thriller · 13 min czytania
Ostatni kurs
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pomachał na do widzenia. Mrok ukrył jego niepewną minę. Cieszył się z tego. Pożegnalny pocałunek wydał mu się dziwnie oszczędny, nic w nim nie pozostało ze zwykłej spontaniczności. Cały wieczór piła więcej niż powinna i uśmiechała się częściej niż miała w zwyczaju. Rysiek znał takie sygnały. Jeszcze dzień, dwa, może tydzień i znów będzie samotnie żeglował przez życie. Od jakiegoś czasu kiepsko im się układało. Może dlatego, że od śmierci matki nie był zbyt rozrywkowym kompanem... W przeciwieństwie do niej Rysiek wraz z upływem wieczoru uśmiechał się coraz rzadziej, za to w piciu dorównywał jej kroku i nie było mowy, żeby mógł wracać samochodem. Chciała wezwać taksówkę. Ryszard, dość nieoczekiwanie nawet dla siebie, oznajmił zjadliwie, że dobrze mu zrobi spacer na niedaleki przystanek autobusowy. No cóż, pewnie tak rozładował tłumione przez cały wieczór emocje. Już po chwili pożałował tej decyzji. Dobre sobie. Przystanek wcale nie był niedaleki, ani nie odczuwał specjalnej potrzeby spacerowania. Chciał, by wiatr ostudził mu głowę. Chciał pomyśleć. Postawił kołnierz. Aura niezbyt sprzyjała wędrówkom. Przechodząc kopnął ze złością oponę samochodu. Zatrzymał się. Przez chwilę poczuł pokusę... Nie! Zamknął furtkę i spojrzał na zegarek. Cholera. Było później niż myślał. Musiał się pośpieszyć, jeśli chciał zdążyć na ostatni kurs. Miał przed sobą dobry kilometr osiedlowej alejki i spory kawałek marnej, polnej drogi, aby dojść do głównej ulicy. Przy niej dopiero, w okolicy przejazdu kolejowego, znajdował się przystanek autobusów.
Wieczór był zimny jak diabli. Ni to jesień, ni zima. Ruszył szybkim krokiem pochłonięty myślami równie ponurymi jak otoczenie. Dzielnica nawet w słonecznych promieniach wyglądała nie najlepiej, a cóż dopiero teraz. Po jednej stronie ulicy wznosiły się przedwojenne czynszówki. Straszyły odpadającym z frontonów tynkiem i wiszącymi, zdawało by się na słowo honoru, balkonami. Niepokojąco mroczne tunele bram prowadziły w atramentową czerń podwórek. Mnóstwo tu było pustostanów, wiele okien wyglądało jak po przebytym bombardowaniu. Po drugiej stronie, w gąszczu zaniedbanych roślin, kryły się urocze niegdyś jednorodzinne domki. Niegdyś. Teraz właściciele byli zbyt starzy i zbyt niedołężni, by zadbać o nie i ich otoczenie. Latem, zielone chaszcze spełniały nawet dość pozytywną rolę, kryjąc sypiące się budynki. Teraz jednak, nagie i strupieszałe, potęgowały tylko obraz rozkładu. Ryśkiem wstrząsnął dreszcz. Jeszcze bardziej przyśpieszył kroku, ale zyskał tylko tyle, że poślizgnął się na warstwie nadgniłych liści i nieomal wywinął orła. Eleganckie pantofelki, w które się wystroił, nie bardzo nadawały się do jesiennych wędrówek. Jeśli połamie sobie gnaty na pewno nie zdąży na autobus. Zaczął uważać gdzie stawia nogi.
Gdzieś z boku zatrzeszczały stare, nieoliwione chyba od wieków, drzwi.
Rysiek spojrzał w stronę mijanego, stojącego w głębi zapuszczonego ogrodu, domu. Oskrobane drzwi otworzyły się niechętnie na całą szerokość ukazując idealnie czarne wnętrze. Nikt nie wyszedł. W oknach było ciemno... Wzruszył ramionami. Pomaszerował dalej.
