Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 5 min czytania

Pałac czarownic

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dziś Memo­r­ial Day*. Poniedzi­ałek kropił promieni­ami słońca, pędząc tłumy ludzi do cienis­tego Prospect — Parku, jak na pustyni tabuny koni do życio­da­jnej oazy. To i ja zaryzykowałem, chcąc zażyć jog­gingu wzorem pod­palanych tubyl­ców, zrzu­ca­ją­cych zbędną nad­wagę. Zami­ast me nogi ponieść na asfal­tową bieżnię, skierowały się, jak zaczarowane do siedz­iby czarownic, mal­own­iczo położonej nad samym jeziorem w parku. Niewielkie molo naprze­ci­wko pała­cyku po prze­ci­wnej stronie jeziora było puste! Wyjąłem z plas­tykowej torby zeszyt i zacząłem notowac jakieś istotne, według mnie cieka­wostki, raz po raz czyszcząc zachodzące mgłą oku­lary, nie miałem nas­troju do pisa­nia, patrząc na rajski zakątek. Podzi­wiałem kolumny latarń przed błyszcza­cym w słońcu pała­cykiem, który zwod­niczo tonął w wodach jeziora. – A to co za pot­wory! — mach­nąłem ręką przed oku­larami, pot­wory cofnęły się na bez­pieczną odległosć, aby za chwilę zaw­is­nąć znów przed moimi oczami. Zdjąłem “patrza­łki”, aby zwery­fikować sytu­ację. Pięć ogrom­nych żukopodob­nych, wypa­sionych owadów krążyło nad moją głową. – Jak niemieckie samoloty w cza­sie drugiej wojny świa­towej nad Warszawą — kojarzyłem sytu­ację. Zacząlem wymachi­wać zeszytem, aby odpędzić intruzów. Ale gdzież tam! Stałem jak głu­pek wymachu­jąc rękami. Szkoda — blisko, cichutko śpiewał pieśń radości parkowy wodospad, a na nieliczne uto­pi­one w wodzie pnie wdra­pały sie błotne żółwie, opala­jąc na słońcu swoje ksz­tałtne łebki. Parkowi paparazzi robili zdję­cia , polu­jąc swymi kam­erami na ciekawe uję­cia kaczek, miłosne pozy­cje żółwi, czy zabłąkanego kolorowego ptaka, który zrezyg­nował z poo­bied­niej, chłod­nej sjesty i błąkał się jak opę­tany po parku. – Pal was licho — mruknąłem, poko­nany przez żuki olbrzymy, skierowałem się do parkowego pała­cyku , aby wypić mocną kawę. Minąłem drew­ni­any mostek, pod którym radośnie szczebio­tały jaskółki, zlus­trowałem mały wodospad, minąłem Chińczyka, gra­jącego na trąbce jakieś melodyjne wywi­jasy — okrąża­jąc jezioro, wszedłem do pała­cyku. Przez cały czas mego pobytu w parku, gdzieś z daleka gwał­ciło moje uszy dalekie, głuche dud­nie­nie afrykańs­kich bęb­nów. – Znów Afryka — pomyślałem, parząc sobie gardło, czarną jak ten kon­ty­nent kawą. – Muszę zobaczyć — pod­jąłem szy­bką decyzję. Kieru­jąc się głosem bęb­nów, który wabił spacerow­iczów swą tajem­nic­zoś­cią, jak światło ćmy — krę­tymi…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%