był dumny z tego w jak sprytny sposób udało mu się oszukać wychowawczynię.

{b}Konspiracja{/b}

Przerwa śniadaniowa składała się z trzech czynności. Czekaniu w kolejce po posiłek, jedzeniu i o ile nie stało się na końcu kolejki, czekaniu aż zjedzą pozostali. Jadalnia była szarym ciemnym pomieszczeniem z oblepionymi od brudu ścianami i filarami. Sufit porastał grzybem i wszędzie cuchniało zielonymi glonami i stertą brudnych naczyń. Stoły były lepkie od starego brudu, a połowa krzeseł wykonana była z niewygodnego bambusa i kołysały się na wszystkie strony. Adam stał w kolejce zaraz przy okienku. Podniósł styraną czasem rdzewiejącą blaszaną tacę i czekał na posiłek. Cały czas dokuczało mu uporczywe swędzenie pod nosem. Posunął się do przodu i stara wychudzona kucharka wylała mu z chochli na tacę posiłek śniadaniowy. Zieloną breję bez mięsa. W następnym okienku podano mu blaszany kubek z zielonkawą wodą i dwa zielone suchary. Suchary rozdawano rzadko, zwłaszcza dzieciom. Był to przysmak wydawany jedynie za dobrą pracę i nie można było cieszyć się nim na co dzień. Z kubkiem i tacą w rękach Adam wziął z koszyka bambusową łyżkę i zaczął szukać miejsca. Jadalnia była duża i wolnych miejsc nie brakowało. Na jego nieszczęście stał w kolejce zbyt długo żeby mógł usiąść na innym krześle niż bambusowe. - Adam! Siadaj tutaj! - Zawołał jego młodszy kolega Michał 27. Adam ucieszył się na widok Michała. Poznali się jakiś czas temu podczas szkolnego marszu i kiedy tylko nie musieli stać na baczność ani równo maszerować, grali w kciuki. Usiadł obok niego. - Jeszcze nie zjadłeś? - Spytał Michała. Inne siedzące przy stole osoby pochłaniały posiłek śniadaniowy w milczeniu. - Tylko suchary. Jakoś mi wystarczyły. Suchary miały słodkawy posmak. Adam wiedział, że jeśli zacznie śniadanie od nich, nie ruszy posiłku śniadaniowego i potem będzie głodny. Odsunął suchary na bok tacy i zaczął jeść breję. - Nie będziesz jadł sucharów? - Zjem potem. Najlepsze na koniec. - Szkoda … Słyszałem, że miałeś dzisiaj sen. Sny od miesięcy były tematem numer jeden. Zwłaszcza wśród dwunasto - szesnastolatków. Zadziwiające, że często przewijało się w nich bezdomie. Wychowawcy nie lubili kiedy dzieci o nich rozmawiały, ale rozmowy na ten temat zazwyczaj kończyły się tylko upomnieniem. - Tak. Śniło mi się bezdomie. - Odparł Adam łykając kolejne łyżki posiłku śniadaniowego. - I jak tam było? - Strasznie. - Powiedział bez wahania. Michał pochylił się nad blatem - A tak na prawdę? - Wyszeptał. - Jak naprawdę było na bezdomiu? - Nie wiem. - Odparł jedząc breję, nie zdradzając przy tym żadnych emocji. - Widziałem je tylko z daleka. Byłem w jaskini. Michał 27 miał 12 lat. W tym wieku jeszcze nie karano dzieci szczególnie dotkliwie. Dopiero od trzynastego roku życia wymagano od mieszkańców dyscypliny i opanowania. Dookoła panował gwar i była szansa, że Mama nie usłyszałaby