Fantastyka · 31 min czytania
Ostatnia misja Angeli Prime
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PROLOG
Drzwi zamknęły się z metalicznym jękiem. - Nareszcie bezpieczny - wysapał zmachany Berksley, ryglując tytanowe wierzeje podłużną zasuwką. Gdy tylko upewnił się, że zamek elektroniczny został zablokowany przez długi ciąg kodowy, wymierzył w naścienną klawiaturę i oddał dwa strzały. Konsoleta prysnęła fontanną iskier, zmieniając się z donośnym skwierczeniem w bezużyteczną plątaninę obwodów i spalonego plastiku. William Berksley, pierwszy nawigator jednostki "Angela Prime", zsunął się na podłogę, opierając głowę o zimną, metalową ścianę ciemnego pomieszczenia. Był wyczerpany. Od dwudziestu sześciu godzin nie zmrużył oka. Czuł jak serce pulsowało mu pod szarym skafandrem, bijąc coraz szybciej i szybciej... - Boże - załkał, pozwalając sobie na kilka łez. - Zostałem sam... Sam... Razem z nim. Nagle oprzytamniając, podniósł głowę, wlepiając wzrok w pancerne drzwi. Nie czas było na łzy. Nie, jeszcze nie. Ten drań ciągle jest gdzieś tam - przemknęło Berksleyowi przez myśl - i nie podda się dopóki mnie nie dopadnie... Wiedziony instynktem wstał i, nie spuszczając drzwi z oczu, cofnął się w głąb owalnego pomieszczenia. Znajdował się na mostku centralnym. Haggins przegrał - pomyślał William. A raczej przegrało to co Hagginsa kontrolowało. Kurs zaprogramowany był na planetę Ziemię, a jedynie z komputera centralnego można było zmieniać ustawienia astrokomputera. "Angela Prime" miała dotrzeć na orbitę ziemską za dwie godziny i czterdzieści dwie minuty... Haggins nie miał najmniejszych szans by sforsować podwójnie ekranowane, pancerne drzwi i dostać się na mostek w tak krótkim czasie. Berksley obrzucił panoramiczne iluminatory zmęczonym wzrokiem. Wielkie przeszklenia zajmowały cały front pomieszczenia, ukazując ponad rozświetlonymi rzędami monitorów płynące monotonnie gwiazdy... - Coraz bliżej - mruknął pod nosem Berksley. Jeszcze tylko dwie i pół godziny... Dwie i pół godziny i Angela Prime znajdzie się w zasięgu nadajnika zapasowego. Będąc na orbicie nada sygnał alarmowy o stanie rzeczy, wyjaśni całą zaistniałą tu sytuację i nakaże służbom naziemnym zorganizować kwarantannę pojazdu. Gdy tylko wyląduje, siły federacyjne wparują na pokład, unieszkodliwią Hagginsa i zniszczą go wraz z tym cholernym pasożytem, pod którego dostał się kontrolę... - I skończy się ten przeklęty koszmar! - syknął sam do siebie William, zaciskając rękę na kolbie dwunastostrzałowego pistoletu. Skończy się... - powtórzył w myślach. - Już nawet nie pamiętam kiedy się zaczął...
DZIEŃ WCZEŚNIEJ...
Ostatnia misja "Angeli Prime" dobiegała powoli końca. Dowodzona przez kapitan Federacyjnych Sił Międzygwiezdnych - Samanthę Swift - operacja przebiegła wręcz wzorowo. Od samego odliczania startowego, przez lot hibernacyjny, aż po zebranie pomiarów z nowoodkrytej planety o kodzie hololokacyjnym NGRX-277 i rozpoczęcie lotu powrotnego na macierzystą Ziemię - wszystko dopięte było na ostatni guzik i idealnie rozplanowane w harmonogramie misji. Jak na statek operowany jedynie przez pięcioosobową załogę "Angela Prime" była doprawdy imponujących rozmiarów. Przypominający swym kształtem skrzyżowanie odwróconej litery "Y" i nieco nieregularnego walca okręt kosmiczny był już niejakim przeżytkiem. Jego konstrukcja, oparta na sześciu fotonowych silnikach, rozłożonych w dwóch seriach na tylnim rozwidleniu kadłuba, pochodziła z poprzedniej ery. Zarówno cała "Angela Prime" jak i jej pokładowa aparatura nie nadawały się już do niczego prócz drobnych misji badawczych, jak ta, którą statek właśnie wykonywał... - Cholera. - parsknęła śmiechem pani kapitan, obrzucając wesołym wzrokiem skrzące się od obliczeń i najróżniejszych informacji technicznych monitory - Jak tak dalej pójdzie to