Fantastyka · 20 min czytania
Ostatnie "Que sera sera"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piotr Michalik
Ostatnie "Que sera sera"
Strumienie deszczu niczym serie z karabinu maszynowego, wściekle atakowały chodnik. Zerowa widoczność skutecznie studziła zapędy większości kierowców traktujących jazdę za innym pojazdem jako osobistą zniewagę. W suchym „sanktuarium” zadaszonego przystanku autobusowego schroniło się siedmioro ludzi. Byli skazani na swoje towarzystwo i raczej nie mieli zamiaru korzystać ze „spacerniaka”. Siwy staruszek siedział zgarbiony na ławce i rytmicznie postukiwał laską w chodnik. Stojące obok dwie rozszczebiotane niewiasty, zmierzające nieuchronnie do pełnoletniości, zajmowały czas rozmową, której to debacie każdy ze zgromadzonych musiał się niestety przysłuchiwać, bo rozmawiały bardzo głośno. Nieco dalej kilkuletni chłopiec dokazywał niczym stado małp, bezskutecznie uspakajany przez rodziców. Stałem oparty o metalowy wspornik zadaszenia, ściskając w dłoni bukiet czerwonych róż. Co chwila nerwowo spoglądałem na zegarek. Byłem spóźniony przeszło godzinę - nie znosiłem się spóźniać. Zawsze wychodziłem o wiele wcześniej, by losowe wypadki nie pokrzyżowały mi planów. Niestety, gdy właśnie miałem wychodzić, zatelefonował Rysiek - koleżka z roboty. Przez kolejną godzine musiałem mu tłumaczyć, co ma zrobić, by zresetować bezpiecznie serwer i przywrócić kopię bezpieczeństwa. Potem ten cały deszcz, kork - , ech szkoda gadać... A teraz byłem skazany na te głupie dziewuchy, paplające jak opętane o niczym. - Niefart totalny! Musiał akurat wejść i zajebać nam towar - marudziła jedna z dziewczyn. - Jak zadzwoni do starych to będzie wtopa. - Kochana, ta menda nam może naputać - powiedziała tonem znawcy brunetka w czerwonym płaszczu. - Nawet pały nam nie walnie z zachowania. Przecież wiesz, że Dyro to cykor. - Ta, sam tę gandzię pewnie wyjara - zawtórowała puszysta blondynka o krótkich ulizanych na żel włosach i zaraz dodała: - Koniował jeden, jak ma głoda to niech sobie sam kupi! - A widziałaś, jakie oczy strzelił jak mu walnęłam, że jeśli się nie odpierdoli, to go pozwiemy za molestowanie seksualne? Skitrał się niejebutnie. - To mówiąc brunetka zachichotała. - Ja pierdrolę, taka trawa poszła się jebać... - Żałość, jaka emanowała z blondynki, przypominała rozczarowanie małego chłopca, któremu zamiast wymarzonej kolejki, rodzice kupili skarpetki. - Jutro po lekcjach wpadniemy do jamy chama i odzyskamy towar! Rozmawiały głośno, bez skrępowania. Małżeństwo miało własne problemy z niesfornym szatanem, a mi nie chciało się wtrącać do gnojstwa. Jedynie starszy pan przysłuchiwał się paplaninie dziewczyn, co pewien czas pomrukując i kiwając głową, jakby uczestniczył w ich rozmowie. - Co ten kutas dyrektor sobie myśli? - Nie dawała za wygraną blondynka - Że jest jakimś boskim idolem, czy co? Cała ta popieprzona szkoła, zatruwa nam tylko życie i zabiera czas! - W waszym przypadku muszę zgodzić. Faktycznie szkoła zabiera wam tylko czas - odezwał się niespodziewanie starszy pan. - Co tam dziadek jęczysz? - zapytała brunetka, wykrzywiając twarz w ironicznym uśmiechu. Zatrzepotała jednocześnie rzęsami jak motyl i puściła oko do koleżanki. - Mówię, że w waszej sytuacji, szkoła to wielka strata czasu - odparł, jakby nie zwracając uwagi na to, że dziewczyna