szeptów. Mimo to Adam wolał nie ryzykować. Skryte rozmowy były podejrzane i drobny donos mógłby być dotkliwy w skutkach. - Mi też się śniło bezdomie. - Wyszeptał Michał. - Śnił mi się dziwny sufit. Taki niebieski i jakby nieskończony. Adam zadrżał. Lekko i niezauważenie, ale jednak. Miał bardzo podobny sen. - I w tym śnie było … jasno. Taka mocna żarówka była na suficie, a zamiast podłogi była taka zieleń, a zamiast filarów … - Drzewo? - Spytał odruchowo Adam. Zamarł. Michał śnił o tym samym! Jego opowieść zafrapowała go do tego stopnia, że znowu zapomniał o całym Domu. Michał, albo ktokolwiek inny kto by go usłyszał, mógłby na niego donieść. Oskarżyć o słowotwórstwo, a przy okazji wydało by się, że okłamał Panią Hiacyntę. Tym gorzej, że przeicież i tak mogła usłyszeć go Mama. - Tak. Tak Drzewo. - Wyszeptał Michał. - Skąd wiedziałeś? - Bo … mi też się to śniło. Podobnie. Niebieski sufit, mocne światło, zielona podłoga i drzewo. - Jak to się możliwe? - Nie wiem. Nie nie mam pojęcia. - Ale to to samo słowo, a nigdy go nie słyszałem. - Ja też nie. - Adam rozejrzał się dookoła. Miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje. - Nie tylko my mamy takie dziwne sny. Jest w mojej klasie jeszcze dwóch kolegów. To samo. Ale ty jesteś starszy. To bezdomie … jest - tam … tak jak mówią? Źle? - Nie wiem. - Powiedział Adam i natychmiast poczuł skręt kiszek. Zwątpienie w nauki Mamy było jedną z najgorszych zbrodni. Nie mógł mieć pewności, że Mama go nie usłyszała. Gdyby tak było resztę życia spędził by brodząc w odchodach przy uzdatnianiu wody. Sam nie mógł uwierzyć we własne myśli. Wydawało mu się, że jest dostatecznie duży, żeby nie wierzyć w bajki, że wiedział, jak wygląda prawdziwe życie. Dom był wszystkim co znał. Całym światem. Mama nauczała, że był on miejscem bezpiecznym i pełnym dobrobytu. Bezdomie natomiast było miejscem poza Domem. Pustką w której grasują krwiożercze potwory. Było piekielną otchłanią głodu i trucizny. Tym czasem sny o bezdomiu były przyjemne. Wywoływały tęsknotę. Adam rozejrzał się dookoła. Widział ciemne pomieszczenie z ohydnymi ścianami. Meble były nędzne, jedzenie wstrętne, powietrze śmierdziało. Krzesło na którym siedział wbijało mu się w tyłek i kołysało się potwornie. Wszyscy ubrani w rzekomo identyczne ciuchy, ale każde z nich brudne i poszarpane w inny sposób i zawsze wszystko słyszała Mama. W każdym miejscu Domu przy każdej czynności towarzyszyły jej uszy. Czy tak powinien wyglądać świat? Adam zdał sobie sprawę, że wszystko dookoła jest obrzydliwe. Poczuł obrzydzenie. Trzymana w rękach łyżka wydrążona z bambusa była do cna przesiąknięta Posiłkiem Śniadaniowym w którym pływała prawdopodobnie od lat. Zjadł połowę swojej brei i dotarło do niego, że nie zje już ani kęsa. - Nie wiesz? - Spytał Michał. Adam od razu wrócił do rzeczywistości. Przeleciała go fala strachu. Przypomniał sobie o zbrodni którą