Przyjaźń · 30 min czytania
Oto Julia cz.III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poczułam jak uchodzi ze mnie powietrze. Nie byłam w stanie ani pracować, ani nawet udawać, że pracuje. Poszłam do szefa, powiedziałam, że nienajlepiej się czuję i cichaczem uciekłam do domu. Miałam ochotę otworzyć butelkę wina, wziąć gorącą kąpiel z olbrzymią ilością piany i oglądać powtórki Roswell. Dwa pierwsze punkty udało mi się zrealizować. Co do ostatniego – miałam pewne trudności. Mianowicie, po wypiciu paru lampek wina, przeszła mi ochota na wszelkie smutasy. Wolałam coś weselszego, z miłosnym wątkiem. I co zrobiłam? Po raz sto dwudziesty czwarty oglądnęłam jak Richard Gere goni Julie Roberts, która kolejny raz zwiała sprzed ołtarza. Znowu (po raz sto dwudziesty czwarty) śmiałam się i płakałam, na przemian oczywiście. Po prostu uwielbiam ten film, nic na to nie poradzę. To silniejsze ode mnie. Zawsze, kiedy mam zły humor, włączam właśnie to. Czynność ta stała się pewnego rodzaju moim znakiem rozpoznawczym. Po mniej więcej pięciu lampkach, postanowiłam zadzwonić do mamy i poinformować ją o tej niezwykłej niespodziance. Odebrała dopiero po latach świetlnych. Z zainteresowaniem słuchała moich wywodów na temat ojca. Wyszukiwałam coraz to nowe powody, dla których do mnie zadzwonił. Przyszło mi do głowy, że: a) zadłużył się u mafii i chce pożyczyć kasę na spłatę długu, w innym wypadku go zabiją b) nagle potrzebna mu była transfuzja krwi, a wiadomo, że tylko ja mam taką sama grupę jak on c) dopadł go rak płuc i chce, żebym dała mu swoje d) wyjechał z młodą kochanką na Majorkę, ona go oskubała, a on nie ma jak wrócić i potrzebuje mojej pomocy e) były jego urodziny, nie dostał kartki i chciał się upomnieć Na pewno znalazłoby się jeszcze kilka takich „powodów”. W każdym bądź razie nie dzwonił do mnie bez przyczyny. - A nie pomyślałaś, że po prostu chciał z Tobą pogadać – zapytała MOJA matka, ta sama, która przed laty nie chciała wypowiadać JEGO imienia. - Mamo, nie przesadzasz? Jakby tak nagle chciało mu się z kimś pogadać, mógł zadzwonić do audiotele. Miał ponad piętnaście lat żeby wykręcić mój numer, a o ile mi wiadomo, dziewięciu cyfr tak długo się nie wybija! – wściekłość ulatniała się uszami. Moja własna, rodzona matka, broni go. I to kogo? Najgorszego łajdaka! Nie rozumiem jej. - Dziesięć – powiedziała spokojnie. - Co, dziesięć – odburknęłam. - Wykręca się dziesięć cyfr, jeszcze przecież zero, córuś – nie ma jak anielski spokój mojej mamy. Rozmowa z nią zadziałała na mnie w sposób oczyszczający. Prawie jakbym uprawiała jogę. To zaskakujące, jak wiele różnych rzeczy może się zdarzyć w ciągu, zaledwie kilku dni. Niebywałe. Ups, znowu zaczynam mówić jak moja Lidka. Moja? A to dobre. Chyba wino zaczyna działać, bo dopada mnie również czkawka. To znak, że wina mi już starczy…
Nazajutrz obudziłam się z nową, świeżą energią. Moją głowę wypełniała totalna pustka, przez co miałam więcej pomysłów, które, z prędkością światła, przemykały przez neurony. Byłam tak zmotywowana do pracy, że nic nie mogło mnie z tego postanowienie wybić. Nawet Lidka, co już samo w sobie świadczy o nadzwyczajnej determinacji. Ostatnie dwa dni urywałam się szybciej, a to nie wpłynie pozytywnie na moje wyniki. Tak, dzisiaj posiedzę dłużej i nadrobię zaległości. Dobry plan. Lubię planować. Od najmłodszych lat wykazywałam zdolności, jakby to powiedzieć, gospodarowania czasem. Nigdy nie rozstaje się z kalendarzem, jest dla mnie czymś w rodzaju powiernika, czy nawet przyjaciela. Wie u każdej wizycie u kosmetyczki, ginekologa, dentysty czy manikiurzystki. Wie o