Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 11 min czytania

P O G R Z E B W Ż Y C I U

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wyobraźcie sobie Wasz pogrzeb, Drodzy Czytelnicy. Wyobraźcie sobie ostatni oddawany Wam hołd; ostateczne i przypieczętowane pożegnanie ze światem, z ludźmi etc. Lecz zastanówtaż się czyj to tak naprawdę pogrzeb? Czy jest on Wasz, czy tylko z Waszym udziałem i dla Was wreszcie? Czy raczej bezwiednie (tak! bezwiednie - to wiadome) stajecie się przedmiotem, rekwizytem w rękach zręcznych i przebiegłych (lecz czy aby rzetelnych i kompetentnych) aktorów? Czy ci ludzie znajomi, krewni, inni a może ciż sami, co w tej imprezie uczestniczą, chociaż tylko troszkę, maciupko, nie całkiem i zdawkowo, są tu (a są przez pół jakby, skarłowaciali) z Twego powodu, czy też Ty tu jesteś, Miły Denacie, dla nich specjalnie, ekskluzywnie i wyłącznie? Ha, przecie oni to, owi PÓŁWDOWCY i ĆWIERĆ-DEWOTKI owe zapłakane, skrzywione i flakowate są tu – tak przez pół – i chwiejnie egzystując bez Ciebie, wśród im podobnych Ciebie niweczą, plączą i defragmentują. Tyś już poza nimi, w nawias przez nich wzięty. Nie swójś przybysz obleśny, trędowaty, skośnooki lecz nigdy kulawy. I w to im graj! Bo teraz oni tu, bez Ciebie Trupeczku, Ciebie urabiają i ugniatają zmyślnie między sobą; na ich modłę pogrzebową. Dla nich to progrzeb przecie, ku nim, naprzeciw. Hura! Wiwat! Niech żyje ! Pogrzeb przez nich samych tworzony między sobą. Oni są twym pogrzebem a z myśli ich Twa trumna jest zbita...

* * *

Rano przyszła Lena. Wcześnie rano i Lena inna niźli codzień. Zwyklejsza niż zwykle a innawa. Lena biała, wymiętolona – jakaś prześcieradełkowata. Lena skurczona, mała, MNIEJSZA. Dajcież mnie mikroskop lub choćby lupę bym zdołał ujrzeć tę Lenę – jednokomórkowo – jajową. Ah! Oto się znalazła zguba. O, tam przy szafie przycupnęła. Ale zaraz! Ale co to? Ta małą, bielusieńka Lena się trzęsie; trzęsie się powietrzem, mną i całym pokojem mym. A i on też już maławy jakiś a bielusieńki się robi. Blaga! Betka! Toż to zwykły pospolity Zimmer jednokomórkowo – jajowy. Lecz inny; inny bo z Leną małą i białą TEŻ. W tych momentach typowo pospolicie zdechle – flegmatyczno – dynamicznych do głowy przychodzi zawżdy jedna ta sam, jakaś jakby minusowa, depresyjna myśl: Coś się stało. - Coś się stało – Lena drżąco, jajowatym głosikiem swym, daje mi do zrozumienia, iż coś się nieodwołalnie i z całą pewnością wydarzyło. - Co się stało? – pytam ja. - Znasz Andrzeja? No wiesz tego co ma Andrzejki w listopadzie i ... - Kurcze pieczone! – przerywam, ale co to? Mój głos jakiś biały i jednokomórkowy i już bardziej jakby Leny niźli mój. A ona – ta Lena – to widzi i jeszcze mniejsza i jeszcze bielsza i się trzęsie. MNIEJSZO – BIELSZO – TRZĘSĄCA – JEDNOKOMÓRKOWO – JAJOWA Lena SIĘ. Kontynuuję ja spięty lekko, lecz nie pęknięty: - Kurcze pieczone! Przecież znam Ci ja Ziutka! Wczoraj grałem z nim w warcaby i popijaliśmy Małyszowskaya (tj. wódkę – adamówkę – malyszówkę – hop! – w gardło – bęc!) i na dzień dzisiejszy – to jest dziś właśnie – umówiony jestem z nim na rewanż. Lena (a już wydawać by się mogło, iż bardziej nie można, nie powinno się) jeszcze bardziej inna, zmieniona, tamta a jednak ta a tamta i wciąż bieleje i stopniowo, suwowo (wsysowo?!?) maleje. Płacze Lena łzami i mówi: - Nie... nie zagrasz już swojego cholernego rewanżu! Bo... bo Andrzej nie żyje... Przed oczyma mymi biało. Powoli zaczynam widzieć, lecz niewiele – mało. - Jak nie żyje jak żyje – już nie do Leny co przede mną, vis a vis, wprost mnie stała, lecz do Eny lub Ny być może nawet mówię. Ona już tak maluteńka i taka bielutka, że L, E, a może i N to za wiele dla niej – zbyt DUŻO. Jednokomórkowy tenże twór białawy przygnieciony ogromnym ciężarem liter spod nich się uwalnia i trzęsąc się już jaja maławego (acz swego) w cytoplaźmie pokojowej szuka. Toć tylko tyle z tej Leny, co przede mną, jeszcze chwilę temu, zdawało się, iż stała (stać mogła...) pozostało. I to, gdzieś, czymś, po coś mówi do mnie: - Wczoraj jak Jędrek wracał od ciebie – tu spazm acz maluteńki; chrząkniecie, lecz jakież bieluteńkie – i jak on wracał od ciebie... to wstąpiłbył on do mnie... i się... dobierał się.. się i ja mu paka w czerep. Bęc! Jebut mu z rewolweu mego dziadka! I mu bęc w łeb! ... i go, jego bez głowy pod kosze do recyklingu zaniesłam... - Zaniosłam się mówi – mówię ja – białkowato – jajkowato – jednokomórkowo. - Zaniosłam... i on tam w koszach bez łeba leży. Pewno... pewnie go już znaleźli, ale nie wiedzieć mogą jeszcze, że to Andrzej, iż to on właśnie. Mnie już za chwilę szukać będą i tego rewolweru dziadka mego, a nie mego osobiście, we własnej osobie. Pomóż.... Ostatnie słowa wydobyły się znikąd. Co najwyżej z teoretyczno – umownej i dogłębnie losowo losowego miejsca w przestrzeni – z MIEJSCA GDZIE KIEDYŚ BYŁA LENA. - Aha! – stwierdzam. Co stwierdzam i komu? Lenie, której nie ma! Więc raczej w przestrzeń deklamuję to moje aha i jednocześnie szukam tępo a żwawo owego sekretnego miejsca, esperanto, punktu G jajowatych jednokomórkowców. Owego miejsca lennego i do Leny jeno z dziada pradziada i nie od dziś należącego. MIEJSCA GDZIE KIEDYŚ BYŁA LENA. - Aha! Zastrzeliłaś Adrzejka... więc teraz.... idź stąd! Znikaj! – i teraz to tak już krzyczę sobie; nie z siebie; nie sobą tylko nią i z

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%