Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 24 min czytania

Ostatnia śmierć

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

lipiec 2013 Gdańsk

Tomasz jeździł z wózkiem po opustoszałym supermarkecie. Sprawdzał etykiety. Wiele produktów już dawno nie nadawało się do spożycia, bo pokrywała je biało-zielona pleśń i robaki. Jedynie pasteryzowane napoje, konserwy, alkohol, papierosy, zgrzewki zapalniczek wkładał do kosza bez zastanowienia, i rzecz jasna, nie zwracał uwagi na ceny. Przy kasach od miesięcy nie było kasjerek, a pieniądze zdewaluowały się w takim stopniu, że równie dobrze można było robić ognisko z zeszłorocznego "Playboya", jak z banknotów stuzłotowych. Prawdę mówiąc, "Playboy" palił się nawet gorzej.

Takie zakupy robił średnio raz w tygodniu. Zawsze tak samo, gdy spakował towar do dwóch dużych reklamówek, wychodził na ulicę przez rozbite okno. Miasto było kompletnie opustoszałe, zastygłe jak na stop-klatce, milczące i martwe. Samochody pozostawione na skrzyżowaniach, zwłoki ludzi i zwierząt, chodniki i trawniki pokrywała kilkumilimetrowa warstwa "śniegu". Co tydzień, kiedy wracał ze sklepu, patrzał pod nogi i rozglądał się dookoła, szukając śladów stóp, innych niż jego własne - od trzech miesięcy, nieskutecznie.

Wreszcie dotarł na swoje osiedle. Wdrapał się na piąte piętro schodami, bo windy nie funkcjonowały z braku prądu, i nieludzko zziajany wszedł do mieszkania. Rzucił siatki na stół w kuchni i zdjął z twarzy chustę.

- Toffi - zawołał, wyciągając z reklamówki psią karmę. - Toffi! Rozejrzał się po podłodze, szukając małego, czarno-białego buldożka francuskiego. - Kurwa! - krzyknął. - O nie! Kurwa! Piesek leżał pod stołem, na boku, z wywalonym języczkiem i otwartymi oczami. Nie ruszał się już. Mężczyzna podniósł psiaka z podłogi i łzy, w jednej chwili, stanęły mu w oczach. Toffi był bardzo pociesznym, pełnym życia i nadzwyczaj inteligentnym zwierzakiem. Spoglądał swojemu panu zawsze głęboko w oczy, słuchał i zdawał się rozumieć każde słowo. Teraz był tak martwy, jak wszystko dookoła. Ostatni przyjaciel odszedł i nastała piszcząca cisza, głębsza niż grób.

Dopiero pod wieczór, po wypiciu butelki whisky, pogodził się ze stratą. Innego wyjścia przecież nie miał. Nie miał też wyjścia, kiedy trzy lata wcześniej, zginęła jego żona i pięcioletnia córka w potwornym wypadku samochodowym. To stało się jeszcze przed wojną, tym Armagedonem, i wywróciło mu świat do góry nogami.

Wybuch tej przeklętej wojny nie obszedł go w ogóle, podobnie zresztą jak późniejsze doniesienia o tysiącach zabitych, czy pierwszych atakach nuklearnych. Te niosły za sobą już nie tysiące ofiar, ale miliony.

Tomek zazdrościł im. Za kolejny kaprys Boga uważał, że bomby omijają Polskę i że właśnie jego ten "sadysta" specjalnie trzyma przy życiu, kiedy innym daje zejść ze sceny. Tych, którzy chcieli żyć i mieli dla kogo, zabijał a tego, który wielokrotnie próbował się zabić - katuje bolesnym trwaniem. Za długo trwał już ten koniec świata. Dla tych pierwszych, rozpoczął się w grudniu dwa tysiące dwunastego, a dla Tomasza okrągłe trzy lata wcześniej.

"Na szczęście" rok później rakiety zaczęły spadać także na Polskę, lecz znów niefortunnie, nie na Trójmiasto, a jedynie na stolicę. Tak, czy owak, śmierć się zbliżała, choć nie szybka i przyjemna - przez spalenie, ale z zatrucia radioaktywnego lub z głodu. Tomek pogodził się nawet z taką wersją i czekał, czekał, czekał...

Gdańsk zakryły opady, ludzie zaczęli ginąć i wkrótce zginęli wszyscy. Wszyscy, tylko nie on! On czuł się świetnie, fizycznie bez zmian, bez większych rokowań na szybki zgon.

Pewnego poranka, z premedytacją, zajadał biały pył, dusił się nim i wymiotował, a nawet się rozchorował, lecz na krótko i ciągle... żył. Dzisiaj zakładał chusto-maskę tylko dlatego, że "śnieg" gryzł go w przełyk i nos, oraz ze względu na wszechobecny smród rozkładających się ciał. Śmierć, skosiła już chyba całe żniwo, ale do niego, jak na złość, nie chciała przyjść.

Było prawdopodobnie coś przed północą, choć równie dobrze mogła być dwudziesta druga. Nikt przecież nie nakręcał już zegarów, a przez unoszący się w atmosferze kurz, mrocznie było w sumie cały dzień. Dwie rzeczy są jednak pewne: Było późno i była to godzina ostatnia.