urodzinach, nie tylko moich, ale i mojej rodziny, przyjaciół, znajomych z pracy. Pewnie wydaje się Wam, że jestem okropną jędzą, która napawa się jedynie swoim cynizmem, ale muszę się przyznać do jednej słabości, która świadczy o posiadaniu serca. Nie biorąc pod uwagę singielskich żmij, wszystkim innym współpracownikom, bardziej lub mniej znanych, staram się na urodziny coś podarować. Nie musi to być od razu jakiś konkretny, wartościowy prezent, bo sama popadłabym w długi. Mam na myśli raczej coś symbolicznego. Czasami zostawiam im na biurku wesołe kartki z życzeniami, albo czekoladki lub inne słodkości. Zdarzyło mi się również podrzucić koleżance kwiatka. Oczywiście nie wiedziała, że to ode mnie, na tym polegał cały sens tego prezentu. Biedaczka była samotna (nie singielka!) i bardzo chciała kogoś poznać i się zakochać i takie tam. Niestety jakoś się to jej nie udało. Jeszcze. Mam nadzieję, bo dziewczyna naprawdę wydaje się w porządku. Znowu zboczyłam z tematu. Jak się okazuje, nie jestem aż tak podła, na jaką wyglądam. Dość tej bezsensownej polemiki! Czas zakasać rękawy i do pracy. Dzięki ogromnej ilości zdarzeń i pracy, dzień obecny jak i pozostałe, zleciały niepostrzeżenie. Aż trudno uwierzyć, że minął tydzień od wieczoru z moim tajemniczym Pocieszycielem. Nie jestem pewna czy czasem nie powinnam się zacząć niepokoić. Kiedyś wyczytałam (pewnie w bardzo mądrej, naukowej książce hehe), że zazwyczaj facet dzwoni nazajutrz, oczywiście jeśli jest tobą w jakiś sposób zainteresowany. Do mnie, mój cichy wielbiciel, co prawda nie dzwonił, ale zrobił coś o wiele bardziej wymownego. Problem w tym, że od tego czasu minęło parę kolejnych dni, a on nie wykonał kolejnego kroku. Może po prostu przejrzał na oczy i stwierdził, że jestem niczym szczególnym. Włącza mi się już myślenie bardzo negatywne, co nie wskazuje na nic dobrego. Zaczynam się nad sobą rozczulać i marudzić. Za chwilę ogarnie mnie frustracja i totalne zniechęcenie, co doprowadzi mnie już tylko do „autodestrukcji” emocjonalnej. Uff, jak to dobrze umieć rozpoznawać i nazywać emocje nami targające. Jednak na coś przydał się ten kurs Teraz muszę poprawić mojej zszarpanej psychice kondycje. Wiadomo, że na to najlepsza jest czekolada, która, pod żadnym pozorem, nie idzie w biodra, tylko w biust. Przynajmniej ja tak śmiem twierdzić. Od razu lepiej. Nie ma się czym martwić, mam przed sobą cudowny weekend. Zaplanowałam go w stu procentach. Oj nie, nie będzie szalonych imprez, zakrapianych wysokoprocentowym alkoholem, co to, to nie. W tym tygodniu mamy inne plany. Wybieramy się w góry. To będzie nasz długi weekend, bo jedziemy już dzisiaj (piątek, jakby ktoś wcześniej czytał bez zrozumienia ), a wracamy dopiero w poniedziałkowy wieczór. Oczywiście przewidziane zostało jedynie damskie grono, do którego się wliczają, rzecz jasna Lenka i Mila, a także młodsza siostra Lenki – Karolina, a także moja kuzynka, mieszkająca obecnie w stolicy – Jagoda. Jak samo jej imię wskazuje, jagoda pochodzi ze wsi. Nic nie mam przeciwko wsi, a nawet lubię te klimaty, jedyne, co mi przeszkadza, w mojej przesłodkiej kuzyneczce (a raczej przesłodzonej), to fakt, że czasami zachowuje się, jakby z tej swojej wsi nigdy nie wyjechała. Dla młodych ludzi miasto powinno być czymś fascynującym, przynajmniej taka jest moja opinia. Ona jednak nie widzi żadnych plusów w życiu w stolicy, tylko same minusy. Ma też tendencję do porównywania dosłownie wszystkiego, do wiejskiego, spokojnego żywota. Biedaczka, nie napije się odtłuszczonego mleka, bo nie smakuje jak na wsi. Nie kupi dżemu w supermarkecie, bo to nie z owoców własnych. A