Przyjaźń · 19 min czytania
Oto Julia cz.IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Filip najwidoczniej jest i był chłopakiem Meli przez ostatnie trzy lata. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że jest to typ zupełnie aspołeczny . Pracuje jako tester gier komputerowych i właśnie praca zawsze tłumaczył swoje przesiadywanie przed ekranem monitora. Praca dla niego wręcz stworzona, na pewno wybrana z powołania. Filip ma tę nieznośną tendencję do zniżania ludzi do swojego poziomu. „Z jakim przystajesz – takim się stajesz”, jak głosi przysłowie, idealnie obrazuje związek Filipa i Meli. Dziewczyna oddaliła się w między czasie od nas. Nie chodziła na imprezy, ani na babskie wieczory. Przestała się też ładnie ubierać, bo przecież, siedząc w domu, nie musiała się stroić. Dużo też przytyła. Widocznie dieta złożona przede wszystkim z pizzy i dań odgrzewanych w mikrofalówce, jaką stosował jej chłopak, nie sprzyjała idealnej figurze mojej przyjaciółki. Nie ten metabolizm Po roku stała się zupełnie inną dziewczyną. Jeśli miałabym określić ją wtedy jednym słowem, użyłabym „niewymagająca”. Ok., możecie pomyśleć, że skoro jej to nie przeszkadzało, to nie było aż tak źle. Ale wcale nie było tak kolorowo. O, nie. Filip miał jeszcze jedną, dość poważną wadę. Można by rzec, że nawet najgorszą. To typ lekkoducha, który nie przejmuje się konsekwencjami swoich działań, ani tym jak zareagują na nie jego najbliżsi, w tym oczywiście Mela. Potrafił wyjść z domu rano, a wrócić dopiero po tygodniu czy dwóch, tłumacząc, że pojechał sobie nad morze, bo odbywał się tam jakiś festiwal gier, którego normalnie nie mógł przegapić. Taki właśnie był Filip. Nie raz i nie dwa, razem z Lenką, tłumaczyłyśmy Meli, że to nie jest facet dla niej. Zamiast dzieciak z nadpobudliwością psychoruchową, który zajada się pizza, a opakowania po niej rozrzuca po całym mieszkaniu, powinna mieć u swojego boku miłego, ciepłego, dojrzałego i opiekuńczego mężczyznę, który by, dla odmiany, zatroszczył się o nią. Mela chyba jest niereformowalna. W ogóle nie uczy się na własnych błędach. Jakimś dziwnym sposobem przyciąga takich typów. Może to wynika z jakiejś jej wewnętrznej potrzeby niesienia pomocy? Moim zadaniem, zamiast niańczyć zdziecinniałych fanatyków gier, mogła swoja energię spożytkować, niosąc pomoc, na przykład, dzieciom w Afryce. Kończąc również przysłowiem, „i wilk byłby syty i owca cała”. Nie wiem czy trafione, ale tak mi przyszło na myśl. Temat dalej pozostaje otwarty, ale na razie się nie doczeka kontynuacji.
Zupełnie nie wiem, gdzie podziały mi się ostatnie dwa dni. Jeśli nie porwali mnie kosmici i nie powycinali kilku fragmentów moich najważniejszych narządów, to naprawdę nie mam pojęcia, jak czas może tak szybko spieprzać. Jakby mu się gdzieś śpieszyło. Niesamowicie pokręcone. Nawet w praca umknęła jakby szybciej. A muszę przyznać, że zrobiłam sporo. Kończę właśnie pewien duży projekt i jak wszystko pójdzie dobrze, to może niedługo czeka mnie jakaś większa premia. Okazuje się też, że Lidka wykazuje się nawet pewnymi umiejętnościami. Nie jest taka całkiem „do bani”, jak o niej wcześniej myślałam. To chyba moje zdolności kierownicze tak na nią wpływają Chętnie bym jeszcze dłużej rozwodziła się nad tym problemem, jednak mam inne sprawy na głowie, a mianowicie moją wspaniałą randkę. Czuje się jak nastolatka, która denerwuje się przed wyjściem z chłopakiem, bo wie, ze będzie się po raz pierwszy całować. Dziwne uczucie. Ubieram się tak, jak to wcześniej zaplanowałam. Uniknę w ten sposób paniki. Na szczęście, wyrwała się z pracy nieco wcześniej. Nie chciało mi się wymyślać żadnych wymówek, więc powiedziałam szefowi prawdę. O dziwo, zareagował dość przyjaźnie. Nie mogłam się już doczekać chwili, gdy Paweł stanie w moich drzwiach. Jeszcze tylko parę zabiegów i będę gotowa. Zaczynam, bez jakiegoś szaleństwa, od peelingu. Potem mała, szybka maseczka, krem pod oczy, krem do twarzy i delikatny, aczkolwiek, wieczorowy makijaż. Wciskam się w śliczne fatałaszki, zakładam cudowne pantofelki, na które też mnie będzie kiedyś stać i jestem gotowa. Pozostało tylko chwilkę poczekać na „Księcia z Bajki Numer Dwa” . Minuty wleką się nieubłagalnie. Po jakichś tysiącach lat świetlnych, w końcu rozbrzmiewa dzwonek do drzwi.
