rodzina · 38 min czytania
OSTATNIA SZANSA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
OSTATNIA SZANSA
Piotr pędził przez noc swoim czarnym porsche carrera 911. Uwielbiał szybką jazdę i potężny zastrzyk adrenaliny, jaki zawsze odczuwał jadąc z prędkością przekraczającą dwieście kilometrów na godzinę. Nie zważał na to, że padał deszcz i szosa była śliska. Ani w głowie była mu myśl, żeby zwolnić, chociaż był pijany i bardzo zmęczony. Śpieszył się, by zdążyć na umówione spotkanie, a od celu dzieliło go jeszcze grubo ponad sto kilometrów. Gnał ku swojemu przeznaczeniu nie wiedząc, że na drodze za zakrętem czyha na niego śmierć. Spieszył Mecenas Piotr Witkowski był świetnym obrońcą i mimo zaledwie dwudziestu ośmiu lat zdążył już sobie wyrobić renomę w Rzeszowie. Wysoko się cenił, ale miał do tego pełne prawo, gdyż na sali sądowej był profesjonalistą w każdym calu i wygrał wiele pozornie beznadziejnych spraw. Dzięki temu w ciągu kilku lat dorobił się sporego domu w dobrej dzielnicy i sportowego samochodu. A także rocznego syna, którego nie chciał wychowywać. Rozstał się z Martą dwa miesiące przed rozwiązaniem. Płacił alimenty, ale nie zamierzał widywać się ani z małym Dawidem, ani z jego matką. Piotr nie widział siebie w roli męża i ojca, zwłaszcza, iż dziecko nie było planowane i obwiniał dziewczynę, że nie potrafiła się odpowiednio zabezpieczyć. Zarzucił jej wprost, że chciała go złapać na ciążę, a on nie pozwoli się szantażować. Uważał, iż na kierat codziennych, żmudnych obowiązków ma jeszcze czas, a póki jest młody, musi się wyszaleć. Zarabiał bardzo dobrze i był przyzwyczajony do tego, by wydawać pieniądze wyłącznie na własne przyjemności – kochanki, markowe ciuchy, drogie alkohole i hazard. Niewątpliwie zaliczał się do lekkoduchów hołdujących zasadzie: „Hulaj dusza, piekła nie ma!”. Spotykał się już wtedy z inną kobieta, Elizą, która początkowo wydawała mu się znacznie atrakcyjniejsza i milsza od Marty. Teraz pomału zmieniał zdanie. Mknął pustą drogą właśnie do niej, długonogiej, blond piękności o zielonych oczach. Rozpierała go złość, bo Eliza powiedziała mu dzisiaj przez telefon, że chce go rzucić dla innego faceta. Najpierw upił się z żalu w samotności, a później zadzwonił do niej i poprosił o rozmowę, chcąc ratować związek. Dziewczyna niechętnie zgodziła się, ale zastrzegła, że wylatuje do Kopenhagi o dziewiątej rano i jeśli Piotr koniecznie chce się z nią zobaczyć, musi zdążyć do Warszawy przed odlotem samolotu, bo nie miała zamiaru zmieniać dla niego swoich planów. Dlaczego zawsze miał szczęście do pieniędzy, a nigdy nie miał do kobiet? Czekała go jeszcze długa droga, a Piotr odczuwał coraz większe zmęczenie. Powieki zrobiły się ciężkie jak z ołowiu i trudno mu było skupić uwagę na prowadzeniu carrery. Jednak nie mógł zwolnić, ani tym bardziej zatrzymać się, by choć chwilę odpocząć. Godzina odlotu samolotu zbliżała się nieubłaganie.
