Psychologia · 11 min czytania
Oszustwo i głowa Jezusa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oszukiwałem sam siebie, pomyślał ze smutkiem, kiedy zatrzymywał samochód na parkingu małego moteliku pod miastem. Słońce zdążyło już spomarańczowieć, niebo było prawie bezchmurne, długie cienie ciągnęły się po surowym betonie i niewyraźnej wczesnowiosennej trawie. Inne auta, nieznane, obojętne, przemykały kolorowymi smugami i mijały rosnącą tuż przy zjeździe na parking leszczynę obwieszoną żółtobrązowymi bliżej nieokreślonymi tworami. Wiał rześki, a nawet nieco zimny wiatr i potrząsał wiotkimi gałązkami. Oszukiwałem sam siebie, przemknęła mu przez umysł myśl pełna goryczy, gdy wysiadał z samochodu i zdał sobie sprawę, że prawie biegnie. Zwolnił tempo, przecież nikt mnie nie goni, mam czas... Wyprostował się i sztywno przeszedł tych kilkanaście metrów dzielących go od drzwi. Biały budynek z dachem o barwie skrzepniętej krwi... pożółkły w leniwym blasku słońca chylącego się ku zachodowi. Rzecz nie w tym, że było ponuro, bo przecież był to pełen uroku wieczór. Problem w tym, że wszystko sprawiało wrażenie... gasnącego, jak gdyby świat cieszył się swymi ostatnimi chwilami. Oszukiwałem sam siebie! - powiedział sobie wreszcie, gdy wynajął pokój, zamknął się w nim na klucz i usiadł na łóżku. Oszukiwałem się przez całe życie. I zdał sobie sprawę, że teraz, jeszcze kilka-kilkanaście minut temu również się oszukiwał. Do tak niedawna był przekonany, że ta chwila będzie dla niego mistyczna, pełna uniesienia i spełnienia – radosnego czy gorzkiego, ale spełnienia. Ale to też było oszustwo, bo znów dopadła go... nawet nie bolesna, tylko po prostu (po prostu!) dokuczliwa codzienność, tyle że – co-ostatnidzień-ność. Dwa rzuty okiem. Krzesło, łóżko, szafa, stół. Podłoga, lampa, okno, drzwi. Przyziemność zawsze go przygniatała. Czasami jest przyjemna, w kolorze czerwonej gruszy i pastelowej zieleni, jak w tym pokoiku. Ale właśnie dlatego, że przyjemna – tak dokuczliwa. Przyziemność przyjemna odwraca uwagę od rzeczy naprawdę ważnych i marnuje czas, który można by na nie przeznaczyć. W końcu, co za różnica co zjem dzisiaj i czy w ogóle coś zjem. Los tego jedzenia jest i tak z góry ustalony, a zresztą, nie umrę jeśli przegłodzę się jeden dzień. ...pogarda dla materii? czy może coś innego?... Co za różnica co wypiję, ile będę spał, czy będzie mi wygodnie, czy będzie mi zimno, czy będzie mnie bolało. Co innego się liczy. Znowu oszustwo. Bo co się niby tak naprawdę liczy? Zawsze tak goniłem za Tym Czymś Ważnym, oszczędzałem na To czas... by w rzeczywistości i tak go zmarnować, bo przecież nigdy Tego nie odkryłem i nawet nie wiem, czy Ono istnieje. A jednak w każdym okresie życia oszukiwałem się, że już To odnalazłem. Krzyż – zdał sobie nagle sprawę – w tym pokoju nad łóżkiem wisi krzyż. Drewniany krzyż z metalowym ludzikiem... jakże przez wielu ukochanym... w trzech miejscach przykręconym śrubkami do ramion krucyfiksu. To był mój pierwszy błąd, a raczej moje pierwsze oszustwo... Pan Jezus nas kocha i chce naszego dobra. Poświęcił się dla nas wszystkich na krzyżu, żebyśmy mogli dostać się do nieba. Zrobił to dla mnie i dla ciebie, Marcinku, i dla ciebie, Kasiu, i dla ciebie, Stasiu, i dla ciebie też... Odkupił w ten sposób nasze grzechy. A każdy zły uczynek, jaki popełnimy, jest jak jeden kolec w koronie cierniowej na głowy Pana Jezusa. Kiedy jesteś niegrzeczny, mówisz brzydkie słowa albo bijesz kolegę, to tak jakbyś wbijał czy wbijała dodatkowy kolec w Jego ciało. Zawsze o tym pamiętaj... Pamiętajcie o jeszcze jednej ważnej rzeczy – powtarzał dalej w myślach, przewinąwszy mentalną taśmę wspomnień o parę katechez do przodu – Pamiętajcie: grzechy dzielą się na lekkie i ciężkie. Najpierw powiem o lekkich. Niedobrze jest kiedy, na przykład, powiecie jakieś brzydkie słowo, bo Pana Jezusa to bardzo boli... spróbujcie w domu wziąć szpilkę i wbić sobie w czoło. Sami zobaczycie, jak to miło. Takie są lekkie grzechy. Jeżeli macie na sumieniu same lekkie grzechy, możecie jeszcze pójść do Komunii. A teraz grzechy ciężkie. Kiedy człowiek zrobi coś bardzo złego, na przykład zabije bliźniego albo nie będzie chciało mu się odejść od telewizora i nie pójdzie spotkać się z Panem Jezusem w kościele, wtedy jego sumienie jest baaardzo brudne, brzydkie i ciężkie – bo jest na nim grzech ciężki. W takiej sytuacji trzeba się szybciutko wyspowiadać, bo gdybyście wtedy umarli, od razu pójdziecie do piekła. Pamiętacie, co to jest piekło? Pamiętacie, jak czytałam wam tę przypowieść, w której ludzie wrzucali chwasty do ogniska?? Stara nietoperzyca, niemal już przeterminowana siostra zakonna, mówiła i mówiła, a strach rósł i rósł A później, wyspowiadany i z Komunią Przenajświęszą w żołądku, z sumieniem och-tak-bardzo-czystym-ślicznym-i-pachnącym-świeżością, wychodziłem z kościoła i ze wzrokiem utkwionym w sznur samochodów myślałem: „A gdybym tak – przypadkiem, bo nie wolno mi przecież popełnić samobójstwa – wpadł pod samochód i zginął na miejscu? Poszedłbym do nieba i byłbym szczęśliwy. A jeśli przeżyję... to może kiedyś umrę bez spowiedzi i pójdę do piekła?” Dzieci wszystko biorą prosto i dosłownie, bez „światło-cienia”. Tak czy inaczej, religia, która wywołuje w dziesięciolatku tego typu myśli... najwyraźniej mu nie służy. Dziwne, że dostrzegłem to tak późno.