wakacje · 15 min czytania
Pałac w Pieniawie wita
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Zdzisław i Akira zwiedzali Polskę. W ten upalny letni dzień wybierali się do pałacu w Pieniawie. To tam, gdzie w 1827 roku spędził kilka dni Juliusz Słowacki. Trzy godziny jazdy z Krakowa.
Ależ piękna ta aleja drzew, która prowadzi do pałacu!
Była to niedziela, przed budynkiem dobiegała końca jakaś impreza. Wszędzie stały niedbale zaparkowane samochody, a pawilonik parkowej kawiarni zapchany był ludźmi. Rozbiegane dzieci jadły lody a dorośli dymili papierosy. Choć kawiarnia go nie sprzedawała, pachniało wszędzie piwem. Przed samym wejściem do pałacu ustawiony był wielki żółty szyld. Przejeżdżając obok samochodem Zdzisław z Akirą nie doczytali jego treści, ale najwyraźniej był to jakiś lokalny konkurs czy turniej. Stało tam nawet podium dla zwycięzców.
Zdzisław zaparkował i udał się do pałacu w poszukiwaniu recepcji, a męża zostawił w samochodzie. Recepcję znalazł zaraz przy wejściu po prawej, ale niestety była zamknięta na trzy spusty. Szczęśliwym trafem przechodziła właśnie obok jakaś młoda kobieta. Zdzisław grzecznie przedstawił się: „Dzień dobry pani, jakież to piękne miejsce. Moje nazwisko Zdzisław Podolewski, mam u państwa dziś na noc rezerwację”. Dziewczę rzuciło na niego okiem i bez słowa, nie zatrzymując się, wskazało palcem restaurację. Do Zdzisława dotarło, że osoba ta tu nie pracuje, była gościem w restauracji i wracała właśnie z toalety. Poczuł się głupio, ale no cóż, zdarza się.
W restauracji było gorąco i duszno, panował ogromny rejwach, wszystkie stoliki były zajęte. Zatrzymał kelnerkę niosącą ogromny kotlet schabowy z frytkami i mizerią.
„Zadzwonię do Haliny, niech pan czeka”.
Część 22 / 3
Po kilku minutach oczekiwania pojawiła się stanowczo oziębła kobieta w średnim wieku i bez słowa podsunęła Zdzisławowi hotelową kartę meldunkową do wypełnienia. „Karta czy gotówka? Faktura czy paragon?”. Nieco zbity z tropu Zdzisław zbliżył kartę do terminala. Osiemset złotych. Zaszeleściły papierki. „Apartament jest na piętrze”. Podała klucze i wyszła.
Zdzisław i Akira byli razem od trzydziestu lat. Poznali się przypadkiem, w Muzeum Sztuk Azjatyckich w Singapurze. Mieszkali w Arizonie. Zdzisław wykładał teorię muzyki na lokalnym uniwersytecie, a Akira był prawnikiem emigracyjnym. Co roku jeździli latem po Polsce i zamieszkiwali w przeróżnych dworach, zamkach i pałacach. Znali ich już całe tuziny, od Krasiczyna, Baranowa Sandomierskiego, przez Niepołomice, Niedzicę, Mosznę, Jabłonną, Radziejowice, Oporów, Uniejów, Lubostroń, Rydzynę, Golub-Dobrzyń, Walewice, aż po mniejsze rezydencje, jak Antonin, Dobrzyca czy Małków. Każde z tych miejsc miało swój urok, w kilku miejscach straszyły nawet duchy, a w kilku z nich za żadną cenę nie zgodziliby zatrzymać się ponownie.
Zdzisław z Akirą wnieśli na górę walizki po czym udali się na kolację. Już teraz dużo mniej gwarna, pałacowa restauracja oferowała potrawy z dzika, jelenia, zająca, kuropatwy i perliczek. Kotlet schabowy nazywał się „szlachecki” a wątróbka była „po radziwiłłowsku”. Nasi bohaterowie nie mieli w planach konsumowania okolicznych saren, zajęcy ani żadnych wątróbek drobiowych. Zamówili pierogi ruskie.
Apartament był dość pokaźny, było w nim gorąco i pachniało stęchlizną. Wyglądało na to, że od miesięcy nikt tu się nie zatrzymywał. Internet działał, a Akira był już zajęty sprawami zawodowymi. Zdzisław natomiast otworzył okna, zmagając się z trzeszczącymi starymi zawiasami. Chyba od lat nikt tych okien nie otwierał. „Jak miło zatrzymać się w hotelu, w którym da się otworzyć okna”, pomyślał Zdzisław.