*****
Swoje wczesne dzieciństwo Piotr wspominał bardzo dobrze. Miał kochających rodziców, dla których jedynak był oczkiem w głowie. Zwłaszcza z ojcem miał świetny kontakt i spędzał z nim dużo czasu. Często chodzili na długie spacery, grali razem w piłkę lub bawili się na karuzelach i huśtawkach w pobliskim ogródku jordanowskim. Tata zawsze go rozśmieszał, czytał bajki i opowiadał różne zabawne historyjki. Do dzisiaj pamiętał, jak wyczekiwał w oknie na powrót ojca z pracy. Tata zawsze wjeżdżał na podwórko swoim oplem kadetem z dużą prędkością, jechał prosto na dom, by w ostatniej chwili zaciągnąć ręczny hamulec i skręcić o dziewięćdziesiąt stopni, wzbijając tumany kurzu. Potem oznajmiał swoje przybycie charakterystycznym sygnałem klaksonu. Dwa długie, a zaraz potem trzy krótkie dźwięki. Tuuuuuu, tuuuuuu! Tu, tu, tu! Wtedy mały Piotruś wybiegał z domu i pędził w jego stronę ile sił w nóżkach, by skoczyć na szyję pochylonemu nad nim ojcu. Doskonale wiedział, że zaraz po obiedzie będzie mógł się pobawić z tatusiem. Ojciec był wtedy dla niego najważniejszą osobą na świecie. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym jego tata trafił do szpitala. Nigdy już z niego nie wyszedł. Złośliwy rak nieubłaganie każdego dnia wydzierał z młodego mężczyzny życie. Lekarze nie dawali Arturowi żadnych szans, bo przerzuty postępowały zbyt szybko. Ojciec Piotra zdawał sobie sprawę z tego, że już niedługo będzie musiał odejść na zawsze, chociaż nikt nie miał odwagi, by mu to powiedzieć w oczy. Minęło dwadzieścia lat, a Piotr ciągle miał w pamięci dzień, w którym ostatni raz widział swojego ojca żywego. To był słoneczna lipcowa niedziela. Chłopiec był ubrany w niebieskie spodenki i koszulkę tego samego koloru, a mama miała na sobie sukienkę w kwiaty. Tata leżał na szpitalnym łóżku, półżywy i blady jak trup. Mama z bólem serca przyprowadziła Piotrusia na wizytę, by mógł pożegnać się z ojcem. Już w domu powiedziała mu, że tatusia za kilka dni już z nimi nie będzie. Dlatego chłopczyk stał przy łóżku śmiertelnie poważny i smutny, chociaż nie do końca zdawał sobie sprawę z sytuacji. Tak jak nauczyła go mamusia, modlił się w duchu za tatę, żeby Pan Jezus przywrócił mu zdrowie. Żeby tata wrócił do domu i żeby znów mogli pójść na huśtawki. Artur przywołał malca ruchem ręki, a gdy ten podszedł, objął go i pocałował w czoło. Spojrzał czule na syna, a Piotruś zauważył, że tata ma jakieś dziwne oczy, bardzo smutne i przejmujące. - Nie bój się, syneczku. Tata zawsze będzie cię bronił i nie da skrzywdzić. - Nie boję się, tatusiu – odpowiedział malec, chociaż drżał jak liść na wietrze. Za jego plecami stała mama i bezsilnie wyłamywała sobie palce, zaciskając usta i z trudem powstrzymując płacz. Dorota chciała, by to już się skończyło. Czuła, że jeszcze moment i zupełnie się rozklei. Trzymała się jakoś i nie pokazywała swojej rozpaczy wyłącznie ze względu na dziecko. - Tatusiu... - odezwał się Piotruś, gdy wychodził już z sali, trzymając mamę za rękę. - Co, synku? - Kocham cię – malec pociągnął nosem i głos mu się załamał. - Ja też cię kocham. Najmocniej. Pamiętaj, co ci powiedziałem. Po wyjściu Piotrusia i Doroty mężczyzna ciężko opadł na poduszkę. Tak bardzo chciał żyć. Dlaczego Bóg nie chce mu dać jeszcze jednej szansy? Dlaczego on? Dlaczego właśnie on?! Z oczu Artura popłynęły łzy. Był sam. Już nie musiał udawać twardziela. Trzy dni później odbył się pogrzeb Artura. W czasie uroczystości na cmentarzu Piotruś nie odezwał się do nikogo ani słowem. Nie płakał, bo chciał być taki dzielny jak tata. Przedtem całą noc ryczał jak bóbr do poduszki, ale nie przyznał się do tego nawet mamie. Gdy wrócili po stypie do domu, chłopiec wpadł w furię. Ściągnął wiszący nad tapczanem rodziców obrazek z Panem Jezusem, zbił szybkę i podarł