i jeszcze to jej usposobienie. Naprawdę wiejskie. Czasami ta moja, przesłodka kuzyneczka, kojarzyła mi się z Jagną z „Chłopów”. To ta, co ja na taczce z gnojem wywieźli z wioski. Jagoda jest właśnie taką naiwną, ckliwą, bezradną dziewczynką, którą trzeba chronić przed złem całego świata, a która jest niezwykle podatna na wpływy innych, w szczególności barczystych facetów. Dla jej obrony dodam, że dziewczyna po prostu nie łapie, w co się tutaj gra i jakie są stawki. No, ale nie ważne. Jest jaka jest. To, że mi się osobiście jej osoba nie szczególnie podoba, nie znaczy, że i Wam ma się nie podobać. Czy jakoś tak. Jak już wspomniałam, kolejną kompanką podróży w nieznane będzie młodsza siostra Lenki. Karolina ma dwadzieścia pięć lat, chociaż nie widać tego po jej dziecinnej buźce. U nich to chyba rodzinne. Podobnie jak siostra, jest przebojowa, ale w trochę innym sposób. Nie przywiązuje aż tak wielkiej wagi do wyglądu, nie zachwyca się każdą okładką Vogue’a jaką tylko zobaczy, nie szaleje po wyprzedażach, polując na torebkę od Gucciego. Jest inna niż jej siostra. Karolina, mimo tego, że jest młodsza, wydaje się być dojrzalsza. Jest na piątym roku filologii indyjskiej i kultury Indii, cokolwiek to znaczy. Oczywiście w Indiach była już nie raz, ostatnio spędziła tam rok, będąc na dziekance. Ówczesna kultura i mentalność tak zawładnęły duszą młodej dziewczyny, że postanowiła w końcu przejść na hinduizm. Nie zapomnę jak biedna Karolina musiała tą nowiną podzielić się z rodziną. Znowu rym. Nie przyjęli tej wiadomości zbyt entuzjastycznie. Matka płakała, ojciec myślał, że wstąpiła do jakiejś sekty. Nie ma to jak tolerancja ze strony najbliższych. Na szczęście, po pewnym czasie, zrozumieli, że w jej nowej wierze nie ma nic gorszącego, złego i dziwacznego. No może oprócz tych tysięcy rozmaitych bóstw, ale to już inna bajka. Wróćmy do naszego wyjazdu. Spotkałyśmy się od razu po pracy. Jak zwykle tylko lenka się spóźniała. Po tylu latach znajomości, stało to się jej atrybutem. „Ona się na własny ślub nawet spóźni” – jak narzekała często jej matka. Po tym jak rodzice Lenki dowiedzieli się o odmiennych potrzebach religijnych młodszej córki, cała „odpowiedzialność pójścia za mąż” spadła właśnie na Lenę. A co tu dużo ukrywać, jej małżeństwo nie było pisane. Sama instytucja kłóciła się z jej naturą. - Chyba zwariowałaś! Być całe życie z jednym facetem? – zapytała, gdy kiedyś poruszyłam ten drażliwy temat. - I jeszcze być mu wierną … - wtrąciła Mela, przewracając oczętami. - Jeden facet na calutkie życie? Żadnego przypadkowego seksu? – dopytywała z niedowierzaniem. - Żadnego Lena. Zrozum w końcu: tylko jeden facet, dwadzieścia cztery godziny na dobę i trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku i tak przed jakieś pięćdziesiąt lat, o ile dożyjesz. – ktoś jej musiał to wyjaśnić obrazowo, padło na mnie. - W takim razie, uroczyście oświadczam, że nigdy, przenigdy nie wyjdę za mąż. Na świecie jest tylu wspaniałych facetów. Jak mogłabym ich pozbawić takiej przyjemności, hmm… spędzania ze mną czasu? – mówiąc to, wstała, podniosła w górę kieliszek czerwonego wina i wydawało się jakby, chciał przemawiać do wszystkich zgromadzonych, aby ich również nakłonić do obrania takiej, a nie innej ścieżki. Głos przy tym drżał jej niesamowicie. Tak, byłyśmy już nieco wstawione. Nie zmienia to jednak faktu, że do tej pory, nasza Lena, żyje w myśl tej zasady i nie wygląda na to, żeby komukolwiek i kiedykolwiek udało się ją zaciągnąć przed ołtarz. Tym samym, chyba totalnie legły w gruzach marzenia rodziców o ślubie, chociaż jednej, kochanej córeczki.
