Zbrodnia · 26 min czytania
Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}Rozdział 4{/i}
Ty idiotko, wyrzucała sobie w myślach po raz setny od momentu odzyskania świadomości. Siedziała w ciemnej komórce, bez broni, ze związanymi rękami i nogami. Głowa bolała ją od uderzenia i chyba skręciła nogę w kostce. Próbowała wstać, ale bolała okropnie i zaczęła puchnąć, bo but nagle stał się za mały. Udało się jej podnieść na kolana, na których podeszła do drzwi i pchnęła je mocno ramieniem z zerowym skutkiem. Żadnego innego wyjścia nie było. W końcu między deskami zaczęło prześwitywać słońce. Później znów przyszła noc i kolejny dzień. Zaczynała mieć tego dosyć i obawiała się, że umrze zanim ktoś ją odnajdzie. Gardło miała zdarte od krzyku i wysuszone z pragnienia. Nie wiedziała, ile tak naprawdę czasu tam spędziła, gdyż nie miała orientacji w czasie. Kiedy już straciła nadzieję, usłyszała głosy. - Tu jestem – zachrypiała, czego nikt nie mógł usłyszeć. Ostatkiem sił podciągnęła nogi i zdrową stopą zaczęła kopać grube deski. W końcu drzwi się otworzyły i wyniesiono ją na zewnątrz. - Dajcie wody. To Roco wydawał rozkazy swoim podwładnym trzymając Marinę w ramionach. Wyglądała na bardzo wyczerpaną. Szybko obejrzał jej obrażenia. Zwichniętą nogę i spory guz na czaszce, który jednak szybko powinien się wchłonąć. - To było ostatnie miejsce na ziemi, gdzie mogliśmy cię znaleźć. Łyknęła cudownej wody. Było jej tak dobrze, że mogłaby umrzeć. Ptaki śpiewały nad głową pośród zielonych drzew, a Marina leżała w ramionach przystojnego mężczyzny. Uśmiechnęła się na myśl, że na jego miejscu mógłby być był ktoś inny. - Co z Anatolą? – Spytała, kiedy odzyskała głos. Nie chciała pytać o Marcusa, i o to, czy jeszcze żyje. Miała nadzieję, że nic mu się nie stało. - Nic nie mów. Oszczędzaj siły. Marinę zaniesiono do domku, gdzie spała po niefortunnym omdleniu i delikatnie ułożono na leżance. Jedna z kobiet o imieniu Tasza, która siedziała przy kolacji opatrzyła jej nogę i podała posiłek. Marina dowiedziała się, że jest to żona Roca. Tasza wyjaśniła jej, że Anatola jeszcze się nie odnalazła. - A Liwie? - Zniknęła. Teraz już miała pewność, że to ona wpuściła ją w tą pułapkę. Musiała jak najszybciej porozmawiać z Marcusem, ale i to było niemożliwe, ponieważ jeszcze nie wrócił. Tasza dodała, że Marcus biegnąc do metra, zorientował się, że Marina została w tyle. Wrócił aby jej poszukać, ale Liwie powiedziała mu, że zdecydowała się zostać. Zdążył jeszcze tylko powiedzieć jednemu z ludzi Roca, żeby dobrze się nią zaopiekowano i pojechał szukać córkę. - Po wszystkim, co się wydarzyło zaczęliśmy cię szukać, jak tylko zorientowaliśmy się, że Liwie namieszała. Niestety trwało to aż trzy dni. - Dobrze, że nic poważnego ci się nie stało. Wieczorem zostawiła ją samą, żeby odpoczęła. Przed wyjściem poprawiła poduszki i ułożenie chorej nogi. Milion myśli kłębiących się w głowie Mariny przez jakiś czas nie pozwalało jej zasnąć. Miała nadzieję, że Marcus poradził sobie z uwolnieniem Anatoli i sam nie został złapany. W końcu znużona zasnęła.