kolorową reprodukcję. Potem wpadł do swojego pokoju, zrzucił na ziemię mały, drewniany krzyż, który od lat wisiał nad jego łóżeczkiem i złamał go, opierając pod kątem o ścianę i przydeptując nogą. - Co ty robisz, syneczku! Przestań! - matka podbiegła do syna i chwyciła go za ręce. - Dlaczego to zrobiłeś?! - Bo on mnie oszukał! - krzyczał Piotruś. - Modliłem się do niego, żeby tatuś wyzdrowiał! A teraz już nie ma mojego tatusia! - Wcale cię nie oszukał! Pan Jezus nikogo nie oszukuje! - Właśnie, że oszukał! I ty też mnie oszukałaś! Malec wyrwał się mamie i wybiegł na podwórko. Nigdy więcej nie wspomniał o swoim ojcu ani słowem. Tak jakby on nigdy nie istniał.
*****
Zanim Piotr poznał Martę, spotykał się z Iloną, apetyczną brunetką o dużych piersiach i wyrazistym spojrzeniu. Zawsze miał ładne dziewczyny. Podrywanie pięknych kobiet nie stwarzało mu żadnych problemów. Był przystojnym, wysoki, wygadanym brunetem, który wiedział, jak zaimponować kobietom i skwapliwie wykorzystywał to w praktyce. Niestety z żadną nie potrafił stworzyć długotrwałego związku. Podobno była to jego wina, bo nie potrafił się otworzyć i pokazać drugiej osobie swoich uczuć. Tak przynajmniej twierdziły dziewczyny, z którymi był, ale co też one mogą wiedzieć? To były jakieś bzdury, nic więcej. Zdaniem Piotra wszystkie one były materialistkami i leciały tylko na jego pieniądze. Im lepiej potrafiły się z tym maskować i im później wychodziła na jaw ich interesowność, tym dłużej trwał związek. Zdecydował się zamieszkać z Iloną już po dwóch miesiącach znajomości. Wprowadziła się do jego domu, a Piotr był szczęśliwy, bo ta kobieta odpowiadała mu pod każdym względem. Wesoła, seksowna, rozrywkowa, inteligentna i interesująca w rozmowie – wydawała się dla niego idealną partią. Nie wykluczał nawet tego, że kiedyś – nie szybciej niż za kilka lat – zostaną małżeństwem. Mężczyzna był w niej tak bardzo zakochany i do tego stopnia ufał, że nawet uczynił ją współwłaścicielem swojego najnowszego nabytku – czarnego porsche carrera, a także upoważnił do korzystania z konta bankowego. Koledzy prawnicy śmiali się z niego, że chyba oszalał, iż tak bardzo zaufał kobiecie po zaledwie kilkumiesięcznej znajomości, ale Piotr nie przejmował się tym zupełnie. „Miłość może i jest ślepa” - powtarzał sobie w duchu. - „Ale to naprawdę wspaniałe uczucie”. Jednak okazało się, że jego pech do długotrwałych związków nadal go nie opuszczał. Ni z tego, ni z owego Ilona zaczęła się bardzo dziwnie zachowywać. Panicznie bała się zostawać sama w domu, a w dodatku zaczęła opowiadać, że coś ją straszy. Namawiała Piotra do przeprowadzki – gdziekolwiek, byleby nie mieszkać w tym, jak mówiła, przeklętym i nawiedzonym domu. Piotr zaczął nawet podejrzewać u dziewczyny chorobę psychiczną lub jakoś paranoję, gdyż zachowywała się doprawdy niezrozumiale. Ilona twierdziła, że zawsze, gdy zostaje sama w domu, słyszy głos szepczący jej do ucha różne straszne rzeczy, a później niewidzialna ręka popycha ją i bije. Jednak nie chciała zdradzić, cóż takiego mówi jej ów tajemniczy głos, że tak ją to przeraża. W ten sposób jeszcze utwierdzała Piotra w przekonaniu, iż z jej głową dzieje się coś złego i wymagającego leczenia. Niestety na wszelkie próby zaprowadzenia jej do lekarza reagowała agresją i histerią. Ilona coraz częściej szantażowała go, że jeśli natychmiast się nie przeprowadzą, zerwie z nim i nigdy więcej się nie zobaczą. Powoli zaczął nawet skłaniać się do tego bezsensownego, jego zdaniem, pomysłu, ale nie zdążył wcielić tego w życie. Pewnego dnia po powrocie z pracy nie zastał w domu ani Ilony, ani jej rzeczy. Znalazł za to kartkę na stole w kuchni, skreśloną jej ręką: „Dłużej już nie mogę tego wytrzymać. To jest straszne. Odchodzę. Nie szukaj mnie. Nigdy już do ciebie nie wrócę!”