przed chwilą popełnił. Gdyby się wydało, że życie w Domu go obrzydza, konsekwencje byłyby straszliwe. Za taki czyn skazywano nawet na bezdomie. - To znaczy … tam jest strasznie, ale nigdy tam nie byłem. - No właśnie. Czemu nam go nie pokazują? Chciałbym zobaczyć bezdomie. - O czym rozmawiacie? - Wtrąciła się Ola 115. Adam z Michałem mało nie podskoczyli ze strachu. Ola siedziała na przeciwko. Pojawiła się niewiadomo kiedy i niewiadomo co i jak długo słyszała. - O Marianie 52. - Odparł pewnie Adam - Pani Hiacynta mówiła, że jako jedyny widział bezdomie. - Mówicie o twoim śnie? - Tak. Był straszny. - Kilka dni temu mojej koleżance też śniło się bezdomie. - Której? - Spytał Michał. - Nie powiem wam, żebyście się z niej nie śmieli. - Koleżance tak? - Mruknął Adam. - Tak koleżance. - I co jej się śniło? - Spytał Michał. - Bezdomie. - Szepnęła. - Mówiła, że jest tam … inaczej niż …. wiecie. No wiecie. - Czemu nam to mówisz? - Bo was podsłuchiwałam młotku. Adam z Michałem spojrzeli na siebie z trwogą. - Spokojnie. - Szepnęła Ola rozbawiona ich przestraszonymi Minami. - Tutaj Mama nas nie usłyszy. Za dużo tu ludzi. - Skąd wiesz? - Spytał Adam. - Dziewczyny plotkują. Wiemy kiedy można porozmawiać, a kiedy nie. - To tej twojej koleżance … - dopytywał uspokojony Michał. - Śniło się … drzewo? - Drzewo? Nie. Chyba nie … ale … chyba znam to słowo. To taki filar. Brązowy, a u góry ma takie zielone … włosy? Nie jakoś inaczej. - Liście. - Mruknął Adam. - Liście. - Potwierdziła Ola. Żadne z nich nigdy nie słyszało takiego słowa jak drzewo, ani liście. Wypowiadanie słów nieznanych nazywano słowotwórstwem. Słowotwórstwo było przestępstwem karanym tym dotkliwiej im było się starszym. Dorosłych karano publiczną chłostą, czasem do krwi. Dzieci do lat trzynastu skazane były na szykany i kazano sprzątać skrzydło mieszkalne innych dzieci o przeciwnej płci. Pomijano je przy rozdawaniu smakołyków. Adamie i Oli groziły szykany, polewanie zimną wodą i prace na rzecz domu bez ubrań. Upokorzenie było w ich wieku najboleśniejszą karą. Gorszą niż ból. Nagle z głośników zawył gwizdek. Nieznany męski głos, miękkim, acz charczącym tonem oznajmił koniec śniadania i powrót na lekcje. Ola chwyciła jeden z dwóch sucharów Adama i wstając włożyła go do ust. - Co ty! - Chwycił ją za nadgarstek. - Jakiś problem? - Uśmiechnęła się z sucharem w zębach. - Jak mnie nie puścisz powiem Pani Hiacyncie co mówiłeś. Adam poczerwieniał. Spuścił wzrok i puścił Olę. - No! I ładnie ci z tym wąsem. - Wtrąciła i odeszła od stołu. Michał wpatrzony w Adama zaczął powoli przesuwać swoją dłoń ku drugiemu sucharowi. Ten go dostrzegł, chwycił swój suchar. - Spierdalaj. - Powiedział. Zamyślił się chwilę. Tego słowa też nigdy wcześniej nie słyszał. Ugryzł suchar i odszedł od stołu. Michał też nie znał tego słowa, mimo to był zszokowany i w pewien sposób przekonany, że nie było to nic miłego.

