Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Zbrodnia · 15 min czytania

Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Rozdział 1{/i}

Marina nakręciła zegarek i położyła się spać. Z biura znajdującego się na dole dochodziły pojedyncze dźwięki stukania na maszynie. Miała nadzieję, że jej koleżanka dobrze sprawdziła okna i zaryglowała drzwi. Otwierając oczy, nie chciałaby ujrzeć przed sobą wykrzywionej w grymasie twarzy Nocnego. Na wszelki wypadek wyjęła spod łóżka trzydziestkę ósemkę i schowała ją pod poduszkę. Zawsze tak spała, dzięki czemu czuła się bezpieczniej. Wygodnie ułożyła się na materacu i usnęła. W środku nocy usłyszała dźwięk telefonu. Biuro, jako jeden z niewielu budynków podłączony był do centralnej linii telefonicznej. Wiedziała, co to oznacza. Niechętnie zsunęła się z łóżka i zaczęła się ubierać. Znowu kogoś zabito, więc musiała zbadać miejsce zbrodni. Założyła kamizelkę kuloodporną i z przekąsem pomyślała, że nie na wiele przyda się w starciu z Nocnym, ponieważ oni posługują się nożami. Takie były przepisy i musiała się do nich stosować. Anka czekała na dole. - Już są – oznajmiła i otworzyła drzwi, za którymi zaraz przy krawężniku stała zaparkowana furgonetka. Siedział w niej znajomy lekarz i dwóch policjantów. - A gdzie reszta? – Marina rozejrzała się po wnętrzu samochodu. Marcin, lekarz, spojrzał na nią jasnymi oczami. - Powiedzieli, że będą na miejscu. - Jak to na miejscu? – Uniosła się. – To uchybienie procedurze. - Twoją procedurą możesz się podetrzeć – wyglądał na wkurzonego. – To zabójstwo nie ma nic wspólnego z poprzednimi. - O co chodzi? – Wtrąciła się Anka. Machnął ręką. - Sama zobaczysz, jak dojedziemy. Przyjrzała się Marcinowi. Miał sińce pod oczami i ściągniętą bólem twarz. On też, tak jak i Marina stracił bliskich dzięki Ludziom Nocy. Te wydarzenia połączyły ich na jakiś czas, ale praca nie ułatwiała życia, więc postanowili się rozstać. Furgonetka zajechała na miejsce w ciągu piętnastu minut. Tyle czasu zajęło jej pokonanie zniszczonej wojną części miasta należącej do Ludzi Nocy. Teren był jasno oświetlony. Miejsce zbrodni było jedynym obszarem poza budynkami, na który nie żałowano w światła po zmroku. Z reguły każde morderstwo wyglądało tak samo, setki ran na ciele, z których sączyła się krew, a później podcięte gardło. Marcin miał rację. Tym razem było inaczej. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to obecność przedstawicieli Ludzi Nocy, co nie zdarzało się zbyt często, ponieważ wzajemnie unikali swojego towarzystwa. Bywało jednak, że pomagali sobie nawzajem, lecz tylko z wymuszonej konieczności. Osobiście starała się omijać ich jak najszerszym łukiem, czując urazę, gdyż w przypadku tych najokrutniejszych morderstw, zawsze trzymali stronę swoich. - Co oni tu robią? – Spytała Marcina, który zdążył obejrzeć dokładnie miejsce zbrodni zanim przyjechał po nią i Anię. Była wściekła na samą myśl o tym, że znowu jako ostatnia, dowiedziała się o morderstwie. - Chodź za mną. Weszli w krąg żółtego światła wydobywającego się z wysokich lamp rozstawionych dookoła. Jej zdziwienie równe było wcześniejszemu zaciekawieniu. W samym środku świetlnego kręgu leżały dwie postacie, matka z dzieckiem w ramionach. Już z daleka wiedziała, o co w tym wszystkich chodzi. Tak jak Marina należała do pokolenia Dzieci Słońca, tak samo u Ludzi Nocy zaczęły rodzić się dzieci, od pierwszych chwil życia pozbawione promieni słonecznych. Charakteryzowały się bladą skórą i ciemnym owłosieniem, ale najbardziej niezwykłe były ich oczy, żółto – zielone ze zwężającymi się źrenicami. Przypominały oczy kota i doskonale nadawały się do oglądania świata skrytego pod zasłoną nocy. - O Boże – wyszeptała oglądając zwłoki.