Filozofia · 24 min czytania
Ostatni tydzień
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Śmierć. Śmierć nigdy się nie zmienia. Zawsze jest taka sama. Choć zawsze zbijają cię czymś innym, to i tak -czy robią to toporem, czy bagnetem, czy gazem- im bardziej ta śmierć jest inna, tym bardziej pozostaje taka sama: bolesna, przerażająca, zaskakująca swą ofiarę w najmniej spodziewanym momencie. Ale to i tak dobrze. To i tak ma jeszcze sens. Poza tą śmiercią, którą ginie większość ludzi, czyli śmiercią może niekoniecznie naturalną, ale nagłą i nie dającą czasu na rozmyślania, jest drugi rodzaj śmierci. Poprzedzona strasznymi i długimi męczarniami psychicznymi. Jest to śmierć może i słuszna, lecz na pewno nie do końca sprawiedliwa. Bo jak można traktować śmierć jako formalność?
13.07.1994- Texas, Więzienie stanowe, Blok D , cela śmierci
Nazywam się Neil. Neil Smith. Ten pamiętnik jest owocem rozmowy z więziennym psychologiem. Nie zostało mi dużo i w właściwie nie wiem, po co to tak naprawdę piszę. Czy ktoś to kiedyś przeczyta? Kogo obchodzi ostatni tydzień takiego wraka jak ja? Mimo to psycholog twierdzi, że to pomoże. Nie wiem czemu, a jednak to piszę. Każdy kto kiedykolwiek znalazł się w tej celi- pisał. Postanowiłem nie być inny. Nie ma co wspominać przeszłości. Ludzie mówią, że liczy się obecna chwila i nie ma co myśleć o tym, co było. Jeśli twierdzi tak normalny człowiek, to mnie to dotyczy chyba tym bardziej. Dzisiaj rano skończyłem załatwiać formalności pogrzebowe. Zabawne, jakie to śmieszne uczucie uzgadniać z kimś dalsze losy swego ciała. Ciała, przy którym nie będzie już życia. Nie wiem, czy to powinno być zabawne, ale dla mnie jest. Podobno, ci, którzy są już tak blisko końca, nie są w stanie stanąć przed toaletą, ja jednak, chyba jestem inny. Pan Brian przychodzi do mnie codziennie. To bardzo miły człowiek. Inny niż klawisze. W jego oczach widać ból i współczucie gdy ze mną rozmawia. Nie wygląda na zwolennika kary śmierci. Ale jest więziennym psychologiem, to jest jego praca i to jest najważniejsze. Mój wręcz wyśmienity jak na to położenie stan zdrowia, zawdzięczam chyba w dużym stopniu jemu, i naszym wspólnym rozmowom. Dziś mówił o Bogu. Religia. Zawsze sądziłem, że jakakolwiek wiara jest stratą czasu, którego w rzeczywistości i tak ludzie nie mają wiele. Jak na ironię, ja, człowiek, który tego czasu ma jeszcze mniej niż wolni ludzie, zaczynam sądzić że to wcale nie jest strata czasu... . Zaczynam się zastanawiać, czy to dobrze, że zerwałem z religią. Może Bóg naprawdę istnieje?
14.07.1994- Texas, Więzienie stanowe, Blok D , cela śmierci
Nie spałem całą noc. Myślałem o Bogu. Chyba jednak naprawdę istnieje. Poczekam na pana Briana, musze z nim o tym porozmawiać, może poproszę go, aby wezwał księdza? Pamiętam, że gdy żyli jeszcze moi Rodzice... bywałem na mszach w Kościele Katolickim. Jedno z kazań utkwiło mi w pamięci: "Na szczere nawrócenie, nigdy nie jest za późno". Ciekawy jestem, czy tyczy się to człowieka, który zgwałcił i zamordował dwie dziewiętnastolatki? Wszystko się okaże. Pan Brian będzie za godzinę. Muszę mu przyznać, że chyba jednak pamiętnik jest czymś dobrym. Pozwala na chwilę zapomnieć o tym, że już nigdy nie będzie się obchodziło urodzin. Tak to dobra rzecz. Od rana mam jednak kłopoty z pisaniem. To dziwne, ponieważ skoro nie czuję strachu, nie powinna mi się trzęść ręka, niczym w febrze, lub kogoś z zespołem Parkinsona. Umysł wie, że strach jest bezsensowny i niczego nie zmieni, więc jedyne, co może zrobić, to starać się utrzymać moją egzystencję w miarę w dobrej formie, aby nie zwariował i nie zacznę szaleć, lub jeszcze lepiej, aby nie przegryzł sobie żył. Znałem już takich. Ale ciało i to ,co nazywam podświadomością, są innego zdania. Śmiertelnie się boją, tak jak u każdego innego skazańca. Czasami długo myślę o śmierci, ale raczej ze smutkiem niż z przerażeniem i paniką. Dochodzę do wniosku, że kiedy tam na łóżku, będą mnie podłączali do kroplówki, ja już dawno nie będę żył. Ja już właściwie nie żyję. Tak naprawdę zabijają człowieka te okropne miesiące. Ciągłe myślenie o tym, że z każdą sekundą coraz bliżej, codzienne stawianie kolejnych krzyżyków na kalendarzu, aby w końcu (w większości przypadków) dojść do tego dnia w czerwonym kółku. I te spojrzenia. One są chyba najgorsze. Spojrzenia, którymi obejmują rzeźnicy zwierzęta do uboju. To przeważa i niekiedy doprowadza do wariacji. Podczas spotkań na spacerniku, czy stołówce, albo w więziennej bibliotece. To jest dla więźniów naprawdę śmiertelne. Bardziej śmiertelne, niż sama śmierć. Nigdy nie pisałem tak dużo w jeden dzień. w ogóle ostatnio nic nie pisałem. No, może poza papierami sądowymi, które było trzeba podpisać po procesie. Następnego dnia, byłem na okładce Times'a. Na zdjęciu uchwycono moment, gdy sędzia mówił te słowa:
-Zgodnie z decyzją równych ci stanem i prawami przysięgłych, sąd skazuje cię na śmierć przez śmiertelny zastrzyk. Wyrok nie podlega aplecji, jest prawomocny.