Niemal natychmiast usłyszał za sobą kroki. A jednak ktoś tam mieszkał. Po chwili Rysiek zorientował się, że stąpnięcia nie dochodzą zza jego pleców, a raczej ze środka posesji. Ktoś szedł wzdłuż ogrodzenia. Spojrzał ukradkiem w bok. Nadal było coś słychać, ale nikogo nie zobaczył. Wytężył słuch. Tak, słyszał wyraźnie. Nie był to stukot obcasów, ale miękkie mlaśnięcia, jakby ktoś szedł po rozmokłym terenie. Było to trochę dziwne. Któż pęta się o tej porze po zdziczałym ogrodzie? Przystanął na chwilę. Odgłosy ucichły. To jednak musiało być echo jego własnych kroków. Szarpnął zardzewiałą siatkę ogrodzenia. Cisza...Odwrócił się uspokojony.
Część 22 / 2
Łuuuup!!!
Kilka metrów przed nim coś uderzyło w parkan z ogromną siłą! Na chodnik posypały się kawałki wyschniętego żywopłotu. Ryszard targnął się w tył. Żołądek podjechał mu do gardła. "To pies...chyba..." Akurat! Wiedział, że to nie mógł być pies! Cholera, musiałby być wielki jak nosorożec! Zrobił krok... Siatka zadrgała spazmatycznie. Przełknął ślinę, oblizał się nerwowo. Spoglądał bez ruchu przed siebie. Nic. Niczego nie widział. Ale czuł. Czuł czyjąś obecność... Zaryzykował kolejny krok. Gałęzie poruszyły się i zaszumiały, choć nie było wiatru. Przetruchtał na drugą stronę ulicy. Przystanął rozglądając się niepewnie.
Drgnął...
Poczuł na plecach wzrok...Każdy miewa czasami wrażenie, że ktoś uporczywie go obserwuje, ściąga wzrokiem, ale to odczucie było skumulowane do entej potęgi. Czuł go na całym ciele. Zmusił się by się nie obejrzeć. Bał się, że może tam zobaczyć coś, czego widzieć by nie chciał. Skulony pobiegł wzdłuż ściany. Zaczął padać śnieg, coraz gęstszy i gęstszy. Rysiek oślepiony opadem koncentrował się na utrzymaniu równowagi. Nie zwrócił uwagi, że dziwny szmer wrócił. Zbliżał się do niego, by wreszcie go dogonić. Mężczyzna stanął bliski paniki. Niemal wrzasnął mimowolnie. Płoty po drugiej stronie ulicy zatrzęsły się gwałtownie, jakby szarpane dłońmi olbrzyma. Wstrząs, brzęcząc sztachetami, przebiegł po parkanie niczym fala tsunami. Przemknął przez jezdnię przecznicy wzbijając małe tornada opadłych liści i płatków śniegu. Rysiek stał z otwartymi do krzyku ustami. Perspektywa ulicy zamazywała się wśród migocących w ulicznym świetle śnieżynek. Zrobił ostrożny krok i jęknął. Kilka metrów przed nim konary drzew ugięły się prawie zamiatając chodnik liśćmi. Zaskoczone niespodziewaną przemocą drewno skrzypnęło. Wtulając głowę w ramiona Rysiek dotarł do przecznicy. Musiał iść. Czas naglił. Zaczął przechodzić przez ulicę, gdy uporczywe spojrzenie wróciło, niemal osadziło go w miejscu. Drzewa zaczęły się miotać szaleńczo. Zobaczył jak światła latarń gasną jedno po drugim zanurzając w mroku głębię ulicy. Zatkał uszy. Dlaczego nikt nie słyszał tego całego rumoru? Czemu nikt nie wyjrzał przez okno?
Wyczulony słuch wyłapał cichy szelest, a może szurgot, jakby ktoś ciągnął worek cementu po betonie. Tego było już za wiele. Rysiek skręcił w lewo nie zważając, że oddala się od trasy autobusu. Jak szalony…