go lekceważy. - Ma zgred rację - powiedziała blondynka. Siwy mężczyzna podniósł głowę i spojrzał ku ulicy, jakby chciał przewiercić wzrokiem ścianę deszczu. - Rzućcie szkołę i spędzajcie czas na zabawie, chwytajcie chwilę. - Popatrz go, jaki chojrak - zaśmiała się dziewczyna w czerwonym plaszczu - A może ci jeszcze usiąść na kolanach i wyliżesz mi.. - Hola, hola! - krzyknął mężczyzna stojący z kobietą i dzieckiem - Nieco szacunku może dla starszych? Dziewczyny odwróciły się w jego stronę i postawiły oczy jakby dostały nagłego wytrzeszczu. - Odwal się! Ten stary zgred sam nas zaczepił. Pewnie ma chcicę - zapiszczała grubsza, zamaszyście gestykulując rękami. - To nieładnie tak się odzywać do innych; niewychowane gówniary - zawtórowała mężowi kobieta - a pan - tu zwróciła się do staruszka- powinien się wstydzić i nie dawać głupich rad. - Znalazła się nauczycielka moralności... - zapiszczała blondynka. Cała sytuacja napełniała mnie niesmakiem. Nie znoszę chamstwa, lecz kto mieczem wojuje... - Idźcie stąd! Wynocha! - warknąłem do dziewczyn tonem niedopuszczającym odmowy. - Do kogo ta gadka, cieciu?! - zajęczała blondynka, lecz gdy ruszyłem stanowczym krokiem w ich stronę - mam dwa metry wzrostu i golę sobie głowę na zero, by zamaskować łysienie - obie z piskiem wybiegły na deszcz. - Nie umiecie się zachowywać, to będziecie mokły - rzuciłem gniewnie za nimi, by zrozumiały, że nie żartuję. Deszcz zachłannie połknął wkurzone dziewczyny, jak gdyby chciał ostudzić ich emocje i spłukać wraz z makijażem całą głupotę. To pierwsze udało mu się już po paru sekundach, drugie... mission impossible. - Niepotrzebnie je pan spłoszył, i to w taki deszcz - podsumował staruszek, spoglądając na biegnące szybko nastolatki. - Z pana to niezły numer - stwierdziłem patrząc na jego pomarszczone, pokryte wątrobowymi plamami dłonie - Zaczynam podejrzewać, że celowo je pan prowokował. - Stary, a głupi - orzekła krótko kobieta, wracając do daremnych prób skłonienia syna, by choć przez chwilę postał w jednym miejscu. Staruszek zachichotał. Ma coś chyba z głową, demencja... - pomyślałem patrząc ponownie na zegarek. Anka mnie zabije i to akurat w drugą rocznicę chodzenia. Moje rozmyślania przerwał histeryczny pisk: - Mamoooo chcę chipsy! - Maciuś, dam ci jak wrócimy do domu - szepnęła kobieta pochylając się nad synem. - Ale ja chcę teraz! Masz w siatce, daj mi teraz! - Synu.. - rozpoczął mężczyzna, lecz nie dane mu było dokończyć, tej wspaniałej zapewne przemowy. - Ja chce chipsy! Chipsy! - Synku uspokój się, w domu mama ci da. - Zamknij się! - krzyknął chłopczyk do ojca - chipsy chcę! - Zacisnął mocno pięści i potrząsnął nimi ze wściekłością. - Gośka daj mu te chrupki, bo znów zacznie ryczeć. Zaszeleściła reklamówka i już po chwili Maciuś z triumfem w oczach chrupał złociste paski posypane papryką. - Już dobrze skarbie? - zapytała kobieta, lecz malec nie odpowiedział, jak gdyby obrażony, że jego zachcianka musiała tyle oczekiwać na realizację - synku, no przestań, mama cię kocha. - W domu mu przejdzie, zostaw go - powiedział mężczyzna, wyraźnie zadowolony, ze syn na moment się uspokoił. - Przepraszam, że się wtrącę, ale uważam, że państwo krzywdzicie syna. - Był to głos staruszka. Ech, znów wtrąca się w nie swoje sprawy - pomyślałem i odwróciłem głowę, bo byłem ciekaw o co mu właściwie chodzi - O, pan fachowiec od podrywania nieletnich znów się obudził - stwierdziła kobieta. - Pobłażanie jego zachciankom nie jest dobre - kontynuował - a wręcz może zniszczyć mu życie. - Nie ma pan jakichś własnych spraw? - zapytał mężczyzna, akcentując dobitnie słowo „własnych”. Laska stuknęła o bruk, staruszek jęknął wspierając się na niej i kuśtykając podszedł do małżeństwa. - Proszę państwa, czasem trzeba dać dziecku klapsa. - Co też pan za głupoty opowiada, dzieci wychowane bez przemocy są inteligentniejsze i bardziej otwarte. - oświadczyła kobieta. - Inteligencja nie zastąpi mądrości. - Nie będzie mnie pan pouczał, jestem z wykształcenia pedagogiem i wiem, co robię. Starzec zaczął rechotać, lecz tym razem było w tym śmiechu coś złowieszczego. - Wychowamy go na porządnego człowieka - wtrącił mężczyzna. Starzec przestał się śmiać i wyprostował się, odrywając laskę od ziemi. Był tak samo wysoki jak ojciec chłopca, pomimo, iż wcześniej można było ulec wrażeniu, że ustępuje mu wzrostem o głowę. - W ten sposób na pewno nie! - rzucił z sykiem, a następnie jednym płynnym ruchem głowy skierował wzrok na matkę dziecka. Oboje zamarli w bezruchu, świdrując się spojrzeniami. Zdawało mi się, że kontury ich postaci przez moment zajarzyły się bladą poświatą. - Gośka, co robisz? - zapytał mężczyzna, bo zaniepokoił się, że jego żona wpatruje się z nabożnym skupieniem w nieznajomego. Gdy nie zareagowała, ponowił pytanie, lecz głośniej. - Gośka, co ci jest? - Potrząsnął energicznie jej ramieniem. Przez parę kolejnych sekund nie reagowała na wysiłki męża, a po chwili oderwała wzrok od staruszka i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Chłopiec i ojciec z wrażenia oniemieli. Gdy minął pierwszy szok, mąż wziął ją w ramiona. - Co ci jest? Uspokój się! - Jednak ona nie zamierzała przestać wrzeszczeć. Mężczyzna wypuścił ją z uścisku uderzył z otwartą dłonią w twarz. Podziałało. - Gośka, co z tobą? - zapytał. Żona w milczeniu popatrzyła oszołomionym wzrokiem na męża, staruszka, potem na mnie, a gdy w końcu jej wzrok spoczął na synu, wyszeptała drżącym głosem: - Maciek... Maciek? - Jednym sprężystym krokiem doskoczyła do niego, uklękła i wzięła w ramiona. - Maciuś, Maciuś, kocham cię! - Zaczęła płakać, lecz jednocześnie śmiała się serdecznie. Syn próbował się uwolnić, lecz ona wzmocniła uścisk i wypuściła go z ramion dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Gdy się rozdzielili, chipsy wysypały się na asfalt. Maciek znów zaczął wrzeszczeć. - Chipsy, moje chipsy, ja chcę chipsy! - W gniewie cisnął torebką w twarz klęczącej obok niego matki. Powoli miałem tego dosyć. Zacząłem się zastanawiać czy to, nie aby, przystanek dla umysłowo chorych. Ojciec Maćka chyba myślał podobnie, bo wsunął dłonie we włosy i nerwowo je mierzwił. - Maciek, uspokój się! - krzyknęła Matka. Maciuś nie był z tych dzieci, które reagują na polecenia. Sytuacja zdawała się być beznadziejna. - Maciuś, nie mamy drugiej paczki - tłumaczył ojciec, lecz równie dobrze mógłby przekonywać lwy do wegetarianizmu. Chłopiec wył, uderzając piąstkami w pleksiglasowe ściany przystanku. I wtedy stało się coś, nieoczekiwanego. Pani Gosia wstała z kolan, chwyciła syna za rękę, praktycznie go za nią podniosła, a następnie wymierzyła mu w tyłek trzy siarczyste klapsy. Krzyk ustał jak ręką odjął, w dosłownym słowa tego…