skończymy naszą misję przed czasem... Z drugiego końca pomieszczenia dobiegł gardłowy chichot brodatego mężczyzny. - Pani kapitanko. - wymamrotał brodacz, powstrzymując się od kolejnego napadu śmiechu. - Myślałem, że to jak najbardziej pozytywna sprawa... Pani kapitanki to może nic na ziemi nie trzyma, ale ja właśnie przypomniałem sobie, że chyba przed odlotem nie uruchomiłem automatycznego karmidełka rybek... Szczupła kobieta obróciła się w kierunku brodacza wraz z całym fotelem. - Haggins. - mruknęła drwiąco, odrzucając z twarzy kosmyk ciemnych włosów. - Ile razy mam Ci powtarzać byś nie nazywał mnie "panią Kapitanką"? John Haggins, oficer techniczny "Angeli Prime", wyszczerzył zęby w ironicznym uśmieszku. - Tyle, aż zapamiętam, pani Kapitanko. Samantha obrzuciła brodatego mężczyznę spojrzeniem, w którym doszukiwanie się choćby najmniejszego odsetka sympatii było z góry skazane na niepowodzenie. Zdyscyplinowana kalifornijka po prostu nie przepadała za wyszczekanym, gburowatym nowojorczykiem... Było w nim coś co powodowało, że nie potrafiła mu zaufać... Może to te jego ciągłe zaczepki skierowane w pokładowego technika, Vladimira Korozova... A może to ten nieludzki, zwierzęcy błysk w jego oku? - Przyjmując nawet, że pani Kapitanka włączyła karmidełko swoim rybkom... - Zagaił po chwili ciszy Haggins. - Czemu niby miałoby martwić nas wykonanie misji w czasie krótszym niż zaplanowany? Samantha wymusiła na swojej twarzy uśmiech. - Będę pierwszym kapitanem łajby badawczej tej klasy, który powrócił z misji nie dość, że bez opóźnień, to jeszcze przed czasem... - Zażartowała, obracając się z powrotem w stronę komputerowej konsolety. - Toż to istny dyshonor. - Tja. - Brodaty nowojorczyk upił łyk kawy z plastikowej filiżanki, którą trzymał w lewej ręce. - Dla naszej pani Kapitanki to faktycznie w takim bądź razie policzek. To prawie tak jak gdyby Rosjanom udało się zrealizować plan pięcioletni w mniej niż dwadzieścia lat... - Bardzo zabawne. - W korytarzu echem odbił się basowy głos Vladimira Korozova, pokładowego oficera medycznego. - Ja jakoś nie wypominam pańskiemu narodowi błędów historycznych, panie Haggins! Ani wieku dwudziestego, ani ery neuronowych scalaków... Byłbym również wdzięczny gdyby i pan zechciał potraktować mnie w sposób podobny. A może chcę pan bardzo wymienić opinie na temat porażki Amerykanów w czasie walki o dominium nad Zatoką Perską, bądź na temat amerykańskiego imperializmu końca wieku dwudziestego pierwszego? A może termin "rzeź na bliskim wschodzie" wyda się panu tematem bliższym? Uśmiech z twarzy Hagginsa momentalnie zniknął. Niejeden raz zagrywał sobie melodyjki które chciał usłyszeć na strunie uczuć patriotycznych Vladimira. Najwidoczniej jednak masywny Rosjanin nauczył się już jak od jego muzyki się wybronić. - Korozov. - Rzucił przez ramię nowojorczyk - Dobra, niech Ci będzie. Tymczasowe zawieszenie broni. - Według prawideł taktycznych, drogi panie Haggins, to zawsze przegrana strona prosi o rozejm. Czy mogę więc uważać się za zwycięzcę? - Chłopcy, chłopcy! - Wtrąciła się Samantha, przerywając bezowocną konwersację akurat w momencie, gdy Haggins otwierał już usta, by zadać kolejny cios. - Może byście dali sobie w końcu spokój? Dość już mam waszych spięć, które prześladują mnie już od zbyt długiego czasu... - Wedle rozkazu pani Kapitanko. - Odbełkał na odchodnym brodaty nowojorczyk. - Ja tylko żartowałem. Jakby co, będę w centrum technicznym... Korozov odprowadził Amerykanina do drzwi negującym wzrokiem. - Mam już go szczerze dość. - Vlad. - Samantha uśmiechnęła się szeroko do Rosjanina, wyraźnie odcinając się od tematu pyskatego brodacza. - Jak się spało? Vladimir odwzajemnił uśmiech. - Jak zawsze, Sammy. - Szerokobarczysty mężczyzna przeciągnął się niczym lew wylegujący się na gorącym piasku afrykańskiego