Paweł był punktualny. Stanął na mojej wycieraczce, dokładnie o ósmej. Uwielbiam punktualnych facetów. Pospiesznie otworzyłam, omal nie łamiąc po drodze nóg. Przywitałam go najczulszym uśmiechem, na jaki umiałam się zdobyć. Odpowiedział tym samym i po chwili wsiadaliśmy do samochodu. W czasie jazdy mało rozmawialiśmy, co jakiś czas wymieniając tylko sporadyczne uwagi lub spostrzeżenia. Ciekawiej się zrobiło, gdy usiedliśmy do stolika. Paweł okazała się mężczyzna gustownym i niepozbawionym klasy, aczkolwiek swojskim. Zabrał mnie do restauracji Castello na Wilanowie. To włoska knajpka, która serwuje rewelacyjne wina, bardzo drogie zresztą. Zamówiliśmy przystawki i winko (mniam, mniam). Nastrój był niesamowity, paliły się świece a Paweł patrzył mi prosto w oczy. - Wyglądasz dzisiaj olśniewająco. Warto Cię było szukać przez dwa tygodnie. – miała takie rozmarzone oczy, że to zdanie mogłabym z nich wyczytać. - Dziękuję, jesteś bardzo miły – odpowiedziałam bez zastanowienia. Trzeba było ratować sytuacje. Koniecznie. - To, czym się Paweł zajmujesz, na co dzień – język strasznie mi się plątał. Czułam się jakbym mówiła „Kali być, Kali mieć, Kali zjeść Twoją krowa”. Bardzo się denerwowałam. Wypadłam z wprawy. Zdałam sobie sprawę, że nie umiem randkować. Zapomniałam jak to jest. - Przepraszam … trochę się denerwuję. – wycedziłam przez zęby. - Julia, przy mnie nie musisz się denerwować, ani peszyć – w tym momencie złapał mnie za rękę i nagły, gorący podmuch powietrza, przeszył moja twarz. Zarumieniłam się jak dziewica orleańska. – Lubię Ciebie taką, jaką jesteś. Prawdziwą, naturalną Ciebie. – czy mi się przypadkiem zdaje, czy to tekst żywcem ściągnięty z Bridget Jones? Tak? Dobra, kupuje to. Podczas całej kolacji, Paweł był niezwykle czarujący. Dowiedziałam się, że ma 30 lat i od jedenastu mieszka w Warszawie. Pochodzi z jakiejś wioseczki spod stolicy, której nazwy nie pamiętam. Przyjechał tu na studia weterynaryjne. Po szkole zaczął praktykę u swojego profesora. Po kilku latach pracy, postanowił otworzyć własną klinikę. Pomagał mu w tym najlepszy kumpel – Bartek. To tyle z najważniejszych faktów. A, zapomniałabym o najistotniejszym szczególe – nigdy nie był żonaty. Nie żebym od razu myślała o zamążpójściu, ale wole mieć pewność, czy aby nie tracę czasu Żart. Paweł podobał mi się. Byłoby tak nawet wtedy, gdyby miał żonę, czwórkę dzieci i hipotekę na dom. Nie doszłoby, oczywiście do bezpośredniego spotkania, ale dalej by mi się podobał.
W drodze powrotnej rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Postanowiliśmy przejść się, zamiast stać samochodem w korkach. W pewnym momencie, znowu złapała mnie za rękę. Nie cofnęłam jej, ani nie uciekła, więc szliśmy sobie, zupełnie jak para zakochanych. Niestety, podobnie jak moja przyjaciółka Mela, tez nie uczę się na własnych błędach. Znowu miałam obłędnie wysokie buty. Rozbolały mnie koszmarnie nogi. Paweł, nie zważając na mój sprzeciw, uparł się, że resztę drogi mnie poniesie. Nim się oglądnęłam, a już tkwiłam w jego szerokich ramionach. Czułam się jak najprawdziwsza księżniczka, wyjęta wprost z opowieści dla małych dziewczynek. Stado motyli, wesoło fruwało w moim brzuchu, a ja radośnie chichotałam. Byłam szczęśliwa. Dopełnieniem mego szczęścia byłaby mile spędzona noc z tym niezwykłym mężczyzną, ale to się jeszcze okaże. Wiedziałam, że kiedyś się zmęczy. Objął mnie w pasie i delikatnie postawił na ziemi. Miałam ochotę go pocałować. Musiał czytać w moich myślach, albo mieć identyczne. Pocałował mnie. To było … idealne. Tak mogłabym być całowana przez resztę życia … i jeden dzień dłużej. Ups, wymknęło mi się. Zepsułam nastrój. Jeszcze raz… Tak mogłabym być całowana przez resztę życia. Była w tym jakaś magia. Mogłam zastygnąć w tej chwili, by zatrzymać ją dla siebie na zawsze. Całowaliśmy się co jakieś sto metrów, więc powrót do domu przeciągał się strasznie. Nic nie mogłam na to poradzić. Uwielbiałam jego głos, uwielbiałam jego zapach, uwielbiałam jego poczucie humoru, a teraz będę uwielbiać sposób, w jaki całuje. Po godzinie marszu, przeplatanego z niezliczoną ilością pocałunków, znaleźliśmy się w końcu pod drzwiami mojej kamienicy. Pod tymi samymi, pod którymi ostatnio został, gdy zaproponowałam mu wejście na górę. Czy teraz tez odmówi? Co sobie o mnie pomyśli, jeśli zaproszę go po raz kolejny? Uzna mnie za nachalną, niewyżytą pannę przed trzydziestką? Strasznie mi się podobał i miałam ochotę zabrać go do domu n cała wieczność. Na pewno znacie to uczucie, gdy widzicie parę, wyśnionych wręcz butów i nie możecie się oprzeć, musicie je kupić. Nawet, jeśli już dawno przekroczyłyście limit karty, podchodzicie do kasy i zabieracie je do domu, aby w każdej chwili móc je włożyć i od razu poczuć się lepiej. Tak właśnie czuję się teraz. Nie wiem, czy to nie za bardzo krzywdzące w stosunku do stojącego obok mnie przystojniaka, ale nic nie poradzę na moje, głupie skojarzenia. Zapytać, nie zapytać, oto jest pytanie. Chciałabym teraz móc czytać w