- Marina – wyraźnie usłyszała głos Marcusa. Otworzyła oczy. Siedział na łóżku otoczony blaskiem świecy stojącej na stole. Jego kocie oczy wyglądały na zmartwione. - Jak się czujesz? Słyszałem, że wpadłaś w zasadzkę. Uniosła się na poduszkach. - To przez Liwie. Pogłaskał po głowie, jak małe dziecko. - Co z Anatolą? Wskazał na swoje ramię, na którym widniał niewielki opatrunek. - Nie dałem rady. Postrzelili mnie. - Bardzo boli? – Zmartwiła się. Roześmiał się głośno na widok jej miny i przejechał palcem po policzku Mariny. - Nie przejmuj się tym. Nie wiem, jak odzyskać Anatolę – spoważniał. - Pomogę ci – powiedziała z przekonaniem, że wszystko musi się dobrze skończyć. Nie chciała aby tej dziewczynce coś się stało. Stracił już tak wiele, że śmierć córki na pewno by go zabiła. Przez moment patrzyli na siebie z głębokim porozumieniem, po czym Marcus wstał i wyszedł bez słowa. Rzuciła się na poduszki i do rana nie mogła usnąć ogarnięta różnymi myślami, jednak większość z nich sprowadzała się do osoby Marcusa.
Przy śniadaniu zastanawiali się nad najlepszym rozwiązaniem sprawy. - Oni chcą Marcusa i waszą ziemię – Marina wyłożyła warunki. O tym wiedzieli wszyscy. Roco opowiedział, że w walce zginęło tylko trójka spośród setki jego ludzi, ponieważ znajomość terenu stanowiła ich przewagę. - W mieście nam się to nie uda, więc nie bardzo jestem w stanie wam pomóc. Mogli więc liczyć z Marcusem tylko i wyłącznie na siebie i Ludzi Nocy. Doszli też przyczyn zdrady popełnionej przez Liwie. - Liwie od samego początku była przeciwna naszemu małżeństwu – Marcus oparł się o drewniany stół. – Wyglądała mi na rasistkę, ale później zmieniła zdanie widząc, jak bardzo się kochamy. Kiedy pokazałem jej miasto, nie chciała stąd odjeżdżać. Teraz już wiem, że była szpiegiem. Marina poruszyła chorą nogą, która zadawała się być w lepszym stanie. - Zastanawia mnie jak daleko są w stanie się posunąć? – Szepnęła bardziej do siebie niż pozostałych. Natłok myśli spowodował, że zakręciło się jej w głowie, co tylko przypomniało, jaka jeszcze była słaba. - My też mamy u nich swojego szpiega – usłyszała głos Marcusa. Spojrzała na niego zainteresowana. A więc udało mu się przeniknąć. Roco również patrzył na niego z błyskiem w oczach. - Kto to jest Marcus? Nic nam nie mówiłeś. Jego twarz wyrażała zadowolenie i podziw. - Nie mogę wam tego zdradzić. Nawet tobie, Roco. Wybacz, ale to sprawa najwyższej wagi. Ważne, ze ufam temu człowiekowi. Marina uśmiechnęła się pod nosem. Człowiek, który został obdarzony takim zaufaniem, musiał być wielki. - Dzisiaj przyniesiono mi wieści o miejscu pobytu Anatoli. Zamierzam ją odbić. - Znowu chcesz się narażać? – Roco wypowiedział na głos jej obawy. – Pozwól, że załatwimy to za ciebie. Marcus klepnął jego ramię. Nie dał się przekonać. - Twoje miejsca jest z twoimi ludźmi – wtrąciła się. – Kto zajmie twoje miejsce, jeśli coś się stanie? Spojrzał na nią przenikliwie. - Gdzie twoja wiara w moją osobę, Marino? – Uśmiechnął się. Wzruszyła ramionami. - Ja już w nic nie wierzę – szepnęła. – Wszystko, co było moim życiem, okazało się jednym wielkim kłamstwem. Wszystkie bliskie mi osoby zginęły, a Anatola została uwięziona przez człowieka, któremu ufałam. Dowiedziałam się, że istnieje Raj na Ziemi, ale jego dni są policzone. Jak ja mam to wszystko interpretować? I teraz jeszcze ty zamierzasz dać się zabić! – Z każdy wypowiedzianym słowem jej irytacja rosła. Wiedziała jednak, że go nie zdoła przekonać. Musiał istnieć inny sposób. Wstając zachwiała się na chorej nodze. W rzeczywistości czuła się o wiele lepiej, ale postanowiła udać się do domku, żeby nabrać sił do wieczora. Odchodząc, usłyszała rozmowę dwóch mężczyzn, omawiających strategię walki na najbliższe dni.