stepu. - Spałem jak niedźwiedź... - I chrapałeś jak smok. - Dopowiedziała pani kapitan. - Słyszałam nawet w mojej kajucie... Rosjanin roześmiał się swym donośnym basem. - Kawy? - Samantha zalotnie przymrużyła swe głębokie, zielone oczy. Nie potrafiła ukryć, że pomiędzy nią a rosyjskim medykiem nawiązała się jakaś specyficzna więź w przeciągu tej - i dwóch poprzednich - misji... Specyficzna więź... A może nawet było to uczucie, powstrzymywane jedynie przez nieco niezwykłe okoliczności zawiązania tej znajomości? Być może, gdy tylko dotrą na powierzchnię macierzystej planety i zamienią szarawe skafandry na cywilne ubrania, uczucie to wybuchnie pełnym wachlarzem namiętności, gorąca i pożądania? Panna Swift marzyła o tym dyskretnie, nie potrafiąc zrobić jednak choćby jednego kroku w kierunku realizacji owego pragnienia... Chciała tego... Jednocześnie bardzo się bojąc. Zbyt wiele razy ranili ją już mężczyźni, zbyt wiele niezagojonych blizn po raniących związkach nosiła na swym sercu... Lecz... Może tym razem nareszcie poznała tego jedynego? - Sammy? - Rosjanin uniósł prawą brew, wlepiając swój wzrok w urokliwą twarz czarnowłosej kalifornijki. - Czemu tak na mnie patrzysz? Coś nie tak? Samantha potrząsnęła głową, odganiając swe myśli. Nawet nie zauważyła, że rozmyślając od dwóch minut wlepiła swój maślany wzrok w piwne oczy Vladimira. - Nic, nic. - odparła szybko. - Wybacz, zamyśliłam się. - Sammy... - Rosjanin złapał ją za dłoń. - Muszę Ci coś powiedzieć... Kapitan Swift poczuła jak jej serce zaczęło bić o wiele mocniej... - Wybaczcie, że przerywam wam tą jakże rozkoszną sielankę, ale mamy problem. - W drzwiach nagle pojawiła się głowa Hagginsa... Na jego twarzy malował się wyraźny niepokój... - I to duży. Minęła zaledwie sekunda odkąd jego słowa wybrzmiały echem w owalnym pomieszczeniu, a całym mostkiem wstrząsnęła furia alarmowych syren...
Część 22 / 2
AWARIA
William Berksley, pierwszy nawigator „Angeli Prime” gnał wąskim korytarzem jak oszalały, pospieszany przez wyjące dookoła sygnały alarmowe. - Co się dzieje?! – huknął całą siłą swego głosu, szybkimi susami wbiegając na mostek dowodzenia... Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy ujrzał błyskające czerwoną barwą ostrzeżenia techniczne rozlewające się raz po razie na szklanej tafli zwisających spod sufitu olbrzymich ekranów... - Awaria. – syknęła kapitan Swift regulując jakieś pokrętła na masywnej konsolecie głównodowodzącego. - To widzę. – Berksley pochylił się nad fotelem drugiego nawigatora, obserwując jak młody chłopak w nim siedzący bezradnie załamuje ręce. – Eddie, status? Edward Hopper, drugi nawigator „Angeli Prime”, a zarazem najmłodszy członek jej załogi, westchnął niespokojnie. - Silniki pierwszy i drugi nie działają z bliżej nieokreślonych powodów. Najprościej w świecie nagle zaczęły tracić moc i wyłączyły się kompletnie. Czwórkę i trójkę musiałem odciąć, jako, że bez prawostronnego napędu zaczynało nas raptownie znosić... Zaledwie w pierwszych czterech minutach po ujawnieniu się awarii pęd maszyny zniekształcił nasz kurs o czternaście stopni... - Ustabilizowałeś kurs? - Niestety stabilizatory również przestały działać... Mimo przeciwdziałaniu awaryjnych silników hamujących ciągle mkniemy do przodu... Powoli jak powoli, ale konsekwentnie... Jeśli nie uruchomimy jedynki i dwójki w przeciągu najbliższej doby zniesie nas tak bardzo, że powrót do oryginalnego kursu przy obecnym zapasie paliwa może okazać się niemożliwy... Willie, siedzimy sobie właśnie w pieprzonym metalowym pudle które dryfuje sobie w kosmosie w kierunku tylko sobie znanym! - Cholera. – William wskoczył na swój fotel, po czym szybkim ruchem założył na ucho miniaturowy zestaw głośnikowo-mikrofonowy. – John, przyczyna awarii? Haggins westchnął przeciągle. - Nieznana. – syknął po chwili. – Jesteśmy