Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 30 min czytania

Oto Julia cz. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Te poranki mnie dobiją. Kiedyś się po prostu nie obudzę – myślę sobie, leniwie podnosząc się z ciepłego łóżka. Spoglądam w okno. Od kilku dni pada. Wszędzie mokro, kwiatki na balkonie zgniły, chomik zdechł. Chyba się utopił. I jak tu kochać Polską pogodę. Marzę teraz o ciepłej kawie, może ona mnie postawi na nogi. Codziennie po przebudzeniu pije kawę. Mogę nie jeść śniadania, ale kawa musi być zawsze. Myślę wtedy o wielu rzeczach. O pracy, choć staram się jak najmniej – przynajmniej w domu, o znajomych, o facetach, o facetach znajomych, o duperelach też mi się zdarza. Gdy jest ciepło, siadam na balkonie i obserwuję ludzi. Niektórzy nawet śmiesznie wyglądają, jakby byli karykatura czegoś bliżej nie określonego. Może karykatura samych siebie? Szczególnie lubię ta panią z bloku naprzeciwko. Ma małego pieska, chyba chihuahua, nie znam się, ale takie to sczurowate, więc mam prawo twierdzić, ze to właśnie to coś. I nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie fakt, że ów pieseczek ma chyba (na pewno!) więcej ciuchów niż ja. Pewnie nawet ich moja szafa by nie pomieściła, mimo tego, ze jest sporych rozmiarów. Mało istotne już jest, że ze względu na jej wielkość, w połowie jest pusta. Nie, żebym nie miała się w co ubrać, tylko szafa jest zbyt duża na moje niewygórowane potrzeby. I już się poplątałam. Zacznę może od początku.

Nazywam się Julia. Julia Dworak. Mam dwadzieścia osiem lat (nie jestem z tego dumna). Mieszkam sama (z tego tez nie) na najpiękniejszych osiemdziesięciu metrach kwadratowych na świecie (z tego akurat jestem dumna i to bardzo). Pracuję w dużej agencji reklamowej w Warszawie, ale nie chodzę do Tesco po oranżadę i ciastka, robię bardziej wyszukane reklamy. Może to zabrzmi strasznie schematycznie i stereotypowo, ale lubię moja pracę. Zdarzają się oczywiście momenty, kiedy jej nienawidzę, ale to sporadyczne przypadki. Nawet gdybym jej nie lubiła, to po zobaczeniu kwoty ostatniej premii, byłabym skłonna z miejsca ją pokochać. Powiem tak : Nigdy wcześniej nie miałam takiej radochy z zakupów. Oczywiście czym byłyby zakupy, gdybym chodziła na nie sama? W zakupowym szaleństwie, moja wierną kompanką jest Lena. Tak naprawdę ma na imię Eleonora, ale stwierdziła, że rodzice celowo skrzywdzili ją , nadając takie, a nie inne imię, kazała więc mówić na siebie Lena. Zresztą imię te idealnie pasuję do jej dziecinnej, jasnej twarzyczki i gęstych, pięknych, blond włosów. Jest rok młodsza ode mnie i zdecydowanie o sto procent bardziej zwariowana. To ona jest zawsze w centrum uwagi i przykuwa wzrok wszystkich mężczyzn znajdujących się w odległości do 100 metrów. Teraz się temu zjawisku nie dziwię. Ona elektryzuje swoja urodą, ma po prostu to tajemnicze „coś”. Kiedy się poznałyśmy, trochę mnie to drażniło. Weszła w moje Zycie jak huragan i od razu stanęła na piedestale. Strasznie mnie to irytowało. W końcu dotarło do mnie, że w ogóle nie mam się o co złościć. Jej usposobienie pozwalało na wykonywanie takiej, a nie innej roli, ja miałam pełnić zupełnie odmienną. Lenka była od rozśmieszania, zabawiania, robienia maślanych oczu, flirtowania, ja z kolei od poważnych rozmów, dyskusji, od słuchania i rozumienia. Przestałam już z nią rywalizować. Stałyśmy się swoim dopełnieniem. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze Milena. Najprościej można ją opisać słowami : Anioł, nie kobieta. Taka właśnie jest Mila. Gdy mieszkałyśmy razem w czasie studiów, opiekowała się nami z matczyną troską. Co prawda, wtedy tez lubiła się zabawić, ale zawsze znała swoje granice i możliwości i nigdy ich nie przekraczała, czego nie można było powiedzieć o nas. Nie wiedziałyśmy kiedy krzyknąć : Basta ! Mam dość, idę spać. Nie raz i nie dwa, przywlekała nas do domu i słaniając się resztkami sił, wkładała nas do łóżek i otulała, życząc dobrych snów i zostawiając butek wody mineralnej na przebudzenie. Mila ma jeszcze trzech młodszych braci i może dlatego jest taka troskliwa i kochana. Obie są dla mnie bardzo ważne. Przełykam ostatnie krople kawy, słysząc przy tym odgłos tej czynność i cieszę, że mieszkam sama i nikt nie musi tego słuchać. Koniec tych rozmyślań. Trzeba się szykować do pracy. To dziwne, że mimo tego iż doskonale wiemy, co się znajduje w naszej szafie, codziennie, nieprzerwanie, stajemy przed odwiecznym dylematem, co na siebie włożyć. Ostatnio przeczytałam w Internecie, o tym ile czasu traci kobieta w ciągu swojego życia, na zastanawianie się w co się ubrać. Odpowiedź jakże zaskakująca : okrąglutki rok. Nie mam zamiaru tracić tyle czasu. Narzucam więc na siebie kilka przypadkowo złapanych rzeczy.

