Fantastyka · 7 min czytania
OSTATNIA WARTA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedziała na piaszczystym wzgórzu i obserwowała, co się dzieje na brzegu. A działo się tam wiele. Plażą szło olbrzymie stado. Wielkie cielska przetaczały się po jasno szarym piasku szeroką kolumną, zalewały niemal pół widnokręgu. Murmi patrzyła na ten pochód zafascynowana. Podwinęła ogon i usadowiła się wygodniej. Wyciągnęła wyżej szyję, aby dokładniej się przyjrzeć. Każde z tych zwierząt było dziesiątki razy większe od niej. Najbliższe szły kilkaset kroków od jej posterunku, ale i tak wydawały się kolosami. Stado szło ku wysokiemu słońcu. Na początku pory suchej szło w tamtym kierunku, aby na początku pory deszczowej wracać. Ten widok fascynował swą monotonnością. I tak było od zawsze. - Znowu będzie głodno… Zjedzą wszystko – pomyślała. Murmi przez chwilę próbowała policzyć ile zwierząt idzie w jednym szeregu, ale było to zadanie przekraczające jej możliwości. Miała też ważniejsze rzeczy do roboty. Jej grupa osiedliła się na tym terenie kilka pokoleń temu. Wybór był dobry. Osada składała się z kilkudziesięciu skleconych z paprociowych liści chat, chroniących przed zimnem mieszkańców i gniazda. Do lasu i do ujścia rzeki było blisko, a i na plaży można było czasem znaleźć coś do jedzenia. Stada roślinożerców przechodziły dostatecznie daleko by nie stanowić zagrożenia dla jej współplemieńców. Co prawda w czasie przemarszu zjadały wszystko, ale jej grupa nauczyła się zbierać już pożywienie na zapas. Zawsze było tego niewiele, ale pozwalało przeżyć. Tyle, że od kilku lat wraz z wędrującymi stadami pojawiało się coraz więcej drapieżników. Najgorsze były te nowe, starsi mówili, że kiedyś ich nie widywali. Były małe w stosunku do roślinożerców, ale większe od największych z plemienia Murmi. Też polowały w stadach, ale nie udało się nigdy z nimi porozumieć. Tak naprawdę to nie wiadomo czy się udało, bo nikt, kto próbował nie wrócił. Gdy się je widziało, trzeba było uciekać. To było jej zadanie. Przypomniawszy sobie o tym mocniej chwyciła gruby kij służący do wszczynania alarmu. Gdy tylko ich zobaczy, zacznie walić w przyniesiony tu pusty spróchniały pień sagowca. Wówczas wszyscy usłyszą. Przeniosą jaja z chat do, wgrzebanych na tą okoliczność, jam i je zakopią. A potem uciekną. Murmi była młoda, nie miała jeszcze własnych jaj, była też za słaba, by znosić pokarm lub chodzić na polowania. Dlatego też siedziała i pilnowała. To było bardzo odpowiedzialne zajęcie. Starsi mówili, że od tego czy wypatrzy zagrożenie zależy życie całej osady. Ona też była przekonana o ważności swego zadania, podwinęła mocniej ogon i usiadła tak by wszystko jeszcze lepiej widzieć. Zobaczyła inne zwierzę w stadzie. Podniosła wyżej głowę, ale okazało się, że to tylko pancerno-rogaty. Widywała ich już wcześniej. Wędrowały razem z gigantami i nie stanowiły zagrożenia. Zaczęła znowu rozmyślać. Źle się działo. Wszystko się zmieniało. Starsi opowiadali, że kiedyś nie tylko drapieżniki nie były tak groźne. W lasach było więcej smacznych sagowców i miłorzębów. Pora sucha trwała krócej a stada roślinożerców nie były tak wielkie. Teraz coraz więcej jej współplemieńców ginęło z rąk nowych drapieżników, a i z coraz mniejszej ilości jaj udawało się odchować młode. Nawet te, które się wylęgły były często chore i odchodziły. Starsi mówili, że to, dlatego że nie ma nowych w osadzie. Nikt już nie przychodził, oni