W sypialni były ładne stylowe meble, drogi dywan i kilka artystycznych cacuszek z importu zakupionych jeszcze w czasach PRL. Pewnym problemem okazało się łóżko, które było po prostu krótkie. Niski i szczupły Akira nie narzekał - jego zawsze przerażały tylko te ogromne polskie poduszki. To Zdzisław będzie musiał spać z nogami zgiętymi w kolanach. Łazienka świeciła intensywnym kolorem różowym, w kafelkach lastrykowych z lat osiemdziesiątych. By do niej wejść trzeba było starać się nie potknąć o dwa stopnie różnej wysokości, jeden, wyższy, przy samym wejściu do łazienki i drugi, niższy, przy toalecie. W nocy trzeba będzie o tych schodkach pamiętać. Telefon w pokoju był, ale nie działał, podobnie było z miniaturową lodówką. Do dyspozycji gości były cztery butelki wody „Mazowszanki”, jak to w Polsce, gazowanej i niegazowanej. Na stoliku nasi bohaterowie znaleźli nieco wyblakłe instrukcje co do śniadania i doby hotelowej.
O osiemnastej zamknięto restaurację, a jedzące lody dzieci wraz z ich palącymi papierosy rodzicami wsiadły w samochody i opuściły park. Cały obiekt należał już wyłącznie do Zdzisława i Akiry. Na to właśnie czekali. Udali się na spacer i zwiedzanie.
Część 33 / 3
W przeciwieństwie do naprawdę imponującej fasady frontowej z korynckimi kolumnami, znanej Polakom z kilku filmów, tył pałacu był zaniedbany, szary i brzydki. Był tu stawek i rzeczka, jakieś połamane stare płoty, chaotyczne ścieżki i dróżki. Park najwyraźniej rozparcelowano w czasach komunizmu, w sposób głupi i okrutny. Duża część parku znajdowała się po lewej stronie pałacu, ale i tu wiele drzew było połamanych, ściętych lub uschniętych, a wszędzie porozstawiano poprzeczki do skakania i ćwiczeń dla koni, bo przecież Pieniawa to przede wszystkim stadnina. W parku Zdzisław i Akira znaleźli też kilka barokowych pomników w opłakanym stanie. To o nich pisały turystyczne przewodniki, nie wspominając słowem o ich mizernej kondycji.
Panował błogi spokój. „Jak dobrze, że uciekliśmy na wieś, mam już naprawdę dość polskich miast”, powiedział po angielsku Akira. „I jakie świeże lekkie powietrze, wreszcie możemy odetchnąć” dodał Zdzisław. Pochodzili po pozostałościach parku, tego wieczora był naprawdę nastrojowy zachód słońca, sfotografowali pałac i parę pasących się koni. Powoli robiło się ciemno. Postanowili pochodzić po budynku, większość pomieszczeń była zamknięta, ale marmurowa klatka schodowa i ogromna barokowa sala balowa wyglądały naprawdę imponująco. Uwagę przyciągała ogromna donica z delfskich kafelków. Unikat. Wyszli na chwilę na zewnątrz, by zobaczyć, jak pałac jest oświetlony nocą, ale w mgnieniu oka uciekli do środka, bo ktoś na skraju posesji zaczął palić śmieci i cuchnęło okropnie jakąś trującą chemią. Cały pałac spowity był żółtym trującym dymem. Poczuli się nagle jakby byli w przemysłowych prowincjach Chin. Zdzisław pobiegł na górę i pośpiesznie pozamykał wszystkie okna.
Gdy szli już spać, usłyszeli hałas w holu na zewnątrz. Na klatce schodowej rozmawiano głośno w jakimś obcym języku. Nowi goście weszli na górę, zamknęli drzwi do swej sypialni, po czym zapadła kompletna cisza.
Mimo krótkiego łóżka Zdzisław i Akira spali tej nocy dobrze. Wstali o ósmej i udali się na śniadanie. Po śniadaniu planowali pochodzić po parku, wziąć prysznic i pojechać do Torunia. W restauracji siedziała przyjemna grupa staruszków rozmawiających w jakimś obcym języku. Na jednym ze stolików były dwa nakrycia, z dwoma dużymi talerzami z plasterkami białego i żółtegi sera oraz szynki, jak również pakieciki masła i marmolady, a także jeden pokrojony pomidor. „Trochę jak w państwowym sanatorium”, pomyślał Zdzisław.
I tu nastąpiło nagle nastąpiło coś, co wytrąciło naszych bohaterów z ich wakacyjnej błogości.
Gdy zasiedli do stołu przyjrzeli się talerzom bliżej. Po stronie Zdzisława, na serze i na szynce siedziały dwie grube muchy i delektowały się śniadaniem! Natomiast nad talerzem Akiry latały trzy inne, które najwyraźniej właśnie poderwały się do lotu,…