{b}Praca{/b}

Druga część lekcji była potwornie nudna. Adam więcej uwagi poświęcał swoim nowym wąsom, o których istnieniu nie miał do tej pory pojęcia. Lustra były niedostępne. Jedyną okazją, żeby w tym wieku popatrzeć na siebie były wizyty u lekarza. Tylko w skrzydłach szpitalnych i też nie we wszystkich gabinetach. Pani Hiacynta opowiadała o zawodach obecnie potrzebnych i tych wymierających. Ostatnimi laty górnicy byli coraz mniej potrzebni. Dom był wystarczająco ogromny i miejsca starczało dla każdego. Nowych jaskiń nie kopano, starych nie powiększano. Nowych korytarzy nie murowano. Ponoć jeszcze 30-60 lat temu górnicy byli najbardziej potrzebnymi pracownikami. Wydobywano wtedy wapień i tworzono beton, którym tworzono kolejne korytarze i skrzydła Domu. Krążyły plotki, że wapień się skończył, tak jak i narzędzia, którymi kopano kolejne jaskinie. Oczywiście plotki te były zakazane. W Domu nigdy niczego nie brakowało i mieszkańcy zawsze żyli w dobrobycie. Pani Hiacynta wspomniała też, że coraz mniej ludzi potrzeba do wyrębu korzeni. Tartaki przestawiały swoją produkcję na bambus, który rósł dużo szybciej i wymagał mniej pracy przy obróbce. To tam ponoć moała trafić największa część przyszłych dorosłych. Ku uciesze Adama sporo ludzi będzie też potrzebnych przy plantacji kukurydzy. Oczywiście w celu produkcji sznurków, ale wszyscy wiedzieli, że przy pracy na plantacjach kukurydzy można uszczknąć odrobinę słodkich ziaren. Mama czuwała. Słyszała wszystko, ale na szczęście jeszcze nie wszystko widziała. Prace przy mięsie wymagały mniejszej liczby rąk. Pasieki Karaluchów i glizd nie wymagały szczególnej opieki, a uprawy koników jaskiniowych były dzikie i nie interesowano się nimi prawie wcale. Tylko od czasu do czasu wrzucano pokarm do ich jam, a zbieranie owadów powierzano dzieciom, które uważały chwytanie tych skocznych przysmaków i wydłubywanie ich z mchu za świetną rozrywkę. Inżynierowie i lekarze rekrutowani byli z dorosłych osób u których zauważono szczególne umiejętności. Czasem, choć bardzo rzadko zdarzało się, żeby nowy dorosły dostał ofertę pracy pośród takich zawodów. Tylko najwybitniejsi uczniowie byli wybierani od razu do tak ekskluzywnych prac. Zwłaszcza ludzie pracujący przy energetyce i uzdatnianiu powietrza. Takie osoby należały do elity i żyły w dostatku niedostępnym dla przeciętnego mieszkańca domu. Wymarzone prace jak Straż Domu czy wychowawcy, były zarezerwowane dla starszych dorosłych cechujących się wzorową pracą na innych, mniej ważnych stanowiskach. Byli też zarządcy. Mityczna elita, która żyła w najstarszych skrzydłach domu i rzadko kiedy pokazywała się poza nimi. Należeć do niej było mrzonką, a bardziej fantazją. O zarządcach nie wiedział niemal nikt. Nie wiadomo było kim są, co robią, ani jak żyją. Nie wiadomo było niewiele więcej ponad to, że gdzieś istnieją.

{b}Legendy{/b}

Lekcje były długie i przeciągały się niemiłosiernie. Pani Hiacynta opowiadała o zawodach z takim entuzjazmem, jakby pragnęła z całych sił pracować we wszystkich tych miejscach jednocześnie. Raz tylko poruszyła temat, przy którym Adam nie musiał udawać zainteresowania. Znów wspomniała o Marianie 52. Opowiadała o jego wspomnieniach z bezdomia. Ponoć pierwsze dni Marian ukrywał się w jaskiniach zaraz za wrotami Domu. Walił pięściami w stalowe wrota błagając Mamę o wybaczenie. W końcu głód zmusił go do opuszczenia jaskini i wyszedł na bezdomie. Było tam strasznie, przerażająco. Wędrował po pustce chcąc zjeść cokolwiek, ale niczego nie znalazł. Bezdomie z niego zadrwiło i z pustki spadła na niego trująca woda. Marian tego nie wiedział, napił się wody i zrobiło mu się słabo, a dzień później stracił włosy i połowę zębów. Później bezdomie próbowało go zabić. Z pustki zaczęły wychodzić przerażające bestie. Z początku małe, ale z czasem coraz większe i większe. Pustka zadrwiła z Mariana ponownie. Dała mu kij. Opędzał się nim od bestii ale wygłodzony, spragniony i otruty nie miał sił walczyć z nimi w nieskończoność. Mniejsze potwory zaczęły go zjadać, a większy odgryzł mu rękę. Resztką sił powrócił do jaskini błagając Mamę o wpuszczenie go do Domu. Kiedy minął siódmy dzień wrota otwarto i chorego, otrutego i głodnego człowieka wpuszczono do środka. Na szczęście lekarze domu potrafili uratować mu życie. Marian 52 błagał Mamę o wybaczenie. Nie musiał. Jego zbrodnia została mu wybaczona siódmego dnia. Marian nigdy do końca nie wyzdrowiał. Zawsze męczyły go choroby i koszmary. Ale kiedy tylko miał wystarczająco dużo sił Mama przydzielała go do pracy. Chodził po szkołach i opowiadał dzieciom o napotkanych potwornościach bezdomia. Wychwalał dobroć Mamy i dobrobyt Domu. Niestety jak pani Hiacynta wcześniej wspomniała, Marian Umarł ponad rok temu. Od tamtego momentu w całym Domu nie mieszkał nikt, kto na własne oczy widziałby bezdomie. Kiedy Pani Hiacynta skończyła opowiadać o Marianie 52, głośniki wycharczały godzinę czternastą i kazały uczniom udać się na obiad.

