fantastyka · 22 min czytania
Ostatnia Granica
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piękny słoneczny dzień. Idealny na spacery po Warszawskich ulicach i długie przesiadywania na ławce w parku, gdzie ogrzewani ciepłymi promieniami, jesteśmy pełni optymistycznych myśli i nadziei na lepsze jutro. - Czemu dziś tak nie jest? - zapytał w myślach Michał wychodząc z mieszkania, prosto pod pochmurne niebo, upstrzone nielicznymi plamami niebieskiej przestrzeni. Chłodne podmuchy, zamiast optymizmu jakie niesie ze sobą ciepło, przyciągały jedynie ponure wspomnienia i zły nastrój. Sprawdził czy zabrał wszystko ze sobą i spojrzał na zegarek w nadziei, że nie spóźni się do pracy. Szef nie darowałby mu drugiej takiej wpadki, której wynikiem będzie krótkie słowo: "zwolniony". Ostatnim razem musiał odwiedzić w szpitalu swoją chorą siostrę, co nie przeszkodziło jego pracodawcy od wygłoszenia długiego i pełnego przekleństw wykładu o niekompetentnym pracowniku. Podenerwowany i żyjący w wiecznym stresie Michał, nabawił się odruchu ciągłego patrzenia na zegarek, jakby jego życie zależało od jednego dodatkowego tyknięcia wskazówki odmierzającej minuty a nawet sekundy. Wydał nawet część zarobionych niedawno pieniędzy, na bardzo trwały zegarek na rękę, który teoretycznie powinien wytrzymać upadek na asfalt z czterech metrów, zanurzenie na głębokość trzystu i zachowa gwarancję nawet po zakopaniu na kilometr. Ten srebrny, solidny czasomierz, był nie tylko jego pomocnikiem, ale też więzieniem bez, którego nie potrafił żyć. Jego egzystencja skupiała się na prostych "cyk, cyk, cyk", oraz na wykonywaniu rozkazów szefa i nawet powracając do domu zerkał co chwila na godzinę, martwiąc się jak niewiele czasu zostało mu na odpoczynek, a jeszcze mniej na wykonanie wyznaczonej mu pracy. Teraz wyszedł z mieszkania, pogrążony w tych usystematyzowanych myślach i pewnie nie zatrzymało by go nic gdyby nie "coś", co do tej pory bardzo rzadko widywał w pobliżu swojej dzielnicy. Było to małe dziecko...dziewczynka, oparta o ścianę przy schodach i trzęsąca swoimi rączkami z zimna. - Cześć niunia...co tu robisz? - zapytał małą, ubraną w cienką niebieską kurteczkę. - Idź do domu. Zmarzniesz... - Nie mogę proszę pana - odmówiła bawiąc się swoimi włosami. - Czekam tu na kogoś. Michał popatrzył na nią w zdziwieniu i szczelniej zapiął guzik swojego płaszcza. Zimny dreszcz przeszył go na myśl, jak źle musiało być temu dziecku na dworze i jak źle będzie z nim jeśli mocniej zagłębi się w tą rozmowę...miał niewiele czasu. - Na kogo czekasz? Nie możesz wejść do mieszkania i poczekać na niego w cieple? Dziewczynka pokręciła głową. Patrząc na niego, jak na osobę, która bezprecedensowo twierdzi że słońce jest zielone. - Nie! Muszę czekać na niego na dworze...powiedział mi, że przyjdzie jeśli będę patrzyła w niebo. - Kto taki? Zapytał Michał, coraz bardziej zdziwiony całą tą zaistniałą sytuacją. Miał dosyć przykrości na ten tydzień a myśl o tym, że czeka go kazanie bossa, przyprawiała go o mdłości i to dziwne uczucie, każące nam już w pierwszych latach dzieciństwa, chować się pod kołdrę kiedy czujemy się zagrożeni. Brak logiki tego czynu, wcale w tym nie przeszkadzał. Podobnie czuł się Michał tyle, że tragizm jego sytuacji pogarszał fakt, że w pracy nie ma kołdry, pod którą mógłby się schować. - Ej niunia...spieszę się...powiedz na kogo czekasz, może widziałem go jak przechodził? - powtórzył. - ..na pewno pan go nie spotkał...on przychodzi tylko do mnie. Dzisiaj też. Widziałam go. - Kogo? Gdzie? - Co ja do cholery wyprawiam...bawię się w szarady z jakąś małolatą. - We śnie...miał piórka. Michał wytrzeszczył oczy i powoli odwrócił