Fantastyka · 18 min czytania
Ostatni z rodu - rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział drugi Fregata badawcza nosząca nazwę "Indramayo" od ponad dwudziestu lat znajdowała się w podróży. O przebytych trudach świadczyły liczne zarysowania i wgłębienia powstałe w wyniku uderzeń mikrometeorytów w kadłub statku. Pokrywy silników, od miesięcy pozostających w stanie uśpienia, pokryły się cienką warstewką lodu. Mogłoby się wydawać, że okręt jest jednostką automatyczną – byłoby to jednak błędne mniemanie. Zbliżał się koniec wyprawy. W tylnej części statku rozległ się dudniący odgłos, przybierający stopniowo na sile. Silniki – uśpione od wielu lat – zaczęły pracować z mocą zaledwie kilku procent, by po pewnym czasie, koniecznym do ich rozgrzania, osiągnąć pięćdziesiąt, a potem sto procent ciągu. W mesie rozgrzechotały się kubki i talerze. W jednej z kabin spadła z półki niezbyt dokładnie przymocowana książka w twardej oprawie. Napis na ciemnozielonej okładce głosił: "Indramayo – schematy układów elektrooptycznych". Niemal jednocześnie z włączeniem silników hamujących, jedno z pomieszczeń – dotychczas zupełnie wyciemnione – rozświetliło się przytłumionym, błękitnawym światłem. Podświetliły się kontrolki nad trzema z czterech kapsuł rozmieszczonych na obwodzie okrągłej sali. Krzywe aktywności mózgu, pracy serca i płuc na monitorach zwiększały stopniowo swoją częstotliwość. Główny komputer na bieżąco rejestrował wszystkie parametry i dostosowywał środowisko wewnątrz kapsuł do potrzeb każdego członka załogi. W końcu pozostawali w stanie głębokiego kriosnu od ponad dwudziestu lat. Ostatnie drżenie przebiegło przez kadłub i odgłos pracy silników ustał. Proces hamowania został zakończony. "Indramayo" wszedł na orbitę wokół dalekiej gwiazdy. Wszystkimi manewrami zajmował się elektroniczny mózg statku. Kapitan Kenjiro Ishikari nie musiał się niczym przejmować – jedynie nadzorował poczynania komputera. Wszelkie wykonywane przez maszynę czynności zostały zaprogramowane jeszcze przed startem. Kapitan był w zasadzie jedynie kontrolerem – na wypadek gdyby coś zawiodło. I był jedynym członkiem załogi, który nie poddał się hibernacji. Nie wynikało to z jakichś szczególnych medycznych przeciwwskazań. Dwadzieścia lat to w końcu szmat czasu dla relatywnie krótko żyjących ludzi – najlepiej spędzić lot w kriośnie, skracającym lata do godzin. Kapitan Ishikari nie potrzebował jednak w podobny sposób oszukiwać czasu. Jego biologiczny zegar zatrzymał się ponad siedemset lat temu. Serum wytworzono dawno temu na Ballinoe, z soków rośliny endemicznej zwanej potocznie ballinoeńską różą. Po odpowiednim zmodyfikowaniu sok ten stał się wkrótce najbardziej poszukiwaną substancją we wszechświecie. Plantatorzy na Ballinoe zbijali fortuny – przynajmniej do czasu, aż wyszły na jaw niepożądane działania serum. A i wtedy kandydatów było na tyle dużo, że Ballinoeńczykom nie zagroziła bieda. Nieoczekiwane efekty uboczne pojawiły się wkrótce: niewyjaśnione zgony, niebezpieczne mutacje w genach dzieci, niezwykłe i nieznane przedtem, a przede wszystkim groźne dla ludzkości choroby. Niektórzy mieszali serum z innymi związkami i traktowali jako niezwykle silne narkotyki. To wystarczyło, żeby władze rychło zakazały używania serum jako cudownego środka na nieśmiertelność. Serum stało się substancją nielegalną dopiero jakieś sto lat po tym, jak przyjął je Ishikari, a ono zmieniło jego ciało. Na jego twarzy i ciele próżno by szukać widocznych śladów upływającego czasu i doświadczeń, jakie stały się jego udziałem. Przyjął serum, kiedy miał zaledwie dwadzieścia siedem lat. Było jak żywica, która zakonserwowała jego organizm w niezmienionym stanie przez cały ten czas. Mahoniowe, proste włosy bez śladów siwizny były starannie splecione w gruby i długi warkocz. Sylwetkę nadal miał sprężystą, pomimo tylu lat spędzonych w przestrzeni. Tylko oczy zdradzały jego prawdziwy wiek – zielone tęczówki dawno temu straciły młodzieńczy blask, były matowe, niemal zupełnie pozbawione koloru. Jednak Ishikari jeszcze nie był gotów na śmierć. Czuł, że zakrętem czeka na niego... coś. Więc i on czekał. Kenjiro Ishikari nie był Japończykiem z urodzenia, a raczej bezrasowym mieszańcem. Był sierotą, urodził się na Dainihon, planecie w większości zamieszkanej przez Japończyków. Jego nazwisko pochodziło od nazwy miasta, w