pewni, że to nie żaden obiekt zewnętrzny, jako, że osłona magnetyczna wokół silników działa cały czas sprawnie i gdyby tylko cokolwiek zechciało ją sforsować odbiłoby się ze świstem, mknąc w zupełnie przeciwnym kierunku... Sprawdzałem już układ przekaźnikowy mocy, lecz w nim także wszystko wydaje się być w stu procentach sprawne... - Reaktor napędowy? – Vlad obrzucił niepewnym wzrokiem migające monitory. Technologia jakoś nigdy go nie pasjonowała... – Może to wina braku zasilania? - Korozov. – Haggins zmarszczył brwi. – Sprawdziłem go oczywiście na samym początku... Masz mnie za idiotę? - Wiesz... – Rosjanin spojrzał na niego wściekłym wzrokiem. – Skoro już pytasz... - Chłopaki. – Berksley napomniał ich gniewnym tonem głosu. – To naprawdę nie czas i nie miejsce... Jeśli uda się nam wykaraskać z tej całej sytuacji pozwolę wam nawet rzucić się sobie do gardeł, ale w tej chwili może byście skupili się tak na swoich obowiązkach? - Mam Cię! – Sprzed monitora brodatego nowojorczyka dobiegł skowyt radości. – Panie i Panowie! Proszę przestać trząść portkami, oto wykryłem awarię! Haggins wykonał zwycięski gest, unosząc ręce wysoko ponad głowę, po chwili jednak zdławił swą radość, powracając wzrokiem do ekranu... - Wygląda na to... – kontynuował klepiąc opuszkami palców w klawisze komputerowej konsolety. - ...że przyczyna naszej awarii wcale nie tkwi w systemie. Nie jest to też błąd reaktora zasilającego, jak twierdzą nieco mniej zorientowani w temacie... Panie i panowie, madam und herren, droga załogo „Angeli Prime”, wszystko wskazuje na to, że przyczyna naszej awarii jest w stu procentach organiczna! Na mostku, nie licząc cichego szumu pracującego sprzętu astronawigacyjnego, zapanowała całkowita cisza. - Organiczna? – odezwała się w końcu Samantha. – Jak to organiczna? Haggins zabłysnął szelmowskim uśmieszkiem. - Teorię fizycznego uszkodzenia silnika odrzuciliśmy na samym wstępie. – zagaił, dwoma tapnięciami klawiszy wyświetlając na głównych ekranach trójwymiarowy schemat jednego z silników. – Jakiekolwiek dryfujące w kosmosie meteory, kawałki metali bądź najzwyklejsze w świecie śmieci porzucone z innych jednostek Gwiezdnej Floty zostałyby przez czujniki natychmiast wykryte, po czym odbiłyby się od pola magnetycznego otaczającego kadłub... Na tej podstawie negowaliśmy możliwość mechanicznego uszkodzenia silników... Ale jest jeszcze jedna możliwość... Cóż stałoby się jeśli w silnik wbiłaby się nie bryła kosmicznego metalu, lecz najzwyklejsza w świecie organiczna forma życia? - Czujniki nie wykryłyby jej... – Podchwycił wątek Hopper – Pole magnetyczne nie zostałoby automatycznie aktywowane. Obiekt nie mógłby zostać odbity przez magnetyczną tarczę, miałby więc możliwość przebicia się przez osłonkę silnika i zablokowania jednego z pasm napędowych... Genialne. - Otóż to! – przyklasnął rozweselony Haggins. Samantha potrząsnęła głową. - Zaraz, zaraz... – Mruknęła niepewnie. – Czy jednak aby zatrzymać jeden z gigantycznych płatów pasm napędowych, na dodatek osłoniętego metaliczną matą ochronną, nie potrzeba czegoś bardzo, bardzo dużego? Berksley zagryzł wargi. - Czegoś bardzo dużego, Sammy... – Powiedział z wahaniem. – Albo ogromnej ilości czegoś bardzo małego...
GOŚCIE
- Testy szczelnościowe wykonane. Rezultat pozytywny. Egzoskafandry gotowe do przechadzki. Głos Berksleya zadrżał lekko gdy wymawiał ostatnie słowo... „Przechadzka”. Czyż to nie banalne określenie nagłego znalezienia się sam na sam z przerażającą, wszechobecną pustką wszechświata? William od zawsze lękał się tego typu „przechadzek”. Na samą myśl o przekroczeniu bezpiecznego progu zewnętrznej powłoki statku i odnalezieniu się w centrum kosmicznej otchłani ogarniała go lodowata, kostniejąca trwoga. Czuł jak rozchodziła się po jego ciele w tej chwili... Jednak nie był to jedynie