się od dziewczynki. "Dzieci mają swoje fantazje...a ja byłem na tyle głupi by się w nie wplątać", pomyślał i wydłużył kroku. I tak stracił wystarczająco dużo czasu...miał go tak niewiele i ciągle uciekał. Jego życie przelewało się w przeszłość z każdym cyknięciem srebrnego zegarka. Nie wiedział co się stanie kiedy się spóźni. Straci pracę...to pewne. Bał się jednak czegoś jeszcze. Nie do końca wiedząc czego. - Wariuję...muszę w końcu udać się do psychologa zanim całkiem mi odbije - pomyślał. - Ale nie teraz...teraz nie mam czasu. Przeszedł przez pasy, niemal przewracając przechodzącą po nich staruszkę i ruszył na skróty przez park. Mógłby co prawda szybciej zajechać do pracy samochodem, niestety nie miał wystarczająco dużo pieniędzy na kupno i czasu na dbanie o jego sprawność. Życie ograniczył do papierów w południe, kawy wieczorem i ścieżki przez park rano, która była taka sama jak wczoraj i będzie taka sama, jeszcze bardzo długo. Wyprostował się i przyspieszył, z trudem łapiąc w płuca powietrze, wiejące prosto w jego twarz. Na chwilę stracił oddech, wpadając na jadącego szybko chłopaka na deskorolce. Powszechny widok na tej ulicy a w szczególności w parku, gdzie droga idealnie nadawała się do jazdy. - Cholerny gówniarzu! Nie mogłeś sobie wybrać innej pory na zabawę? - wykrzyknął i popchnął z całej siły, przewracając dorastającego mu do piersi chłopaka. Ten ostatni przewrócił się, niemal uderzając głową w bruk. Spojrzał z wyrzutem na Michała...ale ten był już daleko, cały czas przyspieszając kroku. I przeklinając w duchu dzieciarnię, która nawet w taki zimny dzień, nie może obejść się bez marnowania czasu na głupstwa. Wreszcie wyszedł z parku, obierając dobrze znany mu kierunek za sklepem z narzędziami. Był już blisko...nadal miał trochę czasu. Nieco spokojniejszy, zaczął nawet przyglądać się szyldom i plakatom wywieszonym tu i ówdzie na starych i obdrapanych budynkach miasta. Jeden z nich reklamował jakiś barwny, fantastyczny film o aniołach i demonach. Kolejne głupstwo...tandeta, pomyślał, zastanawiając się dlaczego ludzie w ogóle wydają pieniądze na takie rzeczy... Pieniądze, które można zainwestować w coś korzystnego. A głupią bajkę o aniołach i diabłach za korzystną nie uważał. Już od bardzo dawna nie wierzył w nic, co przeczy rozumowi. Jako szesnastoletni chłopak został ateistą, wprawiając w osłupienie swoją rodzinę logicznymi wywodami o "nieistnieniu Boga", doprowadzając własną matkę do łez, a ojca do konieczności zdjęcia skórzanego paska od spodni i złojenia porządnie skóry niedoszłemu racjonaliście. Boga nie ma...mawiał Michał za każdym razem i wytrwał w tym postanowieniu aż do dnia dzisiejszego. Traktując wszystkie przejawy religii, za bzdury niegodne jego uwagi. - To głupota - wyszeptał obserwując kolejny plakat - Oczywiście. Michał odwrócił się do zasłyszanego za plecami głosu. Nikogo nie zobaczył. Mógłby przysiąc, że przed chwilą usłyszał głęboki, zgadzający się z nim głos. Po dłuższej chwili, doszedł jednak do wniosku, że to jego własna wyobraźnia płata mu figle. Zbyt często oglądał w przeszłości Discovery i wiedział, że ludzki mózg jest w stanie wytworzyć liczne wizje i omamy, sprawiające pozory realności. Długo jeszcze przekonywałby sam siebie, by w końcu wygrać, ale w tej chwili skręcił nad drogę do punktu przeznaczenia. Miejsce pracy...redakcja "Dziennika Powszechnego", w której pracował jako redaktor i korektor w jednej osobie, tym samym mając mnóstwo spraw na głowie. Otworzył drzwi średniej wielkości budynku, który z dużej odległości wyglądał na tle miasta, jak foremna szara kostka, z jednym dużym szyldem nad wejściem. Wszedł do środka i natychmiast ruszył na drugie