Moją minę opisano w ten sposób:
Część 22 / 2
-Mina oskarżonego wykazuje całkowitą obojętność wobec sytuacji. Czy tak zachowuje się człowiek? Oto i smutna prawda, jak jakakolwiek moralność i wrażliwość ludzka coraz bardziej zanika w społeczeństwie
W innej gazecie nazwano mnie "uosobieniem szatana" i nawet "złem w ludzkiej skórze". Przyznam, że to mnie nawet rozbawiło. Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że ja taki byłem. Byłem bo nie jestem. Cela śmierci ma też swoje dobre strony. To miejsce tępi nawet najbardziej nasycone złem ostrza. Jestem kimś całkiem innym, niż wtedy, kiedy za dyskoteką popełniłem tą ohydną zbrodnię. Teraz na to patrzę w ten sposób. Chyba sam skazałbym siebie na śmierć, tak jak zrobili to sędziowie. Ale jak można kazać tyle czekać? Teraz jest tak, jakby mgła się rozrzedziła, widzę jak głupio zrobiłem. Jakie zaszły we mnie zmiany po śmierci rodziców! Teraz nie zdarza mi się nawet cicho przekląć. Ale chyba na wszystko już za późno. Jak Bóg mógł pozwolić, abym tak zbłądził?
15.07.1994- Texas, Więzienie stanowe, Blok D , cela śmierci
Był u mnie pan Brian. Gdy mu powiedziałem, co chcę zrobić, nagle znikło w jego oczach to współczucie i pojawiła się nadzieja i radość, jakby chciał powiedzieć: on sobie poradzi. Chwilę po wyjściu Pana Briana przybył katolicki ksiądz. Długo rozmawialiśmy. Nie odmówił mi, kiedy powiedziałem, że chcę się nawrócić, pójść do spowiedzi i przyjąć Komunię. Uśmiechną się za to. Rozwiał moje wszystkie wątpliwości. Zostawił mi Biblię. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Niedawno czytałem Robinsona Kruzoe, i przypomniał mi się biblijny cytat z tejże książki:
"Wzywaj mnie w dniach utrapienia twego, a ja cię wybawię i będziesz wychwalał imię moje"
Nabrałem wiary w te słowa. Wziąłem księgę do rąk i nie wiem, czy to autosugestia, czy też cud, lecz prawa ręka przestała drżeć! Zacząłem czytać. Czytałem bardzo długo. Było po piątej nad ranem. Nagle uzmysłowiłem sobie, że mogę się łudzić na cień szansy dostania się do nieba! Muszę porozmawiać z księdzem. To dobry człowiek, tak samo jak pan Brian. Dzisiaj ksiądz ma przyjść, aby mnie wyspowiadać, nie mogę się już doczekać. Ładnie wysprzątałem celę, no a przynajmniej na tyle ładnie, na ile warunki mi na to pozwalały. Dziś strażnik przyniósł mi niskoprocentowe piwo. Wiem, co to znaczy. Znam więzienną etykietę i zwyczaje bardzo dobrze. Ten zwyczaj nazywa się: "5 beers remaining". Codziennie będę teraz dostawał piwo, aż do samego końca. To więzienna tradycja. Jakby klawisze chcieli mi osłodzić nieco życie. A raczej jego zmierzch. Ja jednak postanowiłem nie pić. Zabawne jak bardzo słowa z Robinsona, a raczej z Biblii pasowały do mnie, mimo tego że z rozbitkiem miałem raczej mało wspólnego. Biblia. Wierz mi pamiętniku, gdyby każdy więzień zamiast psychologa dostał Biblię i każdy chciałby ją czytać z własnej nieprzymuszonej woli, to ostatnie dni byłyby o tyle łatwiejsze. Właśnie zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy: ten pamiętnik, jest moim najlepszym przyjacielem! I chyba jedynym, bo psychologa i księdza nie mogę raczej nazwać przyjaciółmi w sensie kumpli czy kolegów. Na początku nie wierzyłem, że da mi on cokolwiek, ale teraz w połączeniu z kojącym i przynoszącym nadzieję działaniem Biblii, czuję się prawie jak normalny człowiek! Odkryłem, że to, co przez całe para-dorosłe życie nazywałem podświadomością jest moją duszą i sumieniem, które wcześniej ostatkami sił próbowały mnie odwieść od czynu, który mnie tu