Psychologia · 3 min czytania
Ostatnia cegła w mym murze wbita
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Właśnie zabili ostatnią cząstkę mnie- w mych myślach nieustannie te słowa płynęły. Który to już raz? Czwarty, ósmy, czy dziesiąty? Nie wiem, wiem tyle, że ostatni. Mnie już nie ma. Umarłam w sobie, pozostało ciało bezduszne. Ile razy człowiek może cierpieć? Na pewno wiele, jednak ja nie jestem do tego zdolna... Od kiedy pamiętam zostałam wychowywana tak, by móc przeżyć samodzielnie. Byłam rezolutną, wesołą dziewczyną. Dusza towarzystwa - śmiało można mnie tak nazwać. Nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Byłam lubiana, pomagałam ludziom bezinteresownie. Wygrywałam w wielu szkolnych konkursach, kipiło ode mnie pomysłowością, szczęściem i zdrowiem, a ambicje nigdy nie przewyższały moich umiejętności. Wiedziałam na ile mnie stać, lubiłam wyzwania. Ale coś było nie tak... To nie byłam ja, to moja maska. Gram przez całe życie. To jest coś jak podwójna osobowość. Jestem sobą w samotności, to "coś" pochłania mnie przez resztę czasu. Nikt nigdy się nie domyślił, bo nikt nigdy mnie nie znał. Ani rodzina, ani przyjaciele, ani koledzy. Wszyscy myślą, że jestem przebojowa, że moje życie jest z góry usłane różami. Słysząc słowa: "Ty to masz dobrze, zero problemów."- ogarnia mnie przeogromny smutek. Zero problemów?…