Część 22 / 2
*****
Ilona była przerażona i roztrzęsiona. Przed chwilą Piotr zadzwonił do niej, żeby poinformować, iż nie wróci na noc do domu, bo pojechał do klienta za miasto, trochę popił i dlatego musi przespać się w hotelu i wytrzeźwieć. Wiedziała, co to oznacza i zadrżała ze strachu. Kolejna noc spędzona samotnie. Znów będzie konać ze strachu i wypatrywać świtu, który z reguły wszystko kończył. Zaczęło się tak jak zwykle, tuż przed północą. Usłyszała męski, przepełniony nienawiścią głos, chociaż w domu poza nią nie było absolutnie nikogo: - Ty suko! Przejrzałem cię, dziwko! Zostaw Piotra, bo pożałujesz! Zabiję cię! Zabiję! Zabiję! - Czego chcesz ode mnie?! - krzyknęła Ilona zatykając uszy palcami, chociaż wiedziała, że nic to nie pomoże. - Kim ty w ogóle jesteś?! Daj mi spokój, do jasnej cholery! - Doskonale wiesz, czego chcę! - okrutny głos dobiegał ze środka jej mózgu. - Wynoś się stąd! Natychmiast! Przejrzałem cię! Marzą ci się pieniądze Piotra! - To jakieś bzdury! To się nie dzieje naprawdę! Ilona uciekła do kuchni, ale tam również dopadł ją tajemniczy głos: - Tak, to dzieje się naprawdę! Wiem, że wynajęłaś mordercę, którego chcesz wpuścić do domu, by zabił Piotra! Ale prędzej to ja cię zabiję, ty przeklęta wiedźmo! Dziewczyna otrzymała tak mocne uderzenie w twarz, że zatoczyła się w stronę okna. Odruchowo rozejrzała się dookoła, ale jak zwykle nikogo nie dostrzegła. Zaczęła się zastanawiać, czy może Piotr nie ma czasami racji i nie powinna zacząć leczyć się u psychiatry. Był w połowie drogi i właśnie przechodził koło - Nikogo nie wynajęłam! Bredzisz! Kocham Piotra! Wiedziała, że głos ma rację i to jeszcze powiększało jej przerażenie. Skąd on mógł o tym wiedzieć, skoro nikomu nie zdradziła się ani słowem? Tak, planowała zabójstwo Piotra. Popełnił błąd upoważniając ją do swojego konta, co oznaczało, że w przypadku jego śmierci, będzie miała prawo do wszystkich pieniędzy. Dla niepoznaki wynajęty zbir miał ją pobić, a później zastrzelić Piotra i ukraść z domu kilka wartościowych przedmiotów. To powinno wprowadzić w błąd policję i oddalić od niej podejrzenia. Morderca był Ukraińcem, który miał przyjechać do Rzeszowa tylko po to, by wykonać jej zlecenie, a potem zniknąć na zawsze z Polski. Plan by tak dobry, że po prostu musiał się udać. Problemem był jedynie ten znienawidzony, straszący ją głos, należący do nie wiadomo kogo. - Nie kłam, ty zdziro! Nigdy go nie kochałaś! Zależy ci wyłącznie na jego forsie! Tym razem dosięgło ją kopnięcie w brzuch. Zwinęła się w kłębek i krzyknęła z bólu. Tak, głos miał rację. Wprawdzie Piotr podobał się jej jako mężczyzna, ale Ilona nie darzyła go żadnym głębszym uczuciem. Zamierzała wyłącznie rozkochać go w sobie, a potem wyciągnąć tyle pieniedzy, ile tylko się dało. Zadanie początkowo okazało się łatwe, a gdy Piotr uczynił