historia · 16 min czytania
Ot bo Bóg tak chce.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Taaak... bez wątpienia niepokojąco podobny do osła na którym jedzie- rzekła z wyraźną satysfakcją postać w czarnym habicie. -O tak, tak -wtórowała mu skwapliwie podobna w dziedzinie przyodziewku. -Będzie się prezentował jak nasz Pan- triumfalnie wjeżdżający do świętego Jeruzalem- drwiąco dorzucił - nie trzeba dodawać niespecjalnie wyróżniający- trzeci. Wesołą pogawędkę trójki jowialnych benedyktynów, wyjątkowo nieumiarkowanych we wszystkim chyba, co nie podobałoby się czcigodnemu twórcy ich sławnej reguły, przerwał jednostajny, wyjątkowo dziś plebejski dla wrażliwego ucha, uczonych, istotnie to uczących się nadal braci, okrzyk tłumu. -Piotr! Nadchodzi Czcigodny Piotr z Amiens! Owo Amiens- należy przyznać- zabrzmiało tak szpetnie kwadratowo, że niejeden szanujący się Pikardyczjyk poczułby się do głębi urażony. Stojący jednak na czele setek obdartusów, z towarzyszącym mu wszędzie osławionym osiołkiem- o dziwo nie mniej przez niektórych czczonym od swego pana- nie poczuł się szczególnie dotknięty. Nie był także specjalnie zaskoczony wspaniałym przyjęciem jakie mu zgotowano. Bogata, starożytna Kolonia- istny klejnot w koronie Cesarstwa- witała go co prawda okazale, ale do tego przyzwyczaić się już zdołał, zwłaszcza na urodzajnych ziemiach francuskich. Tylko bogaci, kolorowo przyodziani kupcy jakoś zdawało się niespecjalnie podzielali ogólną wesołość, niechętnie spoglądając na nieprzebraną armię głodomorów, wlewających się od kilku minut przez główną bramę miasta. Szczególnie już zdążyli zaś znienawidzieć tych, którzy podejrzanie mocno interesowali się ich równie barwnymi straganami. Wśród wiwatującego tłumu na próżno było także szukać garstki owych Iudaices, od wieków zajmujący się tym czym prawdziwy chrześcijanin-zdaniem paasterzy-zajmować się nie powinien. Osieroceni synowie Abrahama od miesięcy przeczuwali nadejście szczególnie trudnych dla nich czasów. Szabat w roku (co prawda nie ich Pana) 1096 okazał się dniem wyjątkowo przygnębiającym.Chyba w oktawę przed Dominicą rabbi Kolonymos otrzymał z rąk wędrownego kupca żydowskiego przerażający, jak się okazało, list polecony z bratniej gminy z odległego Rouen. Dziś czytał go nie wiedzieć czemu-znając go od dawna na pamięć-raz jeszcze. Frankowie na czele niepozornego człowieka, o fizjonomii wspomnianego osiołka, eremity w brudnej opończy chodzącego we wsparciu długiej sękatej laski postanowili- jak świadczył niezbyt wprawnie zapisany pergamin- przed tym jak wyzwolą Grób swojego Pana- pragną, z całą gorliwością, zemścić się na jego oprawcach. Bracia w wierze zalecali możliwie rychło okupić się cuchnącej zgrai chrześcijan. To ostatnie zdanie dawało starcowi jakąkolwiek nadzieje. Zbyt długo jednak żył na tym świecie rabbi by zdołało to uspokoić jego zlęknioną -o swe ukochane stado- duszę. Mała, nieco duszna izdebka, będąca jedynym dotąd świadkiem trwogi starego Żyda nagle wypełniła się donośnym, nieco piskliwym -Dziadku!? Och to ty Esterko -odparł łagodnie- jeszcze przed tym nim się odwrócił -mężczyzna. Dziadku, co tam masz? -mówiła zaciekawiona ośmioletnia może dziewczynka, spoglądając na pośpiesznie zmięty w pomarszczonych dłoniach pergamin. To... to jest list drogie dziecko...nie to nic takiego kochanie- Poprawił się za chwilę, niezbyt udanie starając się przy tym panować nad głosem . Dziadku... a powiedz co to znaczy, że zabiliśmy Boga?- ciągnęła pomyślałby ktoś, że ze złośliwym rozmysłem, uparta istota. Dziecko... przecież każdy wie że Boga zabić nie sposób- odpowiedział pospiesznie- sam jedna spostrzegł z jak małym uczynił to przekonaniem- starzec. Chwilę potem schowawszy dokument do przepastnego, okutego żelazem kufra, zwrócił swe stare, przygasłe oczy na dobierającą się do sporządzonego przed chwilą- jeszcze gorącego- inkaustu. Wracaj do zabawy- powiedział łagodnie aczkolwiek stanowczo i lekko podniesionym głosem Kolonymos. Po czym Strapiony zwalił się na masywnej ławie przystawionej do równie potężnego stołu. Pogrążony w rozmyślaniach nie słyszał już -I tak nikt już nie chce się ze mną bawić -wybiegającej dziewczynki.