{b}Koledzy{/b}

W stołówce cuchniało jeszcze gorzej niż przy śniadaniu. Adam zdawał sobie sprawę, że ten smród towarzyszył mu od zawsze. Nigdy się nie zmienił. Dopiero jednak od niedawna zaczął mu on przeszkadzać. Tego dnia dokuczał mu wyjątkowo. Na obiad podawano pieczone glisty pod pierzynką z Zielonym Puree i gorącą zieloną herbatą z glonów. Ponoć gotowane glony nie były tak odżywcze jak zimne, ale domowa tradycja była taka, że obiady powinny być gorące. Tym razem Adam stał na przodzie kolejki. Kiedy dostał jedzenie na tacę udał się do stolika przy którym siedział rano z nadzieją, że przysiądą się do niego Michał i Ola. Zajął krzesło zbite z korzennych desek. Owijał pojedyncze kawałki mięsa, moczył w zielonym sosie i zjadał ze smakiem. Jego nadzieje się spełniły i do stolika w końcu przysiadł się Michał, a potem Ola. Dla niej niestety zabrakło wygodniejszych drewnianych krzeseł i usiadła na taborecie zrobionym ze związanych kukurydzianym sznurkiem bambusowych kijów. Przywitali się i jedli obiad w milczeniu. - Długo będziecie tak milczeć chłopaki? - To dziewczyny są od plotkowania. - Zadrwił Adam. - Strasznie niewygodne to krzesło. - Ciiiii. - Przestraszył się Michał. -To po co je wybrałaś? Było pójść dalej. Jakieś drewniane jeszcze były wolne. - Powiedział Adam. - A spadaj! - Jakie jeszcze sny śniły się tej twojej koleżance? - Koleżance? A tak. Różne. Nie dziwne to, że Pani Hiacynta znowu wspomniała o Marianie? - Nie wiem. Mówiła też o nim rano. - Miała być geometria…. Adam wzdrygnął się ze strachu. Pani Hiacynta powiedziała wyraźnie co uczniowie mieli myśleć. Czyżby Ola to zignorowała? Nie bała się konsekwencji? - … potem rozmawialiśmy o pracach, a w końcu i tak zaczęła mówić o Marianie. - Dokończyła Ola - Może … skoro nasza trójka miała sny o bezdomiu, inni też mieli takie sny i Mama to słyszała. Może teraz będziemy mieli więcej lekcji o bezdomiu. - My nie mieliśmy lekcji o bezdomiu. - Wtrącił Michał. - Nam Pan Dudley opowiadał o tym skąd się biorą dzieci. Ola zrobiła kwaśną minę. - To skąd się biorą dzieci? - Nie wiesz? - A no nie wiem. - Zadrwiła. - To jest tak, że najpierw bierze się nasienie od faceta, potem bierze się dużą strzykawkę i wkłada tam nasienie, potem bierze gołą babę, robi z niej surogatkę i tą strzykawkę z nasieniem wkłada się jej w … - Michał zaśmiał się głupio kilka razy. - Dobra, nie kończ dzieciaku. - Powiedziała zniesmaczona. - I tylko tyle? To robiliście całą lekcję? - Spytał Adam. - Nie, ale to było najśmieszniejsze. - Bachor. - Skwitowała Ola. Po czym dodała. - No niewygodne to krzesło. - Innych już nie ma. Masz