Zdziwiła się, kiedy na łóżku zobaczyła Emilię. Staruszka widocznie czekała na nią już jakiś czas, ponieważ zdążyła usnąć. Delikatnie poruszyła jej ranieniem, żeby się ocknęła. - A Marina – westchnęła. – Czekałam na ciebie. Usiadła obok niej i zastanawiała się, czego mogła chcieć ta kobieta. - Widzę, że noga nie dokucza ci już tak bardzo. Jak na tak zaawansowany wiek, wzrok miała całkiem dobry. - Wtedy, przy ognisku, próbowałaś mnie ostrzec, prawda? – Spytała, przypominając sobie naszą ostatnią rozmowę. Emilia skinęła głową. - To nie jest miejsce dla ciebie, Marina. Zmarszczyła brwi. - Dlaczego tak uważasz? Przecież każdy, kto spojrzy na te lasy, nie będzie chciał stąd odejść. - Nie chodzi o miejsce, tylko o ludzi. Czyżby domyślała się uczucia do Marcusa. Z jej twarzy biła wieloletnia mądrość. - Twoi rodzice też chcieli tu zamieszkać. Spojrzenie Mariny zatopiło się w jej brązowych oczach. - Nie wiem, skąd wiedzieli o tym miejscu, ale wydaje mi się, że na własną rękę chcieli sprawdzić prawdziwość legendy od lat krążącej po świecie. Podziwiałam ich odwagę, kiedy nie bacząc na zastawione pułapki przeszli przez las i stanęli przed moim mężem. Wtedy on był przywódcą. Nie zamierzaliśmy ich zabijać. Zasłużyli na nasz szacunek, więc pozwoliliśmy im odejść wymuszając przysięgę, ze nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Wiem, że dotrzymali słowa. Moc w jej głosie mnie także nie pozwoliła zwątpić. - Za to zginęli – wtrąciła. – Dlatego też mi nie powiedzieli. Nagle uderzyła ją myśl, która lotem błyskawicy przemknęła przez głowę. - Myślisz, że to dlatego nie wtajemniczono mnie w plan zajęcia tego miejsca? Mój szef powiedział o Raju wielu moim kolegom, a mnie pominął. Myślał, że będę go bronić za wszelką cenę. - Myślał też, że znasz jego lokalizację, ale tu się pomylił – na jej pomarszczonej twarzy pojawił się szelmowski uśmiech, a porcelanowa cera nabrała blasku. - A co ze sprawą mieszańców? – Nawiązała do zabójstwa żony Marcusa i ich syna. – Dlaczego chcą się ich pozbyć? Staruszka zastanowiła się przez chwilę. - Zauważyłaś jakieś niezwykłe cechy u Anatoli? Marinę oświeciło. - Jest Nocną i Słoneczną jednocześnie. Dlatego jest niezwykła. Widzi w nocy i nie przerażają jej promienie słoneczne. Oni się boją mieszańców. Boją się, że przejmą władzę i naruszą status quo, które i tak jest już zakłócone. Czyżby myśleli, że ta garstka dzieci może im odebrać Raj? Emilia roześmiała się głośno. - Jesteś mądra, ale o wielu rzeczach jeszcze nie wiesz. To nie jest garstka dzieci, kochanie. Potrząsnęłam głową. - Ale przecież mieszańcy zaczęli się rodzić stosunkowo niedawno. - To jest prawda, ale nie wiesz jak wielką armię popleczników mają za sobą. - Jednym z nich jest Marcus – szepnęłam do siebie. Skinęła głową. - Masz rację, jednym z nich, ale są też inni. Na przykład wasz prezydent. - Ale – zająknęłam się, kiedy dotarły do mnie słowa Emilii. – O, cholera – westchnęłam. Zrozumiałam. - Kim jest Marcus? – Spytałam powoli cedząc słowa. - Jest mieszańcem – odparła spokojnie. – Zrodzony z Nocnej i Słonecznego. Dokładniej rzecz ujmując, waszego prezydenta. Zapadła cisza, w której słychać było