Zbrodnia · 23 min czytania
Ostatni Raj na Ziemi - Rozdział VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}Rozdział 6{/i}
Rankiem mieszkańcy Raju zaczęli przygotowania do walki. Marina głęboko wciągnęła suche powietrze i mocniej zacisnęła dłonie na poręczy tarasu wystawiając twarz ku niebu. W talii objęły ją ręce Marcusa. Wtuliła się w niego z zagadkowym uśmiechem na twarzy. - Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie. - Emilia pragnie nas jeszcze widzieć – z trudem od niej oderwał. Odwróciła się do niego twarzą. - Nadal nie wiesz, kto za tym stoi, prawda? Próbowała wyczytać z jego twarzy tą pewność, która dawała jej siłę, ale zobaczyła tylko zwątpienie. - Ale Emilia, ona na pewno wie, więc dlaczego nie mówi? Kim jest ten człowiek? Marcus wpatrywał się w ludzi stojących na dole. Każdy szykował się do wielkiej bitwy o Raj. Zamiast rozkoszować się pięknem poranka. Bardzo im współczuł, gdyż nie mieli szans z rozbrajającą siłą przeciwnika. Cała nadzieja już tylko w Lepinie. Nawet Peter zniknął tej nocy zabierając ze sobą żołnierzy, których na pewno nasłał ich ojciec – prezydent. Marcus od dłuższego czasu domyślał się, że ojciec maczał w całej sprawie ręce, ale dopóki niezachwianie wierzył w jego dobre intencje, stał po stronie prezydenta. Wierzył, że tylko on tak naprawdę może uratować Raj i zmierzyć się z nieznanym. - Marcus? – Jak przez mgłę usłyszał głos Mariny. – Ty wiesz, prawda? Patrzył w jej niebieskie niczym zachmurzone niebo oczy i wiedział. W tych oczach widział obietnicę ich wspólnego, przyszłego życia, widział w nich szczęście. Jednak nie zdobył się na wyznanie, ponieważ miał przeświadczenie, że nie jest to teraz najważniejsze. Emilia czekała na nich w cieniu wielkiego parasola splecionego z liści. Obok, na małym stołeczku siedziała Anatola i czytała starej kobiecie książkę, jedną z niewielu zachowanych od czasu wielkiej wojny. - Ach Emilio, jakim cudem z dwóch mężczyzn, z których jeden zabił drugiego zrodził się cały naród? – Nadal nie pojmowała, o czym mówiła Biblia. – Nie rozumiem, jak ludzie mogli wierzyć w takie rzeczy przed wojną, zresztą nic z tego nie rozumiem. Odłożyła książkę z westchnieniem i wyczekująco popatrzyła na kobietę. Emilia uśmiechnęła się do dziecka – kobiety. - Ci ludzie też tego nie rozumieli, ale właśnie na tym polegała siła ich wiary. Nie rozumieli, a jednak wierzyli. - To musiało być bardzo niebezpieczne – Anatola wyraziła myśl, która od dłuższego czasu dzwoniła jej w głowie – Ginąć za coś, czego nie mogli udowodnić, zjeść czy kupić. - Dlatego wybuchła wojna, kochanie. Wielu było wierzących, jeśli liczyć dawnym statystykom, to dziewięćdziesiąt procent wszystkich narodów – dodała z właściwą sobie złośliwością. - Lecz jak wiele narodów, tyle religii – powtórzyła zasłyszane gdzieś zdanie. Zastanowiła się przez moment. – Ale przecież Bóg jest jeden, więc skąd te różnice w poglądach. - Bóg był jeden, ale ludzie tego nie rozumieli. Byli tak próżni w swojej wierze, że za wszelką cenę starali się być tymi, którzy najlepiej będą go czcić. Narzucali innym swoją religię, swój sposób kochania boga. A z drugiej strony zwalczali ateistów, ludzi zbyt inteligentnych, których nie zadowalało żadne połowiczne tłumaczenie biblii. Oni chcieli dowodów na istnienie boga, gdyż zabrakło im wiary. Swoimi chłodnymi mózgami naukowców doprowadzili ludzi do zwątpienia, a wielu z nich nie umiało żyć bez wiary. - Czy to oznacza, że nie warto być inteligentnym? – Anatola z przekorą