Fantasy · 16 min czytania
"Oszukać śmierć" Część II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Oszukać śmierć” Część II
Villtaren nie była zwykłą spokojną wioską. Leżała na szlaku dróg łączących dwa miasta, sprawiło to, że była często miejscem postoju wielu handlarzy i obieżyświatów. Liczyła ponad 100 mieszkańców, nie było głównego organu władzy, ani urzędów, wioska podlegała prawu miasta Bengalen. W karczmie „Pod gorejącym trupem” goście przesiadywali z nosem wbitym w kufel piwa. Sprzątaczki ścierały zaschłe błoto z podłogi, a barmanki krzątały się po sali z tacą pełną trunków. Życie w wiosce powoli budziło się z głębokiego letargu. Nikt nie zwracał bacznej uwagi na przybywających, przesiadywali tu różne osobistości. Począwszy od mężnych paladynów, kończąc na nędznych łotrzykach. Przy ladzie stała wysoka kobieta z brązowymi długimi włosami, która jako jedyna wyróżniała się spośród pozostałych gości. Jej nienaganna figura, pomimo iż przykryta skórzaną, ćwiekową zbroją, przyciągała oczy zapijaczonych klientów. Na plecach przymocowany był długi miecz półtoraręczny, drugi nieco krótszy przypięty do pasa. Gdy przechodziła przez salę w stronę karczmarza, jej włosy lekko zafalowały i naraz wszystkie męskie oczy spojrzały na jej idealnie ukształtowane biodra. Z każdym jej krokiem w powietrzu unosiła się lekka woń perfum, nie można było ukryć, że był to najmilszy zapach w tym miejscu. - Wiesz gdzie zatrzyma się ten kupiec? – Szepnęła niewiasta. - Pani Karen nie mogę pani pomóc, ten kupiec przyjeżdża dopiero jutro. Robiłem, co mogłem. – Odpowiedział dosadnie okazując, że nie ma czasu na dalszą konwersacje. - Jutro? Jutro to ma mnie tu już nie być. To jest ważna sprawa, muszę znaleźć jakiegoś porządnego kupca. Prosiłam żebyś to załatwił. - Przykro mi. - Przykro ci?! Tak?! – Ze spokojnego szeptu głos Karen przerodził się w gniewny krzyk. - Niech się pani uspokoi. – Karczmarz próbował załagodzić sytuacje. - Jak mam być spokojna, jeśli… - nie dokończyła zdania, jakby chciała coś ukryć. - … jeśli nie zrobiłeś tego o co prosiłam. Teraz tylko jakiś czarownik może mnie uratować, przebywa ktoś taki u ciebie? - Hmm. – Gospodarz drapał się po brodzie, próbując sobie przypomnieć. – Tak. Jest ktoś taki. Pokój 12. – Po tych słowach kobieta ruszyła po schodach na górę. - Ale proszę pani… - Próbował coś powiedzieć, ale znikła już w cieniu.
- Jeszcze się tobie nie przedstawiłem, nazywam się Rob Gut. Nie będę już od ciebie wymagał imienia, bo w końcu elfy to tajemnicze istoty. Szli nadal przez gęsty las. Uciążliwa mgła, która wcześniej uniemożliwiała odpowiedni widok, smagana biczem wiatru powoli traciła swe panowanie. - Rob mam nadzieję, że w dobrą stronę zmierzamy? – Zapytał dla pewności, ale wiedział, że to dobry kierunek. Czuł dziwną energię. - Ależ owszem! Ja zawsze wiem gdzie iść. - Tak? A kto się zgubił w borze i krył się w jaskini? – Słowa ociekały sarkazmem. - To była inna sytuacja. – Próbował się wykręcić. – Sam widziałeś, jaka była mgła. Nagle elf zatrzymał się, opadł lekko na kolana, trzymając się za skronie. Wyglądał na skoncentrowanego, ale nie zdołał ukryć lekkiego grymasu bólu na twarzy. - Coś się stało? – Zapytał zdezorientowany Rob.