pecha. - Odparł Adam. - Dureń. … Co robicie po obiedzie? - Ja idę na piłkę ręczną. - Powiedział Michał. Piłka ręczna była popularnym sportem drużynowym. Piłka zrobiona była ze sznurków z kukurydzy i zawodnicy musieli rzucić nią do bramki drużyny przeciwnej jednocześnie nie dopuszczając do tego, żeby przeciwna drużyna zrobiła to samo. Piłkę należało trzymać tylko w jednej ręce i trzeba było trzymać ją nad głową. Łapać w obie dłonie można ją było tylko podczas wyrywania piłki przeciwnikowi z rąk. Kiedy się już wyrwało, należało puścić jedną dłoń i unieść ją nad głowę. Wygrywała drużyna która pod koniec dwóch rund zdobyła najwięcej bramek. Można było też przegrać mecz kiedy piłka ulegała zniszczeniu przez zakończeniem obu rund, co wcale nie zdarzało się rzadko. W takim przypadku przegrywała drużyna, która była w posiadaniu piłki jako ostatnia. - Zastanawiałem się czy nie iść do biblioteki, ale pójdę na zapasy. - Powiedział Adam. Zapasy były sportem siłowym w którym dwóch przeciwników stawało w zaznaczonym na podłodze okręgu gdzie mieli bardzo proste zadanie. Wyrzucić z okręgu przeciwnika, albo sprawić, żeby przeciwnik się poddał i zaniechał dalszej walki. Jedyną zasadą był zakaz gryzień i uderzeń. Przegrywał zawodnik, który uderzył przeciwnika, ugryzł go, poddał się lub został wypchnięty. Adam bardzo lubił ten sport i znał parę sztuczek, dzięki którym potrafił zmusić przeciwnika do poddania się. Potrafił zakładać tak zwane dźwignie na nogi rywala, które wywoływały u niego ból i zmuszały go do poddania się. Ale nie był zbyt silny i dość często zostawał wypychany z okręgu. - Chłopaki i ich durne sporty. Ja na pewno idę do biblioteki. A ty Adam? Po co chciałeś tam iść? - Poszukać czegoś o zapasach. Może bym się nauczył jakichś nowych chwytów, ale chyba nie ma sensu. W książkach takich rzeczy nie ma. - A szukałeś kiedyś? - Nie. - To chodź. Poszukamy razem. Adam zdziwił się. Nie chciał iść do biblioteki. Dużo bardziej wolał rywalizować na sali gimnastycznej. Zaproszenie Oli sprawiło mu jednak przyjemność, nawet jeśli miało oznaczać pójście do nudnej biblioteki. - Może być. - Zgodził się udając znudzenie. - Mogę iść z wami? - Spytał Michał. - Nie! - Odparli jednocześnie.

{b}Przypadek{/b}

Biblioteka w skrzydle szkolnym była mizerna. Małe pomieszczenie z jednym regałem i kilkoma niedbale zapisanymi odręcznie książkami. Ola z zapałem szukała odpowiedniej książki nie mówiąc Adamowi jakiej po czym stwierdziła, że tą książkę którą szuka, na pewno znajdzie w głównej bibliotece w atrium. Bez dalszych wyjaśnień złapała Adama za rękę i pociągnęła go za sobą.