nawiązała do tematu. Emilia roześmiała się ropuszym rechotem. - Oczywiście, że warto, tylko trzeba zachować trochę umiaru i wierzyć. - W boga? - Niekoniecznie. Po prostu wierzyć, że wszystko się dobrze ułoży. Możesz to nazwać wiarę w los. - A czy to nie jest trochę, jak kupowanie kota w worku? - Nie, jeśli wierzysz, że twój los jest w twoich rękach. Anatola spojrzała ukradkiem na swoje dziecięce wciąż dłonie. - Chyba dam radę – stwierdziła i uśmiechnęła się promiennie na widok ojca i Mariny idących z naprzeciwka. Obydwoje byli skupieni i podenerwowani. Marcus miał zasmuconą minę człowieka, który wie, że musi wpakować się w tarapaty. - Wszystko naszykowane Emilio – pochylił się nad staruszką i pocałował ją w zwiędły policzek. – Chyba czas się pożegnać. Skinęła głową. - Nie chcesz nam niczego powiedzieć? – Marina wtrąciła się do rozmowy patrząc przenikliwie w oczy Emilii. Kobieta sapnęła. - Twój ojciec ci powie, prawdopodobnie już wie – odezwała się do Marcusa z rezygnacją. – Co za uparte stworzenie – skrytykowała Marinę. – Musi cię bardzo kochać. Uśmiechnął się pod nosem. Nie skomentował, gdyż wiedział, że to nie miejsce i czas na rozmowy o uczuciach. Skupił się na tej drugiej sprawie. Musiał jak najszybciej dotrzeć do prezydenta i porozmawiać z nim w cztery oczy. Skoro on wiedział, kim jest przeciwnik, to da mu swoje wsparcie. Ojciec może na niego liczyć. Od dawna nie czuł się tak potrzebny i chętny do pomocy. Plan przewidywał, że wróci do miasta i zbierze swoich ludzi, którzy będą w gotowości czekać na jego rozkazy. Wiedział, że może liczyć na ich lojalność, a także siłę. Byli bardzo dobrze wyszkolonymi wojownikami, jakby swoje doświadczenie zbierali podczas wielu lat bitew. „Dzieci wojny”, jak ich nazywano. Oni wszyscy byli dziećmi wojny, a walczyli o ostatni Raj na Ziemi. Roco stanął przy jego boku. - Możemy wyruszać – oświadczył. Marcus czekał na jego gotowość. - Jadę z wami – Marina złapała go za rękę. Determinacja w jej twarzy nie pozwoliła mu odmówić. Przyzwolił. Anatola jakby czekała na ten ruch. Szybko stanęła przed nim. - Ja też jadę. - Zostajesz – odpowiedział jednocześnie z Mariną i Rockiem. - To była tylko propozycja – dziewczynka wycofała się w bezpieczna odległość. – Poza tym będę tu miała tyle roboty. Ktoś przecież musi opatrywać rannych. Marcus miał ochotę się roześmiać z jej miny, ale dziecko było tak poważne, że się nie odważył. Wziął tylko córkę w ramiona i uściskał. - Jesteś tu potrzebna – szepnął jej do ucha. - Tak, wiem – powiedziała z przekąsem. Przy stacji metra czekali na nich Ludzie Nocy. Marcus swoim zwyczajem wydał kilka rozkazów i pociągiem ruszyli do miasta. Marina spodziewała się zastać miasto w rozsypce, ale na miejscu wszystko wyglądało jak dawniej. Zupełnie, jakby nikt nie spodziewał się nadchodzącej katastrofy. Kryli się z Marcusem w cieniu zaułku, kiedy niespiesznie minęło ich kilkoro Dzieci Słońca zaabsorbowanych rozmową na zupełnie błahy temat. - Czy to możliwe, że oni nic nie wiedzą? – Zapytała, czując na szyi oddech Marcusa. Przejechał dłonią po jej plecach, aż poczuła ciarki na całym ciele. Jednak nie posądzała go o chęć zalotów. - Założyłam kamizelkę, jeśli chcesz wiedzieć – uśmiechnęła się w odpowiedzi na ten gest. – Jestem przygotowana. Odwrócił ją przodem do siebie. Miał zmartwioną minę. - Wolę się upewnić, gdyż nie chciałbym cię stracić. Przez chwilę trwali w milczeniu, które wyrażało więcej niż jakiekolwiek słowa, po czym z powrotem udali się do kwatery Nocnych.
