Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 9 min czytania

P.S.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Spotkaliśmy się na przejściu dla pieszych na Radzymińskiej przy skrzyżowaniu z Trocką. Zostawiłem samochód za kościołem św. Marka. Ona szła z przystanku w stronę Zacisza. Miała na sobie granatową sukienkę bez ozdób i dodatków zakrywającą jej całe nogi, poza stopami ubranymi w odkryte buty. W ręku trzymała plastikową siatkę z Tesco na zakupy. W środku znajdowało się pięć książek, które pożyczyłem jej prawie osiem miesięcy wcześniej. Odwiedziła mnie wtedy w moim mieszkaniu, całkiem niedaleko miejsca, w którym się teraz spotkaliśmy. Nie pamiętam jak była wtedy ubrana. Chyba jedynie tyle, że miała duże okulary przeciwsłoneczne zasłaniające całą jej twarz. Chyba źle tak wyglądała. Chyba jej to powiedziała. Zawsze mówiłem, co myślę. Taka już była nasza relacja. Bardzo szczera. Rozmawialiśmy wtedy długo, siedząc na balkonie. Było gorąco, a my raczyliśmy się piwem schowanym wcześniej do zamrażarki, by było bardzo schłodzone. Napój tracił przez to na smaku, ale w taką pogodę nie przeszkadzało mi to zupełnie. Wypiła jedno bardzo szybko, ja sączyłem swoje, rozdrapując etykietę. Drugiego nie chciała. Spytała za to, czy nie mam wina. Miałem. Czerwone, domowej roboty, przyniesione przez kogoś znajomego. W smaku było zbyt słodkie. Wydawało mi się nawet, że mogło być popsute. Jej smakowało. Zapełniłem jej blaszany kubek, który został mi po dziadku. Pił z niego całe życie. Nie robiło mu różnicy, czy było to wino, kawa czy woda niegazowana. Jeden blaszany kubek na jedno parszywe życie. Podziękowała mi i zaczęła pić. Tym razem spokojniej, mniej łapczywie delektowała się zepsutym winem. Skończyłem swoje piwo i otworzyłem następne. Nie mogłem znaleźć otwieracza, więc posłużyłem się balustradą balkonową. Kapsel wyleciał w powietrze i spadł na trawnik pod nami. Uśmiechnęła się do mnie, ja do niej. Rozmawialiśmy o jej rozstaniu z dużo starszym mężczyzną. Znała go raptem dwa miesiące. Lubiła spędzać z nim czas, ale uczucia względem niej było dużo silniejsze. Po tygodniu chciał zostawić żonę. Po dwóch nie miały znaczenia dla niego praca, rodzina i to, co ludzie powiedzą. Pochlebiało jej to, ale nie mogła się na to zgodzić. On w miłosnym ekstazie pisał jej sonety, opowiadania i nawet jedną piosenkę, którą zagrał jej na gitarze na miesiąc ich znajomości. Trzymało to wszystko w dużym notesie na tamten rok. Na każdy dzień ich znajomości przypadało kilka kartek upchniętych między stronami i jej krótkie adnotacje, o tym gdzie byli, co mówił, czego ona nie chciał słyszeć. Powiedziała, że nigdy ze sobą nie spali. Chodzili na długie spacery nad Wisłą. Lubili przystawać przy pomniku Syrenki. Raz dla, chyba dla żartu, choć może by pokazać, że zostało w nim trochę młodzieńczego wigoru, wspiął się na warszawską legendę i usiadł jej na barana. Zaśmiała się wtedy i powiedziała, żeby się nie wygłupiał. Schodząc, potknął się i zwichnął nadgarstek. Żona pytała go później, co się stało, ale nie potrafił jej tego wytłumaczyć. Dla niego był to namacalny dowód miłości do dziewczyny dwadzieścia lat młodszej od niego, która w jego przekonaniu była jego bratnią duszą. Podczas każdego ich spotkania tłumaczył jej, że wszystko, co im się w życiu do tej pory przytrafiło miało głębszy sens. Krok po krok szli w swoją stronę. Nazywał to przeznaczeniem. Przekonywał ją, że nawet jego małżeństwo było pewnym etapem, przez który musiał przebrnąć, by być kim był teraz, by mógł pokochać ją, tak jak ją kochał teraz. Nigdy w słowach nie odwzajemniła tych uczuć. Ich pocałunki były przelotne, nawet on nie był w stanie się zdobyć, ona traktowała wszelkie przejawy czułości obojętnie. Trwało to dwa miesiące. Następnego dnia zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy pożyczę jej kilka książek. Chciała czytać, by nie myśleć. Tak znalazła się u mnie. Był to pierwszy raz, gdy odwiedziła moje mieszkanie. Następny miał nastąpić dopiero po kilku latach. Nasza rozmowa była bardzo jednostronna, nie wiem, czy cokolwiek wtedy powiedziałem, więc można to nazwać raczej monologiem. Jedynie na pojedyncze zdania odpowiadałem słabym uśmiechem. Gdy skończyliśmy pić, poszliśmy do salonu. Tam znajdowała się półka z książkami. Dałem jej ich pięć. Lęk i odraza w Las Vegas Thompsona, Podróż Dygata, Modlitewnik Joan Didion, Prozę poetycką Iwaszkiewicza i Rzekę zapomnienia Llamazaresa. Włożyła wszystkie do torby i podziękowała. Musiała iść,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
P.S. — czytnik · opowiadania