z niej współwłaścicielkę konta, w jej głowie powstał chytry plan, by sięgnąć po całą pulę. - Jesteś zimną, wyrachowaną suką! Jemu naprawdę na tobie zależy! Teraz spotka się zasłużona kara! Zastanawiam się tylko, czy cię powiesić, czy też może zaszlachtować nożem? Potężna siła pchnęła dziewczynę w plecy. Ilona rozciągnęła się jak długa na podłodze, rozkwaszając nos, który natychmiast zaczął obficie krwawić. Pozbierała się z trudem i wtedy postanowiła, że nie ma innego wyjścia. Musiała uciec. Dopadła do drzwi i wybiegła na dwór. Gnała tak długo, aż zabrakło jej tchu. Wróciła dopiero na drugi dzień około południa. Zabrała wszystkie swoje rzeczy i zostawiła kartkę na stole.
*****
Kolejna dziwna historia wydarzyła się Piotrowi kilka tygodni temu. Kolega kupił mieszkanie i urządził suto oblewaną parapetówkę, która skończyła się o trzeciej w nocy. Piotr nie miał daleko do domu, więc postanowił przejść kilka przecznic i spać sie we własnym łóżku. Był w połowie drogi i właśnie przechodził koło cmentarza, gdy nagle obstąpiło go czerech mężczyzn. - O, dobry wieczór panu! - z kpiącym uśmieszkiem zagrodził mu drogę najwyższy z nich, dwumetrowy dryblas. - Niebezpiecznie tak chodzić samemu po nocach! - Czego chcecie? - Piotr był tak pijany, że ledwo trzymał się na nogach. - W sumie to niczego. Daj tylko portfel, zegarek i komórę i możesz iść. - Niedoczekanie wasze, sukinsyny! - Co powiedziałeś, pajacu?! - oburzył się dryblas. - My do ciebie grzecznie, a ty do nas: „sukinsyny”?! Nieładnie! Bardzo nieładnie! Przeproś! - to mówiąc mocno uderzył Piotra w twarz i mężczyzna niemal cudem nie upadł. - Ja ci dam pajaca, ty chamie zbolały! - Piotr spróbował kopnąć napastnika, ale stracił równowagę i wylądował nosem w chodniku. - Na mnie nogę podnosisz? Nogę?! Drągal doskoczył do Piotra i zaczął go mocno kopać. Po chwili zawahania dołączyli do niego jego towarzysze, a leżący mężczyzna zasłaniał się tylko, nie mogąc wstać. W końcu, gdy Piotr przestał się poruszać, przestali się nad nim znęcać. Olbrzym rozpiął mu marynarkę, wyjął z kieszeni portfel i telefon komórkowy, a potem zdjął Piotrowi zegarek. - Chłopaki, a jak on zapamiętał nasze twarze i pójdzie jutro na policję? - odezwał się rudy, obrzydliwy typ. - Nie, co ty, jest zbyt pijany – odpowiedział brodaty blondyn. - No nie wiem. Żebyśmy potem nie mieli przez niego kłopotów. - Rudy ma rację – zabrał głos dryblas. - Najlepiej byłoby go zlikwidować. - Chcesz go zabić? - wtrącił się blondyn. - Porąbało cię?! - O co ci chodzi? Dostanie raz, a porządnie w łeb i po sprawie! Olbrzym zbliżył się do Piotra, pochylił się nad nim i wziął duży zamach, chcąc go uderzyć pięścią w głowę. Wtedy nagle przewrócił się na bok i jęknął głośno. Zdenerwowany zerwał się na równe nogi. - Kto mnie popchnął?! Odpowiedziała mu cisza, a koledzy w zdumieniu