W mojej firmie około 70 procent personelu stanowią kobiety. I to bardzo wyrachowane kobiety, które za żadną cenę nie przegapia okazji, żeby wbić swojej „rywalce” ( w tym miejscu powinno znajdować się słowo „współpracownica” lub „koleżanka z pracy” ale dla nich wszystkie trzy maja i tak takie samo znaczenie) „nóż w plecy”, oczywiście na oczach innych „koleżanek” lub, co gorsza, kolegów z pracy. Czasami odnoszę nieodparte wrażenie, że one po prostu mają to we krwi. Prawie wszystkie są singielkami, co dumnie powtarzają. Broń Cię Panie Boże, jeśli powiesz o nich „samotne”, za taka „zniewagę” są skłonne oczy wydrapać. Chcą uchodzić za kobiety wolne, wyzwolone i niektórym z nich rzeczywiście się udaje, ale spójrzmy prawdzie w oczy : Tak naprawdę są gotowe zrobić wszystko, żeby: a) przynajmniej pokazać się z jakimś facetem, aby wywołać zazdrość innych kobiet b) przedstawić „koleżankom” nowego partnera, aby wywołać w nich zazdrość c) zatrzymać przy sobie tego wymarzonego, żeby już wszyscy jej zazdrościli d) móc opowiadać pikantne szczegóły z życia erotycznego, nawet gdy same je mocno koloryzują Pewnie znajdzie się jeszcze parę argumentów, ale nie ma co ukrywać, ze ta rzeczywistość jest raczej smutna. Niektóre nie obawiają się nawet przedstawić geja, jako swojego nowego partnera. Nie obawiają się, bo nie wierzą, ze ktoś mógłby je zdemaskować. Żeby nie być gołosłowną, podam taki oto przykład. Jolka, pracująca w dziale Badań i Analiz, z wielką żarliwością opowiadała, jaka to z niej singielka. A prawda jest taka, że chodzi do terapeuty, ponieważ nie może sobie poradzić z problemem „utrzymywania bliskich kontaktów z ludźmi i brakiem ciepła, którego nie zaznała nawet w dzieciństwie”. Takie poufne informacje posiadam z bardzo rzetelnego źródła. Siostra przyjaciółki żony mojego brata (!) jest sekretarką doktora X – znakomitego terapeuty. Nikt się nie ukryje, w tym pozbawionym prywatności, świecie. Wracając do tematu. Lepiej z singielkami nie zadzierać. Na moje nieszczęście czasami zapominam działać w myśl tej drogocennej zasady. Tak było już na pierwszej imprezie firmowej. Pracowałam tam dopiero rok, ale już wiedziałam, co w trawie piszczy. Patrycja, czołowa pseudo singielka, przyprowadziła ze sobą niby nowego hmmm…. partnera. Oczywiście nie omieszkała wszystkim go przedstawić, zgodnie z punktem a), b), a z pewnością, gdyby to potoczyło się dalej, nie obeszło by się bez punktu c). W sumie facet jak facet, ale dobrze ubrany, jakiś taki aż przesadnie zadbany, ciała całkiem, całkiem, buzia tez ładna… Buzia ! Twarz! Jego twarz! Przecież ja go znam! Rozpaczliwie przeszukuje zakamarki (w tym momencie oczywiście złośliwej) pamięci. Mała, żółta żaróweczka, w końcu pojawiła się nad moja pracującą główką. Przyszła kolej na mnie. „Julko, poznaj Marka. Marek to mój dobry…hmmm…przyjaciel. Marku, to jest Julka. Robi u nas projekty graficzne”. Z jaką pewnością siebie i kąśliwością mówiła te słowa. Ja robię projekty, phi, dłużej pracuje w tej firmie niż ona i mam wszędzie więcej do powiedzenia. Nie żebym się wywyższała, ale ona potraktowała mnie jak jakąś pierwszą lepszą praktykantkę. Miarka się przebrała czy szal, zresztą mało istotne. Pozbyłam się skrupułów. Spojrzałam na chłopaka, chyba mnie poznał, bo troszeczkę pobladł. „A Marek. Marek Łukowski. Chyba się nie mylę?” Chłopak się zmieszała jednak potwierdził. „W takim razie to my się znamy. Nie pamiętasz? Och, co to było za wydarzenie. Dwudzieste trzecie urodziny mojej przyjaciółki Leny. Pamiętasz Lenkę? To dobrze. Nigdy nie zapomnę miny gości, gdy Piotrek – kuzyn Lenki (wtrącam, żeby Ona była cały czas w temacie) – wparował na przyjęcie ze swoim chłopakiem i zapowiedział, że nikt i nic ich nie rozdzieli, bo łączy ich prawdziwa