Atrium znajdowało się kilkanaście minut od skrzydła szkolnego. W godzinach poobiadowych korytarze przeżywały istne oblężenie i niekiedy musieli czekać za plecami dorosłych, aż gdzieś dalej się zrobi przejście i tłum ruszy. Adam nie puszczał ręki Oli. Nie rozmawiali ze sobą ale nie przeszkadzało mu to. W jakiś sposób trzymanie jej dłoni było dla niego rozrywką samą w sobie. Zastanawiał się czy Ola czuje to samo? Też nie zachęcała do rozmowy. W pewnym momencie oboje zobaczyli, że z jednego korytarza wychodzi dwóch Strażników Domu. Obydwaj szybko puścili swoje dłonie. Nie wiedzieli dlaczego, w końcu żaden przepis nie wspominał nic o trzymaniu się za ręce, ale nikt tego nigdy nie robił i byli przekonani, że przyłapani na tym czynie musieliby się liczyć z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Resztę drogi do atrium spędzili na rozmowie o przyszłej pracy.

Atrium było ogromną betonową jamą z gigantyczną kolumną po środku na szczycie której wisiał zegar. Jego strzałki przedstawiały godzinę 3:03 i akurat jeden z dozorców ciągnął łańcuchy, które podnosiły dwa ogromne obciążniki w kształcie cylindrów i swoim powolnym opadaniem napędzały wahadło, którego ruch z lewa do prawa jednostajnie przesuwał wskazówki na tarczy zegara. Atrium ozdobione było regularnie podcinanym zienonym mchem roznącym w drewnianych donicach, a i mchem ozdobione były również niektóre kawałki ścian. Ogromny gmach otoczony był balkonami ułożonymi w trzech piętrach jeden nad drugim i które to balkony też wspierały się na filarach. Tutaj pęd powietrza był odczuwalny i szum systemów wentylacji głośny, nawet mimo ogromnego gwaru przebywającego tu tłumu. Głośniki Mamy nadawały komunikaty co kilka minut. W Atrium słyszało się wieści ze wszystkich skrzydeł. Zarówno uczniowie, pracownicy niższego i wyższego szczebla słyszeli komunikaty dotyczące swoich zajęć. Atrium było bardzo stare. Istniało od zawsze i prowadziły do niego wszystkie drogi. Było centrum życia w całym Domu. Mimo swojego wieku wyglądało okazale i dostojnie. Zupełnie inaczej niż skrzydła, w których zazwyczaj poruszał się Adam. Żarówek było mnóstwo i świeciły bardzo mocno. Było tu czysto i ładnie pachniało. Adam z Olą weszli do atrium z poziomu pierwszego piętra. Interesująca ich biblioteka znajdowała się na drugim po przeciwległej stronie. Udali się tam nie spiesznym marszem trzymając się jak najbliżej siebie uważając jednocześnie, żeby się przypadkiem nie dotknęli.

Biblioteka główna była dużą komnatą z wieloma rzędami regałów i książek, z których spora część była drukowana. Większość z nich była bardzo stara i czarny niegdyś druk płowiał i się ścierał. Litery, które byłyby zupełnie niewyraźne poprawiano ręcznie, dzięki temu dało się rozczytać tekst. Biblioteka główna posiadała też drewniane krzesła i tylko niektóre stoły miały bambusowe nogi. Ściany tutaj były mniej obłapane niż w innych miejscach, a komunikaty mamy były ciche, aby nie zakłócać ciszy czytającym. - Tutaj na pewno znajdziemy czego szukamy! - Powiedziała podekscytowana Ola i ruszyła na poszukiwania. Adam udał się za nią. Przyglądał się jak szuka między książkami niewiadomo czego, samemu zerkając tylko od czasu do czasu na pojedyncze egzemplarze bez nadziei, że znajdzie cokolwiek o zapasach. Ola wyjęła jakąś książkę i bez słowa włożyła ją pod pachę. Było to coś bardzo starego i dotyczyło uzdatniania powietrza. Wędrowała od półki do półki jakby szukając czegoś bardzo ważnego. Adam chodził za nią i coraz bardziej żałował, że