Fantastyka · 8 min czytania
Pa, pa i dziękujemy za reklamę!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wróciłem do hotelu brzegiem jeziora. Był późny wieczór. Komary kąsały jak zwariowane i bez żadnych skrupułów sączyły ze mnie krew jakbym był ich własnością; pewnie wychlały ze mnie parę dobrych hektolitrów. Skóra od ukłucia owadów diabelnie swędziała - ramiona, szyja, nogi były całe w czerwonych bąblach. - Cholerne skurczybyki! – denerwowałem się i co chwilę ścierałem ze swojego ciała resztki owadów po poprzednim ich zabiciu. Nie wiedziałem, co bardziej bolało – uderzenie ręką w siedzącego komara na własnym ciele czy wbicie się jego ssawki w skórę. - John jesteś twardy, kto inny wytrzyma z tymi zmutowanymi owadami jak nie ty! – próbowałem podbudować samego siebie. Nauczyłem się tego, a raczej zmuszony byłem do rozmowy z własnym mną, kiedy stałem się rozbitkiem promu kosmicznego US Columbus. Przez dziewięćdziesiąt osiem dni siedziałem w kapsule ratunkowej krążącej wokół Saturna. Z siedmioosobowej załogi tylko ja przeżyłem. Wszyscy wokół uważają, że to cud, ale nie ja - powinienem zginąć tak jak pozostali. Śmierć nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić, uwiezienie w metalowej skrzyni w próżni jest w stanie doprowadzić człowieka do obłęd. Czujesz się wtedy jak żywy trup, niepotrafiący wygrzebać się z trumny. Krzyczysz z przerażenia, wołasz o pomoc, ale z kosmosu dobiega tylko cisza. Zaczynasz widzieć rzeczy, których nie ma. Na początku jesteś sfrustrowany, ponieważ nic nie możesz zrobić, potem wpadasz w panikę, a na koniec jesteś tak wyczerpany, że próbujesz jedynie podgryźć żyły. Nie jesteś w stanie nic zrobić, tylko czekasz na ocalenie lub śmierć. Gdyby nie zegar z czerwonym wyświetlaczem w kapsule i duża ilość zapasów Codripexu pewnie zwariowałbym całkowicie po pary godzinach. Z sekundy na sekundę komary żarły coraz bardziej, jednak resztkami sił dotarłem do ośrodka wypoczynkowego „St. Anna’s Lake” dla amerykańskich astronautów. Był to hotel w stylu teksańskiego rancza wynajmowanego przez NASA, ale jego właściciel Simon Temper wolał określenie – „kowbojska oaza spokoju dla kombatantów i weteranów armii amerykańskiej”. Miejsce w sam raz dla nie do końca normalnych żołnierzy – ciche, spokojne, otoczone ze wszystkich stron dziką prerią Montany. - John, już myślałem, że postanowiłeś wrócić do Houston? Robisz coraz dłuższe spacery, to dobrze – usłyszałem znajomy głos, gdy wszedłem do środka budynku. Był to Temper. Najwidoczniej oczekiwał mojego powrotu, zawsze czeka na ostatnich gości. - Jak na razie udało mi się dojść na drugą stronę twojej sadzawki. Gdzie jesteś? – zapytałem. - Tu. Nagle z nad dużego czerwonego skórzanego fotelu skierowanego w stronę palącego się kominka, wyłoniła się ręka mężczyzny. Podszedłem do niego i usiadłem wygodnie na drugim fotelu. - Brandy? – zapytał podnosząc butelkę. Skinąłem głową. Po chwili podał napełniony do pełna kieliszek. Wypiłem. Napój natychmiast rozgrzał, a po paru następnych głębszych zapomniałem o bólu spowodowanym przez komary. - Powinienem być konsekwentny i nie częstować cię alkoholem, bo pewnie wciąż jesteś uzależniony od leków. Podobno non stop szprycowałeś się w kosmosie lekami, ale co tam… Brandy zawsze jest wyśmienita na dobry sen – Temper uśmiechnął się szczerze. – A jak samopoczucie i w ogóle reszta? - Wyśmienicie. Z dnia na dzień jest coraz lepiej – skłamałem, ale nie byłem pewien czy uwierzył. Na spacerze miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi, obserwuje każdy ruch i w najmniej oczekiwanym momencie zaatakuje. Nie bałem się, nie spanikowałem, ale czułem frustracje, bo ponownie nic z tym nie mogłem zrobić. Połykanie Cordipexu nic nie dawało. Tak naprawdę wiedziałem, kto mnie prześladuje – to ekipa z wahadłowca. Widok palących się żywcem ludzi i ich krzyki są nie do zapomnienia – nękają do końca życia. - Wyśmienicie, naprawdę wyśmienicie – powtórzyłem nie wiedząc czy po to, żeby upewnić jego czy siebie. - Więc wkrótce będziesz mógł wracać do domu, chyba, że jeśli…