miłość, której oni nie zrozumieją i tak dalej i tak dalej. Ckliwa historia. A co tam u Piotrka, dalej jesteście razem? Taka wielka miłość przecież musiała przetrwać .” W głębi duszy płakałam ze śmiechu, na zewnątrz nic nie mogło zachwiać kamiennego wyrazu twarzy. Patrycja zaczęła się krztusić, nic nie powiedziała, tylko uciekła. Na pewno chciała się schować pod ziemię. Nawet towarzyszki jej codziennych bitew, chichotały pod nosem. Od tamtej pory jestem ich wrogiem publicznym no. 1. Jeśli tylko mają okazje mi dogryźć, upokorzyć lub znieważyć (niepotrzebne skreślić), zawsze je wykorzystają. Dzisiejszego dnia sama im ją podałam. I to na złotej tacy. Gdy wchodziłam do hollu głównego, już czułam ich wzrok przeszywający całą moją osobę. Nigdy nie byłam zagorzałą gospodynią domową, dlatego należy mi wybaczyć to, co za chwilę stanie się wiadome wszystkim za sprawa dociekliwie spostrzegawczych „koleżanek”. Kątem oka zauważyłam pierwszą. Biegła w moja stronę na tych swoich chudych nóżkach, chwiejąc się niemiłosiernie. -Cześć Julka! – zawołała z przerażająco szerokim uśmiechem – Jak się masz, kochana – ciągnęła. Słowo „kochana” uruchomiło moją wewnętrzną lampkę ostrzegawczą, to taka żarówka, jak na kreskówkach, tyle, że pojawia się w trochę innych okolicznościach. Czułam, że coś jest nie tak, ale nie miałam zielonego pojęcia co dokładnie. Zresztą, określenie „zielone” jest bardzo na miejscu. Okazało się, oczywiście ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, że moja, z pozoru biała, koszula, wcale taka biała nie jest. Na plecach i szczupłym tyłeczku miałam ogromną, zieloną, i to zgniłozieloną, plamę. W sumie nie była ogromna, ale przeogromna. Siadając na świeżo pomalowanej ławce w parku, niedaleko pracy, z całą pewnością zapomniałam, że umiejętności czytania, pani od polskiego nie uczyła mnie bez powodu. Ławka miała piękny kolor brudnej zieleni. I idealnie wkomponowała się w mój ówczesny strój. Singielki, jak na rozkaz, równiutko, jak w wojsku, zaczęły rechotać. W tym swoim rechocie przypominały wredne ropuchy. Ja, oczywiście zamiast przytłumić ich ten podły rechot jakąś ciętą ripostą, uciekłam jak tchórz. W drodze powrotnej, gdy już przebrałam się w czyste łachmanki, obmyśliłam sprytny plan. Niekoniecznie plan zemsty, jak pewnie wielu pomyślało, lecz raczej plan ratowania swojego wizerunku. Byłam zdesperowana i musiałam szybko się z tego wylizać. Doskonale wiedziałam, że kilka z tych „łowczyń głów” podkochuje się w moim bardzo dobrym koledze. Pospiesznie do niego zadzwoniłam, błagając o pomoc. Jacek po prostu nie mógł mi odmówić, tym bardziej, że to ja go poznałam z jego obecna dziewczyną. Był mi winny przysługę. Umówiliśmy się na hollu głównym w porze lunchu. Tych wampirzyc tez nie mogło zabraknąć. Zawsze, kiedy mają wychodzić na przerwę, sterczą w tym hollu jeszcze z kwadrans, czekając jedna na drugą. Wchodzę, patrzę, stoją złośliwe żmije. Mój wzrok skupia się na drzwiach od windy. Otwierają się. Uff… Jacek wychodzi. Podchodzi do mnie z tak uroczym uśmiechem, ze gdybym nie wiedziała, jakie są jego zamiary, zatonęła bym w tym uśmiechu. Singielki coraz mocniej wytrzeszczają oczęta a mnie coraz mocniej bije serce. Jacek uśmiecha się jeszcze szerzej. Już stoi obok mnie i mówi: - Julka, widzę, że zmieniłaś strój. – wredne żmije zaczęły chichotać – A nie potrzebnie. W tym zielonym wdzianku wyglądałaś przesłodko. Mogłaś zapoczątkować nowy trend hehe. A tak na serio. Zaintrygowałaś mnie tym, pójdziesz ze mną na kolację? – przynajmniej trzem z singielek, normalnie opadła szczęka. Pozostałe wytrzeszczyły tylko ślepia. Wyglądały teraz jak karykatury postaci z kreskówek. Zamurowało je, a ja odniosłam niewątpliwe zwycięstwo. Dalej poszłam już z podniesioną głową.