piętro, nie witając się nawet z recepcjonistką. Za cel obrał własny gabinet i chciał się w nim znaleźć jak najszybciej. Nie miał zamiaru tracić czasu na głupie powitania i tym podobne konwenanse, typowe dla ludzi mających chwilę dla siebie i nie zdających sobie sprawy co się wokół nich dzieje. Był pragmatykiem...możliwe, że od urodzenia. Liczyło się tylko to, co przynosiło korzyści. Przypominał tym w dużym stopniu swojego szefa, którego szczerze nienawidził i życzył mu wszystkiego najgorszego. Otworzył oszklone drzwi swojego gabinetu i usiadł już spokojny na swoim obrotowym krześle. Przymknął oczy odchylając głowę do tyłu i myśląc o czekającej go pracy. - Kogo ja tu widzę...znów się zaspało gnuśny obiboku? Głos szefa zadziałał na niego, jak smagnięcie biczem. - Przecież zdążyłem szefie - tłumaczył się Michał czując jak na czole tworzą mu się niewielkie krople zimnego potu. - Jako ostatni...reszta ekipy już od pół godziny pracuje nad najnowszym wydaniem! Myślisz, że jesteś lepszy i wolno ci przychodzić później? Michał zastanowił się nad absurdem tej odpowiedzi. Wszyscy mieli wyznaczony czas, w ramach którego przychodzili do pracy na ściśle wyznaczoną porę. Nadgodziny...nienagradzane nadgodziny...były równie głupie, jak ta krzykliwa osoba stojąca teraz przed nim i wymachująca swoim plastikowym wskaźnikiem, używanym do demonstrowania skali zysków na rzutniku. - Mamy wyznaczoną porę przyjścia do pracy szefie...wisi przy wejściu...godziny rozpoczęcia i zakończenia pracy - bronił się Michał. - Dla...dlaczego mam pracować dodatkową godzinę za darmo? Szef popatrzył na niego, jak na wyjątkowo agresywnego szaleńca, który zbiegł z wariatkowa i grasuje teraz w jego ściśle pragmatycznym umyśle. Dopiero po paru sekundach dotarło do niego, co powiedział jego najgorszy i najbardziej gnuśny pracownik, który ubzdurał sobie jakieś absurdalne przywileje. Jego czerwona i wściekła twarz tłumaczyła więcej niż jakiekolwiek słowo. Jednak w Michale coś pękło...jedynie popatrzył spokojnie przez okno. Na piękne, niebieskie niebo, które wraz z nadejściem południa, oddaliło od siebie widmo szarych chmur. Promienie słońca opadły na jego oczy. Przez chwilę poczuł się, jakby dostał ataku padaczki. A przecież nikt w jego rodzinie nie cierpiał na tą chorobę. Oczy zasnuły mu się nieznanym mrokiem, nie pochodzącym z jasnego nieba. Zamknął je i na powrót otworzył. Lecz ciemność nie ustępowała, z każdą chwilą niosąc mu nieznośny ból skroni. Wreszcie zaczął dostrzegać jakieś kontury, a w jego wyobraźni zaczęły rodzić się przedziwne i zarazem potworne wizje. Kiedy ból był nie do zniesienia, zaczął krzyczeć...zastanawiając się resztkami świadomości, co w tej chwili myśli o nim szef. Teraz nie miało to znaczenia. - Michał? - zapytał jego boss obserwując nieruchomego, od minuty wpatrującego się w okno pracownika. Nie reagował. - Michał...słuchaj. Może rzeczywiście trochę mnie poniosło, ale musisz zrozumieć, że nasza gazeta to zbiór pracy i wysiłku każdego z członków redakcji. Michał odwrócił się w jego stronę. Dziwnie uśmiechnięty. Jednym z tych rodzajów uśmiechu, od którego czujemy tylko przestrach a nie radość. - Która godzina? - zapytał. A w tym pytaniu było zawarte wszystko, czego potrzebował jego szef, by bez zastanowienia spojrzeć na swój złoty szwajcarski zegarek i bez ociągania odpowiedzieć na pytanie Michała. - Sześć po dwunastej...
***
Są miejsca poza czasem i przestrzenią. Do których żaden człowiek nie ma wstępu, a nawet jakby miał to i tak nie chciałby ich odwiedzić. Nie tylko ze strachu przed śmiercią...bo żywy i tak tam nie dotrze, ale również ze strachu przed egzystowaniem w tych wypaczonych przez wszechświat,