duchy · 9 min czytania
Ostatnia z fotografii...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ostatnia z fotografii...
(…)Marek i Wawrzyniec pili po męsku i w końcu znaleźli się w {i}punkcie końcowym{/i}, czyli krótko-mówiąc powinni udać się już do swoich domów i kiedy to dziwnym trafem czas przekornie zaczyna się ociągać, rozciągać do niepojętej długości godzin, a pełne kieliszki, jak-na-złość mnożą się niczym króliki.
Z fatygowanego magnetofonu w kącie jak ze starego, przerdzewiałego kranu, bulgocząc i szumiąc wylewała się brudna, mętna woda jazzu. Wypełniała niepostrzeżenie całą salę, powoli, ale sprytnie, skutecznie rozprzestrzeniała się, zdobywając centymetr po centymetrze, swymi niepokojącymi falami, co chwilę ochlapując ich kostki i wdzierając się do butów. Marek skonsternowany i zdegustowany kakofoniczną powodzią nie mógł pojąć zachwytu na twarzy Wawrzyńca i w końcu zapytał, primo, by uniknąć zbędnego wykładu o jazzie, który wodospadem dźwięków zaczynał akurat przybierać na sile, secundo, bo pomimo patriotycznych dawek etanolu, Małgorzata i Victoria wciąż tkwiły w jego umyśle:
- Kim one są? – Zapytał retorycznie, nie oczekując odpowiedzi.
- Mam pewną teorię. – Zaczął Wawrzyniec, musiał jednak przerwać na moment, by z zamkniętymi oczyma oraz z podniesioną wysoko ręką zanurzyć się w jego ukochanej muzyce i gdy w końcu otaczająca ich mętna, jazzowa woda nagle wyklarowała się w wartki, przejrzysty, kamienisty potok rocku, zawiedziony, szeptem oświadczył, jakby nie był pewny, czy może zdradzić swą największą tajemnicę. – Są mgłą.
- Masochistki. ¬– Zaprzeczył po cichu Marek, choć, czy na pewno…
Część 22 / 2
- Wszyscy jesteśmy masochistami...
Ale Marek nie zrozumiał, być może, że nie był w odpowiednim stanie, być może nie chciał być uświadomiony, ale niedoszły poeta wiedział doskonale, że nie miał wtedy najmniejszych szans, by pojął jego wiekopomne odkrycie. Postanowił więc poddać się rozlanej po sali muzyce, jej rockowym prądom i przypływom, walcząc z wrażeniem, że za chwilę ich zaleje i wszystko zatopi, a po całym barze rozpanoszą się upiorne, drobniutkie piranie oddychające i poruszające swymi niemymi usteczkami w rytm szumiącej gdzieś pod wodą perkusji. Z ulgą jednak skonstatował, że potok słabnie, a niezwykła woda sięgając im po kolana, poczęła gęstnieć, przeobrażać się kleistą popową maź…(…)
***
(…)Małgorzata na przemian biegła i traciła oddech, stawała, by chwilę odpocząć i znów rozpocząć szaleńczy pościg, ale Victoria miała zdecydowanie lepszą kondycję, była wytrzymalsza i wysportowana, toteż wyprzedziła przyjaciółkę, by w końcu zginąć w ciemnościach otaczającej ich nocy i bezświetlnych ulic rzadkich, mrugających niewinnie latarni. Jej mózg rejestrował zaledwie pojedyncze obrazy, wizje, króciutkie filmiki, co ku ogólnej radości wydało się jej w pewnym sensie urzekające i podnoszące na duchu. To nie było jednak wtedy istotne, ponieważ najważniejszą sprawę stanowiło odnalezienie Marka…
Zaczęło się, gdy tylko przekroczyły magiczny próg obskurnego i brudniejszego niż zwykle GRANDE. Wystarczył im zaledwie jeden rzut oka, by zrozumieć, że Wawrzyniec znajduje się akurat w przedziwnym pół-śnie-pół-jawie i kontaktuje się właśnie ze swoimi osobistymi muzami, a ten, gdy tylko dostrzegł dziewczyny, swym natchnionym, wyrwanym gdzieś z odmętów przeżywanej nirwany głosem, zawołał je i z nadzwyczajną ekwilibrystyką skinął na barmana. Niedoszły poeta natychmiast zaczął też zachwalać Marka jako świetnego kompana, mówił, że szkoda chłopaka, i że mu go żal. Dalszego ciągu tyrady pijacko łączonych słów jednak nie wysłuchały. To Victoria, ona pierwsza wybiegła, pozostawiając po sobie mdławy zapach przerażenia i niepokoju. Małgorzata domyśliła się dopiero w trakcie szaleńczego biegu, zła na siebie, choć właściwie logiczne było, że to Victoria pierwsza powinna na to wpaść…
Stukot obcasów rozchodził się miarowym rytmem, wyprzedzając dziewczyny, obwieszczając ich przybycie, a także pozostając długo po nich, z wolna opadając kurzawą echa i pomyśleć by można, że to przechodził wtedy tajemniczy, nocny koncert strachów. Małgorzata czuła, jak z każdym kwaśnym, głębokim wydechem pozbywa się, kolejnej bezcennej części płuc, a jej rozszalałe serce już dawno wyprzedziło ją w swym własnym wariackim galopie. Obie dziewczyny biegły środkiem ulicy, uważnie i z każdym krokiem wytężając wzrok, z nadzieją, by to akurat on leżał w tym zatopionym mrokiem rowie, by to akurat on siedział na tej straszącej swymi kształtami ławce, by to akurat jego krzyk przedzierał się z kolejnych, niezdarnie oświetlonych przez księżyc krzaków. By tamten strach,…