nie poszedł na zapasy. Z nudów tylko oglądał brzegi książek i nawet nie czytał tytułów. Komunikaty od Mamy dotyczące hodowli bambusa były dla niego w tej chwili największą rozrywką. - Mam! - Powiedziała podekscytowana Ola. - Znalazłam! - Co takiego? Ola ciesząc się jak bardzo mała dziewczynka z kukurydzy wręczyła Adamowi znalezisko. Ręcznie napisaną książkę o sporcie. Na tylnej okładce był spis dyscyplin, które książka miała opisywać między innymi zapasy. - O! zapasy. - Uśmiechnął się Adam. - Skąd wiedziałaś, że to tu jest? - W Domu wszystko jest, tylko czasem trzeba umieć szukać. - Dzięki. Przyda mi się. Ola uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Czytamy? - Spytał. - Czytamy! Oboje usiedli przy małym stoliku naprzeciwko siebie obok regału, który świecił pustkami. Złośliwa żarówka dawała mocne światło i najwyraźniej oświetlała akurat tą część regału, który był najbardziej pusty. Adam z zafascynowaniem oglądał ręcznie rysowane prymitywne obrazki, a bardziej szkice, które przedstawiały najróżniejsze chwyty. Zerkał co chwilę na książkę Oli. Nie rozumiał z niej nic. Były tam różne schematy, prawdopodobnie szybów wentylacyjnych i jakieś matematyczne wyliczenia, których jego zdaniem i ona nie mogła rozumieć. Najbardziej interesowały go rysunki chwytów rąk i ćwiczył na sobie sposoby ich zakładania. Koło nich kręciła się bibliotekarka i układała coś na regałach. Na krawędzi stolika przy którym siedzieli młodzi uczniowie położyła stos książek i zaczęła układać je na regale. Zdawała się robić to tak, żeby stały w mniej oświetlonych częściach regału, a światło podkreślało jego puste ściany. Adam zerknął na stos. Kilka książek rzuciło mu się w oczy. “Bezdomie. Wspomnienia zbrodniarzy” Bibliotekarka chwytała egzemplarze i ustawiała je na półkę. Książki o bezdomiu położyła przy innych od strony pustej ściany i odeszła. Adam nie mógł oderwać od nich oczu. Po chwili rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było. Inni czytelnicy siedzieli w dalekich od nich miejscach biblioteki. Męski głos ponownie wygłosił jakiś komunikat Mamy. Tym razem chodziło o nowy tunel. Adam wykorzystał tą chwilę i pociągnął Olę za rękaw. - Co? Kazał gestem palca przy ustach nakazał jej być cicho. Potem tym palcem wskazał na regał. Ola zerknęła. W tym momencie kilka książek o bezdomiu przewróciło się. Jej białe brzegi wpadły w oświetlony kawałek regału i na tle ciemnej ścianki zdawały się wręcz świecić. Ola niemo odczytała tytuł. “Bezdomie. Wspomnienia zbrodniarzy” Przestraszyła się. Rozejrzała się dookoła i nieśmiało sięgnęła po lekturę. Była stara. Część książki była drukowana, ale ostatnie rozdziały zapisano już ręcznie. Książka była o tyle dziwna, że kilkanascie ostatnich stron było pustych. Jakby czekały na umieszczenie w nich wspomnień przyszłych zbrodniarzy. Ola ostrożnie wyciągnęła z kieszeni ołówek z gumką, kawałek zmiętej kartki, napisała kilka słów i bezszelestnie położyła wiadomość na otwartych stronach książki Adama. - Znowu bezdomie! To nie może być przypadek! Wygumkuj to i mi odpisz! Adama opanowały dreszcze. Kartka była bardzo zużyta i sugerowała nazbyt wyraźnie, że wymazano z niej niejedną wiadomość. - Mama nas słyszała? - Odpisał - Nie wiem. Na stołówce raczej nie. - Może chodzi tylko o dzisiejsze lekcje? - Nie! Tutaj w bibliotece nam podłożyli książkę!!! Mama nas słuchała. - Podkreśliła słowo “tutaj” - Pani Hiacynta…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ostatni Dom - MAMA cz.1 — czytnik · opowiadania