Ostatni człowiek siedział właśnie na fotelu i otwierał drugą flaszkę whisky, kiedy ktoś zapukał do drzwi!

Rzucił okiem na przedpokój, a następnie spojrzał na butelkę. Stukanie ucichło, i już miał stwierdzić, że mu się wydawało, gdy trzykrotne "puk" zabrzmiało znów! Mężczyźnie zawirowało w głowie, a serce podeszło do gardła. Teraz był już pewny, że mu się nie przesłyszało. Wstał. Najciszej, jak potrafił, doszedł na przedpokój i stanął przed drzwiami. Przyłożył do nich ucho i wtedy ktoś walnął w drzwi tak agresywnie, że Tomasz krzyknął i odskoczył dwa kroki wstecz.

- Kto tam!? - wykrztusił po chwili. Nie usłyszał odpowiedzi i dłuższy czas nie działo się nic. Przenikliwa cisza wiła korytarze z uszu, przez głowę, aż do basowo dudniącego serca.

- Kto tam? - powtórzył pytanie. - Śmierć. Tomek przełknął ślinę.

- Bez żartów, człowieku. - Jestem poważna Tomaszu - odezwała się kobieta. - Śmiertelnie poważna - dodała. Mężczyzna milczał, bo tysiące myśli kotłowało się w jego głowie. - Otwórz, proszę. Czekałeś przecież na mnie. Tomkowi drżały ręce, choć nie wiadomo do końca, czy ze strachu, czy ze złości. - Posłuchaj paniusiu. Cieszę się, że żyjesz, bo myślałem, że zostałem sam, ale te żarty są głupie. Bardzo głupie. Nie mam nastroju na żarty. Nie usłyszał odpowiedzi. - Rozumiesz!? - krzyknął. - Mam odejść? Tomasz pomyślał. - Nie. Nie masz odchodzić. - W końcu od roku nie rozmawiał z człowiekiem, a ta, choć miała kretyńskie poczucie humoru, to jednak żyła. Lepsze to niż nic. - Wpuszczę cię, jak przestaniesz się wydurniać. - Zgoda. - Więc kim jesteś i jak masz na imię? - Jestem posłańcem... - Posłańcem? - Tomek zdziwił się i już przekręcał zamek. - To ktoś jeszcze żyje? - Oczywiście.

Drzwi już były otwarte, lecz uchylone tylko na wąską szparkę. Nie było przez nią widać absolutnie nic, ale dużo lepiej było teraz słychać. - No dobrze. A jak masz na imię? - Mors - odpowiedziała już w progu. - Mors? Dziwne imię - stwierdził, cofając się wgłąb przedpokoju. - To z łaciny, Tomaszu - wyjaśniła i weszła do środka, ciągnąc za sobą po ziemi przedmiot, który chwilę później błysnął nad sufitem, w bladym świetle księżyca padającym z kuchni. - O Chryste - jęknął Tomek i plecami uderzył w drzwi ubikacji.

Śmierć majestatycznym krokiem przeszła obok chłopaka i weszła do dużego pokoju, gdzie obok butelki mrugały trzy świece. Stanęła tyłem w długim czarnym płaszczu, z kapturem na głowie. Tomek stał ciągle w tym samym miejscu, sparaliżowany tak, że nawet ręce przestały mu drżeć, a i serce jakby zastygło. Czarna postać obróciła nad swoją głową ostrze kosy, a jednocześnie odwróciła się przodem do Tomka. Na ten widok o mało nie zemdlał. Pod kapturem nie było bowiem nic. Tylko wielka, głęboka pustka.

- Jestem nieuniknionym Tomaszu - zaczęła. - Możesz się mnie bać, to dla mnie nic nowego. Dawno przywykłam. Ostatni człowiek skinął głową, że rozumie. - Twój lęk jest dla mnie zrozumiały, ale niestety nie mogę cię uspokoić. Nie chcę cię oszukiwać, bo to, że mnie tu widzisz, oznacza, że dzisiaj umrzesz. Słowa te, choć makabrycznie jednoznaczne, w jakiś dziwny sposób działały kojąco. Może to dlatego, że głos kostuchy był ciepły, wręcz melodyjny, a może...

- Chciałabym jednak najpierw z tobą porozmawiać, bo nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale jesteś ostatnim żyjącym człowiekiem na Ziemi. Ta chwila jest wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju, również dla mnie. Mogłabym zabić cię we śnie, jak wielu, jednak wtedy nie dowiedziałabym się,... dlaczego. I zamilkła.

- Dlaczego co? - Dlaczego Bóg zostawił cię na sam koniec, mój drogi. - I ja mam ci na to odpowiedzieć!? - zapytał tak bojowo, że nawet samego siebie zaskoczył. - Tak - potwierdziła szeptem. - Mógłbym zapytać cię o to samo paniusiu. - Było mu już wszystko jedno. Strach odszedł, wróciła złość. - Ha ha ha - Kostucha rozbawiła się. - Widzę, że się dogadamy Tomku. Może ty o tym jeszcze nie wiesz, ale ty znasz odpowiedź i my razem ją znajdziemy. Powiedziawszy to, położyła kosę na dywanie, wzdłuż stolika i rozsiadła się wygodnie w fotelu.