spoglądali na swojego prowodyra. - Przyznajcie się! Kto mnie popchnął?! W tym momencie głowa drągala gwałtownie odskoczyła do tyłu, jakby zainkasował mocny cios, chociaż najbliższy mężczyzna stał ponad dwa metry od niego. Z nosa mężczyzny rzuciła się krew. - Co jest, do jasnej cholery?! Co tu się dzieje! - dryblas wściekł się nie na żarty. Nagle zerwał się mocny wiatr. Ułamek sekundy później na ziemi wylądował rudzielec, a zaraz za nim blondyn. - Ktoś mi podłożył nogę! To ty, Zdzichu? Jaja sobie robisz? - czerwonowłosy krzyknął do czwartego z towarzyszy, długowłosego chudzielca. - No co ty, to nie ja ... - ledwo zdążył odpowiedzieć, chuderlak poczuł, że jakaś siłą ściąga go w dół i również znalazł się na ziemi. - O co tu chodzi? - olbrzym podszedł do kolegów, a wtedy nagle poleciał do przodu, jakby ktoś kopnął go w zadek. Potknął sie o Zdzicha i wyrżnął orła, rozbijając sobie czoło. Wiatr mocno potrząsnął gałęziami drzew i zaszumiał w jakiś dziwny sposób, przypominający ludzką mowę. - Słyszeliście? - spytał Andrzej, przestraszony nie na żarty rudzielec. - Ja słyszałem! Ktoś powiedział: „Uciekajcie, bo was zabiję!” - Bzdury gadacie! - zaoponował olbrzym. - Ja też słyszałem! - potwierdził chudeusz łamiącym się głosem. - Słyszałem! Uciekajmy lepiej! Za murem jest cmentarz! Może to jakieś duchy czy coś? - Chyba cię porąbało! - krzyknął dryblas. - Duchów nie ma! Nie zdążył jeszcze zamknąć ust, gdy uderzenie potężnej, niewidzialnej pięści wybiło mu dwa zęby. Śmiertelnie przerażony splunął krwią i cicho zaklął. - Won mi stąd! – zaszumiał wiatr. - Nie będę więcej powtarzał! - Słyszeliście? Słyszeliście?! - Zdzichu podniósł się z szybkością błyskawicy. - Ja się zrywam! Rzucił sie do panicznej ucieczki. Koledzy spoglądali za nim przez chwilę, a potem rudzielec podniósł się i powiedział. - Zdzichu mu rację! Nic tu po nas! Pognał za kolegą, a po chwili konsternacji w ich ślady ruszył blondyn, do którego dołączył olbrzym. Piotr ocknął się dopiero nad ranem i z trudem doczłapał się do domu. Nie zdawał sobie sprawy, jak blisko był śmierci. Pamiętał tylko, że napadło go czterech zbirów, skopało i okradło.
*****
Czarne porsche poruszało się w zawrotnym tempie. Potężny, sześciozaworowy silnik pracujący na wysokich obrotach wydawał miarowy, jednostajny hałas, usypiający Piotra. Kierowca był bardzo zmęczony. Wiele by dał za chwilę snu, ale czas uciekał nieubłaganie. Jeszcze mocniej wcisnął pedał gazu i wyprzedził niebieską astrę, nie zważając na podwójną ciągłą linie. Drzemiąca pod maską moc silnika napawała Piotra poczuciem siły i bezkarności. Nagle zdał sobie sprawę, że myśli o matce. Nie zdarzyło mu się to od dawna. Ostatni raz widział ją trzy lata temu i rozstali się wówczas w dużym gniewie, po strasznej awanturze. Od tamtego czasu nawet ze sobą nie rozmawiali. Jego matka, Dorota.…