Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 13 min czytania

Padał Deszcz - Detektyw Wąs ep1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Padał deszcz. „Typowa brytyjska pogoda w porze tea time’u” pomyślał doktor Klakson. Założywszy zdobiony japońskimi ornamentami szlafroczek, który dostał od swojego przyjaciela na gwiazdkę, przeszedł korytarzem w kierunku salonu. Tam dał się słyszeć romantyczny dźwięk skrzypiec, i melodie... które tak dobrze znał. - Grasz pięknie... jak z nut! – Westchnął Klakson. - Uwaga godna uwagi... – Odszemrała postać w kącie salonu. Detektyw Wąs. Najwybitniejszy umysł kryminalistyki Londynu. Dwukrotny rekordzista w szybkości w dochodzeniu ( do sedna sprawy), złoty medalista wyciągania rzeczy na światło dzienne ( bez użycia rąk), odznaczony orderem Królewskiej Róży, Góralskiej Parzenicy, Tajemniczej Rozwielitki oraz Paryskiego Żabiego Udka. Czarnooki, wielkowąsy, strunoszarpacz skrzypcowy, romantyk, ekscentryk, elektryk chałupnik. Odważny (w świetle dziennym), zmysłowy ( w blasku świec), niewidzialny ( w nocy). - Mój drogi Klaksonie, widzę że czytałeś już dzisiejszą gazetę? – Stwierdził Wąs gładząc wąsy. - To niesamowite! Skąd wiesz? – Zachwycił się dr. Klakson. - Trzymasz ją przecież w ręce... – Odparł Wąs odpalając fajkę, a przypalając sobie wąsy. - Reszta to tylko moje, jak zwykle genialne, przypuszczenie... – Dodał, gasząc wąsy w szklanicy whisky, po czym powtarzając ową czynność w szklanicy wody. Po kłębiastych pyknięciach oraz puszczeniu z dymu kilku skomplikowanych wzorów matematycznych za pomocą niezwykłej budowy swych ust oraz różnokształtnych szczelin pomiędzy zębami, dodał: - Spodziewam się dziś, drogi Klaksonie, nadzwyczajnego gościa! - Hurra! Święta! Znowu przyjdzie Święty Mikołaj! – Uradował się doktor. - Ależ skąd! – Oburzył się zbyt dziecinną reakcją Klaksona, Wąs. – Komisarz Frytosław McCann zapowiedział się z wizytą przed południem. To powiedziawszy położył skrzypce na ramieniu, okrywając je na wpół spalonymi wąsiskami i zagrał kilka pierwszych taktów „Ser-żenady” Poganin-niego. A grając, rzępoląc, pitoląc, tnąc od ucha, doprowadzając instrument do granic wytrzymałości oraz sąsiadów na skraj rozstroju nerwowego, zapatrzył się nasz detektyw na okno za którym... Padał deszcz... Za załzawioną londyńskim deszczem szybą, pośród wiatru szumiącego echa Tamizy, dał się słyszeć tętent kopyt. Ciężkie koła spod ręki mistrza Michelein’a wypelniły turkotem Baker Street aby zamilknąć przed bramą Wąsowej rezydencji. Wkrótce rój much zgromadził się wokół końskiego zadu, a po chwili .tuż nad powierzchnią ulicy, w której niczym w jeziorze, majaczyły niepokojąco ciemne kształty. Z powozu wyłoniły się dwie postacie. W strugach deszczu zbliżyły się do wielkich drzwi gdzie niższa i zdecydowanie grubsza nacisnęła na dzwonek.