którym go znaleziono – porzucone, płaczące niemowlę. Imię nadała mu jedna z wychowawczyń w sierocińcu. Kobieta wpisała do akt pierwsze imię, jakie nasunęło się jej na myśl i dopisała standardowe nazwisko dla wszystkich dzieci, obowiązujące dla tamtego domu dziecka. Wszystkie one były dla siebie braćmi i siostrami, przyszywanymi dziećmi tych samych wychowawców i nauczycieli. Jego rodziców nigdy nie odnaleziono. Kiedy dorósł, nie próbował ich szukać. Wstąpił do floty. Przyjął serum, kiedy była to jeszcze zupełnie legalna praktyka. Nie zmienił się od siedmiuset lat. Miał za sobą siedemnaście misji długoterminowych i kilkadziesiąt krótkoterminowych, w środowisku dowódców okrętów był dobrze znany – nie był jedynym nieśmiertelnym, ale jedynym, który wciąż pracował jako pilot, inni już dawno zmienili zajęcie. Nie było zadania, którego by się nie podjął, a jednocześnie zdawał się stronić od ludzi. Dlatego wybrał taki zawód, dlatego zdecydował się na kurację. Dlatego podejmował długie loty, połykając kolejne dni, miesiące, całe dekady. Rozładunek, nowy przydział, załadunek i w drogę. A między lądowaniami lata, miesiące i dni spokoju, samotności, całkowitego oderwania od spraw ludzkości, jej problemów. Obecna misja różniła się jednak od wszystkich pozostałych. Ishikari odczuwał żal, niemal fizyczną przykrość, że tylko kilka godzin pozostało do czasu, aż obudzi się reszta załogi. Wolałby całą misję spędzić samotnie, mieć przestrzeń tylko dla siebie. Niestety, jego samotność dobiegała końca. Uruchomił teleskop, zamontowany na zewnątrz statku w specjalnej obudowie, chroniącej delikatny instrument przed uderzeniami kosmicznego pyłu. Kamera przekazywała obraz wprost na główny ekran, który jednocześnie mógł pełnić rolę dużego iluminatora. W tej chwili był zasłonięty – tak jak przez większą część podróży. Pokrywa chroniła przezroczyste tworzywo zarówno przed zarysowaniem przez ziarna kosmicznego pyłu, jak i pęknięciem od uderzenia jakiegoś większego zabłąkanego wędrowca. Ishikari chciał zobaczyć cel wyprawy "Indramayo". W ostatnich tygodniach przyglądał mu się wielokrotnie, ale to było przed zmianą kursu. Teraz statek zmierzał wprost ku niemu. Wprawdzie wciąż znajdował się on o ponad czterysta milionów kilometrów przed nimi, ale kapitan chciał sprawdzić, czy już go widać. Skierował teleskop na współrzędne wyliczone przez komputer. Planetę NHAA 71735–81 odkryto trzydzieści lat przed rozpoczęciem wyprawy i nadano jej nazwę Aranukai. Po wykonaniu szczegółowych obliczeń wyszło na jaw, że jej orbita w niedalekiej przyszłości zostanie zakłócona przez inne ciało niebieskie – po dokładnym sprawdzeniu wszystkich koordynatów naukowcy orzekli, że za około sto pięćdziesiąt lat Aranukai uderzy w zamieszkaną planetę Zelandię. W wyniku dalszych obserwacji, sfinansowanych niemal w całości przez Solar Corporation, okazało się, że planeta ma około sześć tysięcy kilometrów średnicy – po zderzeniu z ciałem tej wielkości na Zelandii nie ostałyby się nawet prymitywne bakterie – ba! nie ostała by się nawet sama planeta! Zmiana orbity Aranukai mogła nastręczyć wiele trudności. Najpierw jednak należało wylądować, pobrać próbki gleby i powietrza, stworzyć mapy kartograficzne, wykonać kilka odwiertów w najbardziej obiecujących miejscach. Ta ostatnia czynność miała na celu sprawdzenie, czy zasoby naturalne planety można eksploatować na skalę przemysłową i czy to przedsięwzięcie miałoby szanse powodzenia z ekonomicznego punktu widzenia. Tym interesowała się zwłaszcza korporacja Solar, jak zwykle szukająca okazji do robienia pieniędzy gdzie tylko się dało. Lot "Indramayo" zaplanowano w ten sposób, by spotkanie z Aranukai nastąpiło w systemie planetarnym gwiazdy oznaczonej na mapach jako Mulgrew 4775. Okrążało ją pięć planet – dwie znajdowały się tak blisko gwiazdy centralnej, że panowało na nich wulkaniczne piekło, kolejne dwie tak daleko, że ich powierzchnie zamarzały w wiecznym chłodzie, piąta zaś była gazowym gigantem z barwnymi pasami chmur gnanymi huraganowymi wiatrami. Ludzie zbadali ten system dawno temu i uznali go za nieprzydatny do kolonizacji. Tak jak Aranukai, byli tu tylko gośćmi. Kapitan dostrzegł ją przez teleskop. Z trudem, ale jednak. Była niczym pyłek zawieszony w bezkresnej przestrzeni. Pyłek nieco błękitnawy od otaczającej go gazowej otoczki. Naukowcy od chwili odkrycia Aranukai