Gdy nasza szanowna spóźnialska, w końcu dotarła, ruszyłyśmy w drogę. Jechałyśmy jednym samochodem, który z czasem przeobraził się w wesoły autobus. Nagle poczułam się jak mała dziewczynka, jadąca po raz pierwszy w sowim życiu na kolonie czy obóz. Brakowało mi jedynie śpiewu harcerzy hehe. Z moich milutkich wspomnień wybiła mnie Karolina. Niestety nastała moja kolej prowadzenia kosmicznego pojazdu Przed sobą miałyśmy jeszcze kawał drogi, ale z każda chwilą przybliżałyśmy się do celu. Gdy po raz kolejny moje współtowarzyszki wybudzały mnie ze słodkiego letargu, katem oka zobaczyłam wielki napis: „Zakopane – wita!”. - O, dojechałyśmy – powiedziałam, przecierając jeszcze zaspane oczy. - I do tego żyjemy – chichotała Karolina, podszczypując boki Lenki. No cóż, Lena nie jest najlepszym kierowcom, ale o tym wiedzą już wszyscy z naszego towarzystwa. Obładowane niczym pustynne wielbłądy, pomaszerowałyśmy w stronę naszego domku – Antonówki. To prawda, co mówią, że „liczy się wnętrze”, nasze okazało się nawet przytulne. Skojarzyło mi się ze scenami z filmów romantycznych. Oboje przemokli, bo w drodze powrotnej zastała ich ulewa, zamieć, trąba powietrzna, powódź lub inna katastrofa. Wchodzą do domu, a tam, do środkowej ściany przyklejony jest kominek, w którym płoną idealnie skrojone drewienka. Od razu robi się im cieplej i milej. Otwierają wino i popijają, leżąc na włochatym dywanie i słuchając nastrojowej muzyki. Ot, taki piękny obrazek. Normalnie idylla. Chyba się zaczynam starzeć. Nie wiem gdzie podziało się moje realistyczne podejście do życia. Może zostało w Warszawie? Może to ten romantyczny nastrój tak na mnie działa? Któż to wie… Sama miałam ochotę usiąść przy kominku, wypić herbatę z miodem i cieszyć się ciszą. Niestety, moje współtowarzyszki miały zupełnie inne plany. Chciały już pierwszego dnia ostro zabalować. Miały przewagę liczebną, więc musiałam wywiesić białą flagę. Szybciutko (to znaczy w jakieś dwie godziny) się wyszykowałyśmy i ruszyłyśmy na podbój Zakopanego. Do najbliższej knajpki, o wymownej nazwie – Karczma. Po zbóju, miałyśmy jakieś trzysta metrów, a i tak przemarzłam do szpiku kości. Na pierwszy ogień poszło jedzonko. Przecież nie zdrowo jest pić na pusty żołądek. Dziewczyny wystrzeliły od razu z ostrej artylerii, ja postanowiłam się ograniczyć do grzańca. Najlepszy napój na takie syberyjskie mrozy. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że w „naszej” knajpce jesteśmy jedynymi turystami. Oprócz nas bawili się tam sami miejscowi. A to, że potrafią się świetnie bawić, po prostu trzeba im przyznać. Mimo, że nie przepadam zbytnio za lokalna muzyką, dałam się porwać do tańca w rytm góralskich przyśpiewek. Podskakiwałam, śmiałam się i śpiewałam. Padło mi na mózg. Dziewczyny miały ze mnie niezły ubaw. Ale nie przeszkadzało mi to wcale. W tamtym momencie czułam się jak mała dziewczynka, która bawi się w klasy z koleżankami z podwórka. Dziecinna, beztroska i niesamowicie szczęśliwa. Wspaniałe uczucie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jakie przyjemne może być odpuszczenie sobie wszystkiego. Żadnych poważnych myśli, nic do zrobienia, całkowity luz. Jeszcze chyba nigdy się tak dobrze nie bawiłam. Na koniec kupiłyśmy jeszcze dzban wina i wróciłyśmy do swojego domku. Było bardzo późno i bardzo zimno, ale tym razem nie czułyśmy mrozu. Z czarnego jak atrament nieba, prószył leciutki śnieżek i układała się na naszych kurtkach jak pierzynka. Znowu poczułam się jak dziecko i jako pierwsza rzuciłam śnieżką. Stoczyła się prawdziwa bitwa, którą wygrałam Byłyśmy całe przemoczone, ale niezwykle radosne. Domek przywitała nas przyjemnym ciepłem. Gdy już ogarnęłyśmy swoją garderobę, przyszedł czas na pogaduchy do rana. Usiadłyśmy w kuchni, niczym król Artur, przy okrągłym stole. - Musimy to jeszcze powtórzyć – zaczęła Karolina – było nieziemsko! – piszczała. - Tak, było świetnie. To był chyba jeden