- A po cóż komisarz miałby do nas przyjść? Why? – Zdziwił się dr. Klakson - Dear Klakson, wiesz że ludzie czasem mają dziwne przygody których nie umieją (albo umią... muszę sprawdzić w słowniku... God knows!) sobie logicznie wytłumaczyć. Zdarzają się bowiem takie sytuacje, które wymagają opinii i pomocy nie laika lecz eksperta! I po kogo wtedy dzwonią? - ... Pogromcy duchów?... – Zapytał zaciekawiony Klakson.. - Zaiste, idiotyczna odpowiedź Klaksonie.... Po mnie dzwonią, po Wąsa! – Oburzył się detektyw. Nagle w drzwiach salonu ukazała się służąca. Okazało się jednak, że to służka z domu obok, która pomyliła drzwi. Po kilku minutach ukazała gosposia detektywa. - Panie Wąs, komisarz Frytosław McCann i śledczy Kogut do panów. Niestety komisarz nie miał już żadnych biletów wizytowych, wręcza więc panu ten oto bilet na autobus trasy King Cross – Heymarket, ważny do trzeciego marca z dodatkową zniżką w weekendy ( do 50%) oraz upustem ( do 15%) jeśli jedzie pan tylko dwa przystanki, lub dwa razy po 10% jeśli jedzie pan jeden ale w dwa razy w tym samym dniu, w odstępie nie dłuższym niż dwie godziny.... – Powiedziała gosposia podając bilet. - Daj nam 5 minut po czym proś ich na górę używając akcentu londyńskiego z pierwszej polowy XVI w. - Poprosił Wąs. „Mama jednak dobrze radziła abym skończyła lingwistykę ze specjalizacją semantyki XVI wiecznego Londynu” pomyślała gosposia zamykając drzwi. Dr. Klakson przywdział ubarwione meksykańskim wzorem pantofelki z peruwiańskiej lamy, powalonej zatrutą kukurydzą zawistnego sąsiada którego stado i rodzinę uśmierciła „choroba wściekłych lam” – plaga spowodowana nadmiernym spożyciem kawy Inki pośród plemion prekolumbijskiej ameryki łacińskiej. Sam detektyw Wąs stanął przy oknie i przybrawszy zamyśloną pozę, rzucając sprośny cień na ścianę,( który rozbudził wyobraźnię Klaksona tak iż zmuszony był do nóg skrzyżowania) czekał ze spokojem na nadchodzących gości. Po chwili w drzwiach pojawili się komisarz McCann, a tuż za nim posterunkowy Kogut. - Nim pan usiądzie, komisarzu, pozwolę sobie powiedzieć co nieco.... Przyjechał pan w pośpiechu o czym świadczy brak marynarki, oraz kapelusz ubrany „odwrotną stroną”... – Powiedział Wąs. - Brawo! – Zadziwił się komisarz.... - ...Uprawia pan wspinaczkę, o czym świadczy ten czekan zapasem... - Genialne... – Westchnął McCann. - Lubi pan lody waniliowe, o czym świadczy ich resztka na pańskim nosie... - Nadzwyczajne! - ...Zapomniał pan aparatu słuchowego, o czym świadczy pańskie bezsensowne potakiwanie na wszystko co powiem... - ... Słucham? - Mniejsza z tym... – Odparł Wąs. Komisarz wraz z posterunkowym usiedli na sofie przywiezionej przez Wąsa z Bułgarii na pamiątkę zlotu „Ludzi Którzy Chcieli by Przywieść Sofę na Pamiątkę z Bułgarii”. Sam detektyw podszedł do stolika kładąc swą kościstą dłoń na karafkę o falicznym kształcie. W kącie słychać było ciężkie, miarowe sapanie doktora Klaksona. - Jack?... - Nie... „Frytosław” – Poprawił komisarz. - Jack Daniels czy Gin? – Sprecyzował pytanie Wąs. - Nie piję na służbie... pocieszę się zatem skrętem z marihuany...- Odpowiedział komisarz sięgając do kieszeni. Padał deszcz.... W akompaniamencie rytmicznego stukania o parapet siedzieli przez chwilę ćmiąc i dymiąc. Wąs ponownie przyłożył skrzypce do ramion i... zaskrzypił instrumentem z którego pośród kłębów dymu popłynęła „Kuper-Tura” z „Afery Carmen” Maurycego Bideta. Muzyka popłynęła falą po ścianach, zdmuchując z nich kurz oraz zasuszone powłoki skór pajęczych. Skrzypce rzęsiły, iskrzyły, popiskiwały, trelowały, nuciły, wyły, zrywały tapetę ze ścian. Posterunkowy Kogut uronił łzę z lewego oka oraz strużkę krwi z prawego ucha... Po chwili komisarz rozpoczął swą opowieść o tym co go sprowadza; - Jak zapewne słyszeliście,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%