Wieczorem wszyscy ludzie Marcusa zebrali się w jednym miejscu. Ich przywódca z dumą przetoczył wzrokiem po wielkiej sali, w której znajdowało się obecnie około tysiąca kobiet i mężczyzn. Drugi tysiąc czekał w pobliskim budynku. Marcus zdecydowanie zabronił przyprowadzać ze sobą jakiekolwiek dzieci, po czym zaniżył „wiek poborowy” do lat piętnastu. Zdawał sobie sprawę, że ciężko im będzie wytrzymać w domach, ponieważ rodzice zdążyli zaszczepić dzieciom oddanie sprawie, o którą przyszli walczyć. Teraz już nic nie było tajemnicą. Nic, o czym wiedział Marcus. Dręczyła go jednak niepewna przyszłość i nieznajomość wroga, co znacznie utrudniało jakiekolwiek planowanie działań. Nie miał też wieści od ojca, który po odwołaniu Petera, nie dawał znaku życia, a jego siedziba, znajdująca się w samym centrum miasta była pilnie strzeżona. Chwilę wcześniej przeprowadził poważną rozmowę z Mao, któremu powierzył opiekę nad Anatolą, gdyby on sam zginął. Wierny towarzysz z zamyśleniem skinął głową zdając sobie sprawę, kto będzie rządził po śmierci przywódcy i nie do końca się z tym zgadzał ze względu na dobro dziewczynki. - Marcus, przybył posłaniec – przerwano ich rozmowę i wprowadzono mężczyznę. To był Słoneczny przysłany przez ojca. - Prezydent chce się z tobą spotkać zanim rozpocznie się jakakolwiek walka – oznajmił. Marcus z rozmachem zarzucił na ramię karabin i wyszedł z pokoju. - Jadę do ojca – powiedział do Mariny, która czekała w korytarzu. – On mnie zawiezie. Ujrzał błysk protestu w jej oczach. - Nie podoba mi się to – szepnęła. – Mogę z tobą jechać? Pokręcił głową. – Mam być sam. Inaczej nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Takie są przepisy bezpieczeństwa. - Ale to może być pułapka – nie była taka ufna. Nachylił się nad nią. - Jedź do Raju i zaopiekuj się moją córką – poczuła jego oddech na szyi. – Będzie tu potrzebna. Weź ze sobą Roca i Lepina, którzy czekają na ciebie w stacji metra. Możesz im zaufać. Tutaj zastąpi mnie Mao. - Ależ nie możesz… Położył jej palec na ustach uciszając protesty. - Jeśli nie ja, to kto to zrobi? Jak inaczej poznamy wroga, przecież nawet teraz nie wiemy z kim walczyć. Z Peterem, moim ojcem czy innymi Słonecznymi? Zacisnęła usta. Nie było sensu dalej się kłócić. Jeśli można było uniknąć walki, trzeba było to zrobić. - Dobrze – westchnęła i musnęła jego usta swoimi. – Spotkamy się jeszcze? – Rzuciła, kiedy odchodził. Odwrócił się do niej i uśmiechnął. - A jak inaczej sobie to wyobrażasz? Po czym wszedł w cień korytarza.
W samochodzie przyciemniono szyby, żeby nie mógł widzieć, dokąd zmierzają. Obok siedziało jeszcze dwóch mężczyzn, którzy wcześniej odebrali mu całą broń. Wzbudziło to w Marcusie kolejną falę wątpliwości, lecz nie miał innego wyjścia, jak zgodzić się na wszystko. Po drodze zastanawiał się, w jaki sposób Peter uwikłany jest w to wszystko. Jego nagłe pojawienie się w Raju razem z komandosami i szybkie zniknięcie mogło być tylko wynikiem rozkazu prezydenta, który chciał mieć pod kontrolą również i to miejsce. Ojciec zapewne nie ufał Marcusowi i jego przysiędze wierności złożonej przez laty. Był to twardy człowiek, ukształtowany przez trudny klimat i ludzi, których trzeba było przywołać do porządku po wielkiej wojnie. Wspomnienia Marcusa dotyczące ojca były rzadkie, ale tak wyraziste, jak żadne inne. Spotkali się może ze dwa razy, zanim objął przywództwo w gronie Ludzi Nocy, później na przysiędze, która złożył ojcu i dopiero teraz, kiedy mieli zaważyć na dalszych losach znanego mu świata. Prezydent za każdym razem był zimny aż do szpiku kości. Jego lodowato niebieskie oczy przenikały człowieka, jakby chciały go przewiercić na wylot. Twarz była maską pokerzysty, a rosła i silna sylwetka wzbudzała podświadomy strach. Uśmiechnął się do swoich myśli, zastanawiając się jak zburzyć ta sztuczną fasadę.
Marina weszła do stacji metra, gdzie, jak powiedział Marcus czekali na nią tylko Roco i Lepin. - Lepiej nie mieszać w to Ludzi Nocy, mogą okazać się przydatni tu, na miejscu – oznajmił były policjant. - Jak długo zajmie nam podróż? – Marina spodziewała się utrudnień w drodze wynikających z braku wystarczającej obstawy i ogólnie całej sytuacji. - Jeśli nikt nas nie napadnie, to standardowo, około trzech godzin – Roco pakował do skrzyń zapasy amunicji podarowanej przez Mao. – Powinniśmy dotrzeć tam przed zmrokiem. Na szczęście na miejscu zostawiłem swoich ludzi odpowiednio przygotowanych do walki. Niestety zapasy amunicji są na wyczerpaniu, gdyż nie udało nam się ich uzupełnić od czasu poprzedniego ataku. - Ludzie prezydenta nie będą mogli użyć tych samych sztuczek i zasadzek, co ostatnio – Marina zamilkła i czekała na ich reakcję. Lepin popatrzył na nią w