To jednak było jedynie bitwa, a wojna jeszcze się nie skończyła. Byłabym niesamowicie naiwna, gdybym tak myślała. Na szczęście przez resztę dnia miałam już spokój. Niekiedy tylko czułam ich zabójczy wzrok. Wieczorem byłam umówiona z Lenką i Melką, miałyśmy wybrać się do klubu. Pewnie byłoby cudownie, gdyby nie ogrom pracy, jaki na mnie (pewnie przypadkowo) spadł. Z biura wyszłam dopiero po dziewiątej. Strasznie długi dzień, jak na kogoś, kto wypił tylko jedna kawę. Szybciutko skoczyłam do domu, przebrałam się w coś bardziej odpowiedniego i pomknęłam w te pędy do klubu „ Nemezis”. Nie wiem dlaczego, ale przypadło mi do gustu to miejsce, niby nie różni się od innych niczym szczególnym, ale ma w sobie to coś – może tego przystojnego barmana, który spogląda w moją stronę? O, i oczko do mnie puszcza. Czy ja śnię? Nie, po prostu Lenka za mną stoi i macha do niego swoją szczupłą rączką. Trzeba jej to przyznać, że wyglądała nieziemsko, co oznacza naprawdę rewelacyjnie, skoro moja skala kończy się na „świetnie”. Chyba zmęczenie zaczęło o sobie przypominać, bo strasznie zgryźliwa się zrobiłam. Nawet się zrymowało. Usiadłyśmy przy „naszym” stoliku. Po chwili dołączyła do nas Mila. Zwykle staram się nie użalać nad sobą, lecz tego wieczoru chciałam ulać z siebie trochę goryczy. Zaczęłam więc rzewnie narzekać na te moje czarownice z pracy, obsypując je odpowiednimi epitetami. Moje sumienie miało potem do mnie parę zastrzeżeń. Mówiło: Wcale nie jesteś od nich lepsza, też plujesz jadem, ty żmijo… Wstydź się! Oczywiście na drugi dzień miałam nie tylko kaca właściwego, ale i moralnego też. No, ale wróćmy do wieczoru. Nigdy nie przepadałam za żubrówką, lecz wtedy smakowała mi niesamowicie. Szczególnie z sokiem jabłkowym. Potem była jeszcze wódka ze spritem i wściekłe psy. Jeszcze nigdy nie wlałam w siebie tyle alkoholu. Tańczyłam jak oszalała, moja pewność siebie wzniosła się na wyżyny, przeradzając się momentami w dzikość i niepohamowaną żądze bycia w centrum zainteresowania. Nigdy tak się nie czułam. Zawsze zaszywałam się w mało widocznym kacie, najlepiej cichym, i pogrążałam się w rozmowach z nieco wciętymi, ale bardzo ciekawymi ludźmi. W tym momencie chciałam szokować, flirtować i podrywać. Może to nadmiar alkoholu we krwi, a może mój ukryty i skrzętnie stłumiony temperament, przypominał o swoim istnieniu. Gdy zmęczona po wyczerpującym tańcu z seksownym przystojniakiem, opadłam bez sił na „naszą” kanapę, moje przyjaciółki popatrzyły na mnie jak na wariatkę, która uciekła z psychiatryka. Zaczęła Mila, jak zawsze chcąc nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%