Zbliżała się chyba nona, gdy umęczony podróżą Piotr wstąpił na pośpiesznie przygotowaną drewnianą konstrukcję. Pstrokate, ciekawe zbiegowisko szczelnie wypełniające plac przy św Marcinie, który zdaje się nie widział takiego ścisku od czasu równie ciekawego jak okazało ćwiartowania buntowniczych chłopów na przednówku zeszłego roku, nagle na skinienie mówcy zamarło. Niewolniczo wpatrzone w stojącą, niezrozumiale majestatyczną, sylwetkę człowieczka czekało w niespotykanej dotąd w tym miejscu ciszy. Ludu Boży! -rozległ się silny, odrobinę matowy głos. Nadszedł dzień gniewu. Gniewu, który jest dziś jedynym pragnieniem miłosiernego Pana- krzyczał niemalże w narastającej ekscytacji nie zwracając- jak zresztą wspaniała większość słuchaczy -uwagi na dość niefortunny dobór słów. Nie minęło dziesięć niedziel-ciągnął dalej zapamiętale- odkąd w dalekiej chrześcijańskiej Owernii nasz ukochany pasterz, namiestnik Chrystusa na jego ziemskim tronie, czcigodny Urbanus Secundus papa catholicus et episcopus Romanus ogłosił wolę swojego zwierzchnika- zdawało się zaczynał wreszcie panować nad głosem Piotr. Ja zaś skromny, uniżony sługa obu przybywam jak nasz Pan -ubogi -do swego ludu. Do ludu nieustraszonego i pobożnego; do ludu legendarnych Teutonów, aby zbudzić go wreszcie, aby oświetlić drogę nakazaną przez Pana. Pana, który nie znajdzie spokoju dopóty, dopóki żmijowe plemię, pomiot brudnego psa Muhammada, nie skończy plugawić miejsca jego śmierci i wiecznej chwały. - Wypowiadane dostojnie, niedostojne słowa odbijały się potężnym echem, powtarzane przez heroldów stojących na podwyższeniach, oddalonych w równym stopniu od głównego podium. Dziś-grzmiał, wydawało się nagle tłumowi ,najpotężniejszy z potomków Adama, eremita- podnieście krzyż, aby podążyć słodką ścieżką Pana. Nie lękajcie się o wasz los! Słodki Pasterz nie pozwoli skrzywdzić swych owieczek!-W tym czasie dało się słyszeć niewybredny, popularny chyba w tych stronach żart traktujący o słodkich, a jakże, uciechach ziemskich pasterzy, ale w niezwykłej, w swej powadze, sytuacji, znalazł on zrozumiale mniej admiratorów tłustych powiedzonek niźli czynił to zazwyczaj. Nie zważając na podejrzany szmer, Piotr skinął na pachołków, którzy pośpiesznie wnieśli na przestronny podest ogromne bele czerwonego sukna. Natychmiast zaczęto wykrawać dość niepowtarzalne krzyże, z których część zdaje się przez pośpiech nawet wcale takowych nie przypominała. Nie zważając na to tłuszcza porwała to co już zdołano wykroić. Serce niepozornego z powrotem Piotra rosło jak nigdy dotąd, słodko pozbywające się niedawnego jeszcze niepokoju o powodzenie swojej misji nad Renem. Tymczasem stojący w oknie stary Kolonymos od dłuższego już czasu przypatrywał się niecodziennej sytuacji, po trosze zafascynowany całym zajściem, a jednocześnie czujący nieopisane obrzydzenie dla rodzących się w jego głowie czarnych myśli. Czuł się coraz bardziej obcy w mieście, które było przecież domem jego braci od pokoleń. Po chwili nie wiedzieć czemu począł się zastanawiać nad wyglądem owej wspaniałej Jerozolimy, nad jego prawdziwym przecież domem, którego wszak nigdy nie dane było mu zobaczyć. -Czymże mogła być jednak owa Jerozolima bez prawdziwego domu- bez świątyni, o której niegdyś czytał u zdrajcy- Józefa z rzymskich Flawiuszów-westchnął cichutko wracając myślami na rozpościerający się przed nim plac. Ten zaś zdążył się już niemal w całości zarumienić od rozdawanego płótna, przytwierdzanego jak obserwował z pewnym zaciekawieniem w różne karkołomne wręcz sposoby do łachmanów biedoty. Wśród niej wyróżniało się kilkudziesięciu konnych, na tle kolońskich nizin-zdawało się wręcz arystokratów. Takimi co prawda nie byli owi jeźdźcy- zdaje się drobni szlachcice…