– Nie wiedziałam, że oni istnieją. - Najwyraźniej komuś się to nie spodobało – skomentował Marcin. Ukucnęła i bliżej przyjrzała się twarzom ofiar. Jednej opalonej i otoczonej jasnymi włosami, a drugiej bladej z aureolą rudych włosów. - Przecież to jeszcze dziecko – żal w jej głosie był aż nazbyt słyszalny. Przełknęła kluchę zbierającą się w gardle. – Kto mógłby być tak okrutny? Morderstwa dokonano w sposób, w jaki robili to Nocni. Jedynym odstępstwem był postrzał w głowę zamiast poderżniętego gardła. Kobieta najwyraźniej została zgwałcona, ale to zdarzało się już wcześniej. - Co o tym sądzisz? – Usłyszała nad sobą głos Lepina. Potężny cień kapitana policji padł na zwłoki. Wyprostowała się i spojrzała mu w oczy. - Ich nie zabili Nocni – powiedziała. – Oni nie posługują się bronią kaliber trzydzieści osiem. Jeszcze nigdy żaden z nich nie zabił w ten sposób. Gdybyśmy tylko mogli zrobić badania balistyczne – westchnęła. – Ten ktoś użył broni policyjnej. Wiedziała to od momentu, kiedy zobaczyła zwłoki. Dużo wiedziała o Ludziach Nocy, a wiedza ta obejmowała fakt, że nie zabiliby dziecka zrodzonego z ich krwi, nawet, jeśli matką było Dziecko Słońca. To był pierwszy mieszaniec, jakiego widziała na oczy. - Tego się obawiałem. To już drugi taki przypadek w ciągu tygodnia. Ktoś wyraźnie się na nich uwziął. - Stąd ich obecność? – Wskazała na Ludzi Nocy. Skinął głową. - Co z ojcem dziecka? Mimo że był jednym z nich, czuła jego smutek i żal po stracie bliskich. Miała nadzieję, że o niczym nie wie. Przez jakiś czas będzie łatwiej pracować. - Nie wiemy, co się z nim dzieje – szef wzruszył ramionami i odszedł. Do uszu Mariny dobiegł cichy szelest wydobywający się spoza kręgu. Szybko spojrzała w tamtą stronę, ale miała ograniczoną widoczność, więc weszła w ciemność. Szelest oddalał się, a ona niewiele myśląc podążała za nim krętymi uliczkami, między rozpadającymi się domami. - Hej, poczekaj! – Zawołała. W normalnych okolicznościach przeklinałaby siebie za głupotę, ale tym razem czuła, że nic jej nie grozi. Nagle coś przewróciło się dosłownie przed stopami Mariny. Zdążyła odskoczyć na bok i wyjąć pistolet oraz latarkę, którą oświetliła przestrzeń przed sobą. Od razu schowała broń z powrotem do kabury i wyciągnęła rękę w stronę wystraszonego dziecka, które usilnie próbowało wcisnąć się w zagłębienie w murze. - Nie bój się, nic ci nie zrobię – przemówiła łagodnie, ale to nie poskutkowało. Dotknęła drżącego ramienia, które szybko się uchyliło. Wyciągnęła rękę. - Naprawdę nic ci nie zrobię, obiecuję. Wyjdź proszę. Chciałabym zobaczyć jak wyglądasz. Małe, kocie oczy spojrzały na nią z szybkością błyskawicy, po czy powtórnie skryły się za zasłoną rudych włosów. - Nawet nie wiem czy jesteś chłopcem czy dziewczynką. - Oczywiście, że dziewczynką – burknęło dziecko. Odetchnęła z ulgą. - Przynajmniej to mamy za sobą. Powiesz mi jak masz na imię? – Kuła żelazo póki gorące. - Anatola. Pochwyciła kolejne, coraz bardziej ciekawskie spojrzenia. Miała nadzieję, że dziewczynka w końcu odważy się wyjść z ukrycia. Nie chciała wyciągać jej siłą. - To prawdziwa broń? Skinęła głową. - Z takiej zabito moją mamę i małego brata. Zmarszczyła brwi. - Jesteś pewna? - Tak – odpowiedziała, kiedy zreflektowała się, że z odległości, w której stoi Marina może nie zobaczyć skinięcia. Marina pomyślała, że dziewczynka mówi o typie broni, a taką posługiwało się niewiele osób. Całkiem niedawno pozwolono policjantom używać broni palnej, której coraz więcej było na ulicach. Marina miała swoją tylko do obrony własnej. Nigdy nikogo nie zabiła i nie zamierzała tego robić. Doskonale zdawała sobie sprawę, że gdyby tylko miała dostęp do informacji…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział I — czytnik · opowiadania