sprowadził. Dusza. Tak to nazywają chrześcijanie. Bóg pozwolił mi odciążyć od grzechów duszę, zaledwie kilka dni przed niechybną śmiercią. Czyż to nie piękne? Poszarpane i wyniszczone sumienie teraz dopiero zaznały ulgi. Wcześniej nigdy nie dawało im się przebić przez skorupę zła. Tak, chyba jednak byłem złem wcielonym. Oprócz tych morderstw miałem jeszcze wiele innych drobniejszych przestępstw na sumieniu. Co, prawda potem się do nich przyznałem, ale i tak nie miało to już żadnego znaczenia przy najwyższym wyroku... Pamiętam, że od zawsze byłem oskarżany o największą agresywność. W podstawówce mówili, że ten kto zgrywa najodważniejszego tyrana z zewnątrz, jest najbardziej strachliwy w środku. Wtedy były to dla mnie brednie, teraz wiem już, że że nie ma nic prawdziwszego. Gdzie jest Istota, która to wszystko wymyśliła?
16.07.1994- Texas, Więzienie stanowe, Blok D , cela śmierci Ah, co za ulga! Myślałem, że będę się bał spowiedzi, lecz gdy wszystko się już zaczęło, poczułem się dobrze. Poczułem po tym dziwną lekkość. Uczucie to spotęgowało się, gdy przyjąłem Komunię Świętą uczucie spotęgowało się. To jest wspaniałe! Ksiądz powiedział, że można przyjmować Komunię święta nawet raz dziennie. Teraz nie mogę o tym zapomnieć i z utęsknieniem czekam na jutro. Cóż za dziwny stan szczęścia, coś całkiem innego niż narkotyki. Wracając do mojej nadziei nieba, ksiądz powiedział, że nigdy nie przestaje się mieć "szansy" na Niebo, aby się tam jednak dostać z mojego punktu, należy naprawdę mocno i szczerze żałować za grzechy. Czy u mnie jest to żal dostatecznie szczery? Tego nie wiem. Mam jednak taką nadzieję. Potem byłem na spacerniku, i rozmawiałem z dawnym "znajomym", a właściwie wspólnikiem w małym gangu złodziei samochodów, który wykryto i zniszczono. Większość z dwunastoosobowej grupy dostała się do więzień, mnie dzięki pomocy adwokata udało się uciec. Powiedziałem mu, że się nawróciłem i próbowałem opisać to wspaniałe uczucie. W odpowiedzi powiedział: -Odbiło ci? Bóg? Jeżeli jakikolwiek "Bóg" istnieje to jest to pieniądz. Odbija ci i tyle. Po prostu jesteś blisko końca tej psiarni, i albo się cholernie boisz, albo tak cię przymroczyło ze szczęścia. Wcale się szczerze mówiąc nie dziwię, temu co mówi. Jeszcze rok temu, bym mu bez chwili wahania przytaknął. Wracając do celi, nie wiedzieć czemu, zemdlałem. Słońce wraz z nieprzespaną nocą zapewne zrobiły swoje. Potem długo siedziałem w ambulatorium. Klawisze bardzo dbają o zdrowie skazańców. Zdarzało się, że przesuwano egzekucję, gdy byli naprawdę chorzy. Dziś postanowiłem dodać wpis na ścianie. Podpisywali się tu wszyscy pensjonariusze bloku D tej celi (chyba w każdej celi tak jest, lecz narazie jestem tu sam i wątpię szczerze mówiąc, abym miał okazję przywitać kogoś nowego). Pierwszy podpis był z roku 1968. Wtedy była tu jeszcze komora gazowa, ale i tak nic nie przebije dziecka Edisona: krzesła elektrycznego. Zwolennicy takiej kary uparcie twierdzą, że usługi świadczone przez ten miły "mebelek" są całkowicie bezbolesne, mimo to żaden z nich nie był na tyle twardym zwolennikiem tej teorii, aby samemu spróbować. Ja dziękuje Bogu, że moja śmierć będzie chyba najbardziej humanitarną śmiercią, jaka jest możliwa. A może nie zasługuję na taka śmierć? Może powinienem umierać w komorze gazowej, z wybałuszonymi oczami i z wywalonym na wierzch językiem? Mnie by to w sumie przecież nie zrobiło chyba żadnej różnicy, ale jakiś dzieciak (planujący "usunięcie" kogoś), który zobaczyłby nazajutrz zdjęcie na którym siedzę w takowej…