Tomek dziwnie skojarzył całą tę sytuację z wizytą księdza na kolędzie, kiedy jeszcze takich przyjmował. Jakże podobna zapanowała teraz atmosfera. Z taką myślą podszedł do fotela naprzeciwko i usiadł.

- A propos Tomku, nie nazywaj mnie paniusią, bo tyle samo we mnie z kobiety, co z mężczyzny. Głos może mylić. Wybrałam damski, myśląc, że tak będzie przyjemniej. - Przyjemniej? - powtórzył Tomek z drwiną w głosie. - Przyjemniej - potwierdziła Śmierć głębokim, męskim basem, takim że szyby zadrżały w oknach.

- Ok. Twierdzisz, że znasz Boga? - zapytał ostatni człowiek. - Owszem. Znam też Szatana - potwierdziła, na szczęście na powrót damskim głosem. - Ok. Rozumiem. A możesz mi powiedzieć, w takim razie, czyja to sprawka? - Masz na myśli wojnę? - Tak. Właśnie wojnę. - Zdziwisz się, ale ani Bóg nie ma z tym wiele wspólnego, ani Szatan. To wasza wojna. W tym momencie Mors wstała i podeszła do okna. Otworzyła je i powiedziała:

- Spójrz, pada śnieg. A mamy lipiec. Czy to Bóg wymyślił nuklearną zimę? Ja żyję tysiące lat, Tomaszu, i wiele strasznych rzeczy widziałam. Byłam w Sumerze, w Babilonie, Egipcie, byłam przy Jezusie, Inkwizycji... Zawsze lała się krew, Tomku, ale uwierz mi, że pierwsze wojny "barbarzyńców", jak ich dziś nazywacie, bardziej przypominały bójki twoich kolegów z osiedla, niż wojny, które znasz z książek. Z pierwszych bitew dziesięć osób zabierałam ja, dwudziestu wracało z wybitymi zębami, a stu z podbitymi oczami. Ale z upływem czasu zmieniło się wszystko. Wojna twoich cywilizowanych, przecież, dziadków to morze krwi, twoich rodziców - masowa zagłada, "eksterminacja" - to też WASZE słowo. A ta wojna, cóż... trujący śnieg. Takie szaleństwo widzę po raz pierwszy. I na szczęście po raz ostatni.

- Zaraz. Ty mówisz o szaleństwie i strasznych rzeczach!? Przecież to ty zabijasz! Ty jesteś mordercą!

Śmierć odwróciła się i w tym momencie Tomek pomyślał, że za bardzo sobie folguje, aczkolwiek przecież nie kłamał. Spod czarnego kaptura wydobył się jednak głos opanowany i spokojny: - Nie Tomku. To również wy. Ja tylko was... dobijam.

Prawdopodobnie postać uśmiechnęła się, a nawet jeśli nie, to i tak właśnie uśmiech Tomek zobaczył oczami wyobraźni. Wzdrygnął się, zbulwersował, i już miał coś powiedzieć, ale Śmierć kontynuowała monolog:

- Widzisz, jeśli chodzi o wiek dwudziesty, to... mogę mieć do siebie pretensje... - A jednak! - szyderczo wykrzyknął Tomek. - ... pretensje, że nie zabiłam was wcześniej.

Teraz Tomasz czuł, że Śmierć nie uśmiecha się, ale to jeszcze gorzej dla niej. Tym bardziej chciał jej teraz wygarnąć, lecz znów mu przerwała:

- Obawiam się, że ten "śnieg" zabije wszelkie życie na tej planecie i wiele wody w rzekach upłynie, toksycznej wody, zanim znów się zazieleni.

Ten argument był mocny, zwłaszcza dziś, kiedy stracił najlepszego przyjaciela. Na dłuższą chwilę ostudziło to jego wzburzony umysł, ale i tak w końcu wybuchnął:

- A Kasia!? A Monika!? - krzyknął. - Co one ci zrobiły!? - Twoja żona i córka tak? - zapytała i znów odwróciła się do okna. - Tak! Tak! Skurwysynu! Śmierć stała tyłem do człowieka i milczała, gdy on sięgnął po kosę.

- Tomaszu - odezwała się wreszcie. - I właśnie tu mamy odpowiedź na nasze pytanie. - Nie obchodzi mnie odpowiedź na twoje pytania! Stał już na środku pokoju i oburącz trzymał złowrogo połyskujące ostrze. Podszedł jeszcze bliżej, na odległość, z której z łatwością mógł zadać śmiertelny cios. Z otwartego okna powiewał lekki wiatr, który już aż na piąte piętro przynosił smród, który przy ziemi był niemal fizycznie gęsty - odór padliny. Jej wydawał się on nie przeszkadzać. Pewnie przywykła do niego tak samo, jak do tego, że jej wszyscy nienawidzą. Stała zamyślona, z

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%