W oberży rozbrzmiało ostre pukanie do pokoju nr. 12. Karen nie czekała długo, gdy nikt nie otwierał i nie pofatygował się, aby zamknąć drzwi na zamek, weszła. Zastała człowieka odzianego w dziwną szatę, z lupą na oczach, grzebiącego coś przy małym urządzeniu. Był tak skupiony, że nawet nie zauważył gościa. - Witam! – Krzyknęła. Czarownik obrócił się gwałtownie, strącając swój obiekt zainteresowań ze stolika. - Nie, nie, nie…! Cóż uczyniła?! Mówiłem temu półgłupkowi, że nie przyjmuje nikogo! - Ja nie jestem Nikt. Zaręczam, że nie pożałuje pan, że tu jestem. Mam coś, co na pewno jest gratką dla takiego naukowca jak pan. - Tak?! A cóż to miałoby być?! Właśnie przed chwilą popsułaś mi mój czasomierz, którego usiłowałem doprowadzić do użytku. Takie cudeńko kosztuje 1000 złotych koron. – Wyglądał na mocno oburzonego. Karen wyciągnęła metalowy pojemnik. Jakby tym chciała załagodzić całą sytuację. Otworzyła pokrywę i przez szklaną powłokę mag ujrzał czarny kamień wielkości pięści. Złapał się z bólu za głowę, a jakaś siła powaliła go na ziemię. Minęło klika chwil zanim się pozbierał. - Wiesz, co to jest?! – Krzyknął. - Wiem i chce to sprzedać. – Odparła spokojnie. - Nie wiem skąd to masz? I nawet nie chcę wiedzieć. Jedno jest pewne, że ktoś, kto to zabezpieczył musiał mieć potężną moc, aby zdołać przefiltrować magię. - To jest nieistotne. Powłoka i tak długo nie wytrzyma. Tylko ktoś, kto włada magią, może ją podtrzymywać. - Ile chcesz za to cudo? - 5000 złotych koron. - Tanio. I to bardzo. – Na jego twarz wystąpiło zdziwienie. Karen nie okazywała po sobie żadnych uczuć. - Wiem, zależy mi na czasie. - Wezmę na pewno. Przyjdź po zmierzchu, będę miał całą sumę. Zatrzasnęła wieko skrzynki i odeszła. Czarownik długo po całym zajściu nie mógł uspokoić swoich myśli. Uśmiechał się tylko kącikiem ust. Czuł podniecenie.
- Co się stało? – Rob próbował się dowiedzieć, co dolega magowi, ale on tylko zdjął dłonie z głowy i ruszył szybciej w stronę wioski. – Coś nie tak? - Nie, ale powinniśmy się pospieszyć. Tempo narzucone przez elfa sprawiło, że po niedługim czasie znaleźli się na miejscu. Na placu zgromadziło się dość duże zbiorowisko. Rob zaciekawiony, co widzą gapie podbiegł, przepychając się i stając na palcach próbował coś zobaczyć. Mag nie zareagował na to żadnym entuzjazmem, szedł dalej przed siebie. Rob po kilku sprzeczkach, zauważył obiekt zainteresowania ludzi. Okrutny widok dwóch mężczyzn znęcających się nad wilczycą, wzbudził w nim złość. - Co oni robią?! – Wykrzyknął. – Dlaczego ją biją? – Zapytał nerwowo stojącego w pobliżu wieśniaka. - Nie wiem, ale chyba stado wilków wyżera im bydło. - Ale to jest samotna samica! – Odparł oburzony. - Panie, daj pan spokój. Chłopi nadal okładali kijem wilczycę. Jeden cios trafił blisko oka, potęga uderzeń sprawiała, że skóra na jej ciele pękała. Z ran leciała gęsta krew, a zielono-brązowe oczy wydawały się zalane łzami. Chłopiec przytulony do piersi matki łkał, nie mogąc patrzeć na okrutny mord. Rob chciał coś zrobić, lecz nie mógł, nie teraz. Pomimo, iż trudno było mu się opanować, musiał znaleźć inne rozwiązanie. - Wstawaj, wstawaj kundlu! – Krzyczał mężczyzna. Zapijaczeni ludzie śmiali się z karykaturalnych ruchów wilczycy. Trzęsła się w konwulsjach z bólu. Nikt nie fatygował się pomóc, czasami było słychać tylko okrzyki „Daj już spokój Gustaw!”, „Zakatujesz ją na śmierć, odpuść!”. Jednak te ciche, nic nieznaczące manifesty nie robiły żadnego wrażenia na Gustawie i jego równie okrutnym koleżce. - Wstawaj głupie ścierwo! – Wrzeszczał i splunął na jej sierść. Wilczyca ostatkami sił wstała na uginające się łapy. Chwiała się i nie mogła zrobić kroku. - Teraz jesteś taka mądra? Uciekaj! Dalej! Nie dał jej szans. Potężny kop w pierś zwalił ją na ziemię. Konała. Wyglądała tak jakby ostatnim oddechem miała uwolnić swą duszę wilka. Nie dawała za wygraną. Była silna. - Zatrzymaj się! – Rob krzyczał zdyszany. - Co chcesz?! Teraz już możesz odejść, a jeśli chcesz zapłatę to masz. – Elf rzucił mu pod nogi 2 złote korony. - Nie! Nie chce pieniędzy! Pomóż mi, powstrzymaj dwóch oprychów, którzy chcą zakatować wilczyce na śmierć. - A co mnie to obchodzi! Mam inne ważniejsze sprawy, nie będę się wtrącał w ludzkie poczynania. - Nie bądź bezduszny. – Mag odwrócił się i spojrzał w jego oczy. Zauważył, że jedno z nich ma inny kolor. Słyszał o czymś takim. Zdarzają się mutacje takiego typu, ale są bardzo rzadkie. - Bezduszny? A co to znaczy? Gdy próbował odejść, Rob nie dawał za wygraną, ciągną go za szatę i nakłaniał do pomocy. - Nie męcz mnie człowieku. - Jesteś tylko zwykłym egoistą! Nie interesują cię losy innych! - Nie interesują mnie losy ludzi, którzy…