tylko nasze oddechy. Głowa mi pękała i nie mogła już dłużej tego znieść. - To jego pieprzone status quo! – Krzyknęłam zapominając o bólu i stając na nogi. Byłam wściekła, że mi nie powiedział. - Uspokój się Marina – staruszka chwyciła mnie za dłoń. – Nie mógł ci powiedzieć. - To dlaczego ty to zrobiłaś? Uśmiechnęła się. - Czułam, że powinnam. Ale utrzymaj to w tajemnicy, gdyż niewiele osób o tym wie. - Roco? Zaprzeczyła. - Ani Roco, ani nikt z obecnych tutaj, poza nasza trójką. - A Anatola? - Oczywiście, że wie i właśnie dlatego była taka pewna siebie. Myślała, że nic jej nie grozi. - Troszkę się przeliczyła – skwasiłam się. – Głupia dziewucha. Rozumiem, że szef policji nie ma pojęcia, kogo więzi. - Widzisz, i tu właśnie tkwi problem. Zna ją tylko jako córkę Marcusa, a nie jako wnuczkę głowy państwa. W swej niewiedzy zrobił bardzo użyteczny dla niego krok, zamykając ją w najwyższym budynku w mieście – mrugnęła, podając miejsce przetrzymywania dziewczynki. Czyżby znała plan Mariny? To nie mieściło się jej w głowie. Bardzo powoli podniosła się z łóżka i podeszła do drzwi. - Uważaj na siebie – uśmiechnęła się ciepło. – I zastanów się jeszcze nad Marcusem. To nie jest mężczyzna dla ciebie. Nie musiała tego mówić. Podczas rozmowy Marina doszła do takiego samego wniosku.
Wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Tasza przyniosła obiad i kolację, której część ukryła w swojej torbie. Obejrzała nogę Mariny i powiedziała, że do jutra powinna się wygoić. Marina nie miała zamiaru czekać aż tak długo. Niedługo potem Marcus przyszedł sprawdzić, jak się czuje. Kiedy stanął w drzwiach, spojrzała na niego zupełnie innymi oczami, dostrzegając to, co wcześniej jej umknęło. Jaśniejsze refleksy we włosach i ciemniejszy koloryt skóry. Jakim cudem nikt tego nie widział? Siedziała na łóżku, nogi miała spuszczone, a on zajął miejsce obok. - Jak noga? Skrzywiła się. Ciągle była na niego zła, ale nie mogła mu tego okazywać. Nie teraz, kiedy była tak blisko. - Boli. Tasza mówi, że jutro będę normalnie chodzić, ale ja jej nie wierzę – zaśmiała się. Spojrzał na nią przenikliwie, jakby chciał coś wyczytać z błękitnych oczu. Spuściła wzrok. Wiedziała już, co nią kierowało. Podziw i chęć obrony przywódcy za wszelką cenę. Jak mogła się podejrzewać o jakąkolwiek miłość do Marcusa? Działał na nią jak mężczyzna, ale chyba nigdy nie odważyłaby się sięgnąć po niego. Nie musiała. On pierwszy to zrobił. Uniósł jej brodę i delikatnie pocałował. Rozchyliła wargi i zatopiła się w jego ustach. Po chwili oderwała się od niego i odsunęła na bezpieczną odległość. Z szacunku nie posunęła się dalej. - Nic z tego nie będzie – stwierdził widząc minę Mariny. Duma odrzuconego mężczyzny nie pozwoliła mu zostać w domku. Wiedziała, że jest wściekły, ale później mógłby tego żałować. Z zadowoleniem obserwowała niebo, na którym pojawił się jasny księżyc. Spakowała plecak i cicho zsunęła się na ziemię. Weszła w las i w niedługim czasie dotarła do stacji metra. Tak, jak się spodziewała, pociągu nie było, ale tory powinny zaprowadzić ją z powrotem do miasta. Oświetlając sobie drogę latarką weszła do tunelu. Kilkadziesiąt…