Podróże · 39 min czytania
Pamięć i to samo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pamięć i to samo
1. Pasja
A mówiłem już, jak byliśmy z Pawłem na zimowisku? To słuchaj. Słuchajże.
Miałem wtedy piętnaście lat, a Paweł chyba też coś koło tego. Teraz mamy po równo, ale wtedy – nie jestem pewien, nie pamiętam. Pełni byliśmy werwy i zapału – bez celu wszak nie pojechaliśmy. Nasze cele były rozbieżne (aż do momentu, w którym, na skutek wystąpienia pewnych szczególnych okoliczności, zbiegły się w jeden – ale o tym później). Najważniejsze jednak, że wiedziało się wtedy - co i po co, a głównie – co. Ja, o ile pamiętam, chciałem zostać dziennikarzem, a Paweł, o ile sobie przypominam, chciał spożywać wraz ze mną alkohol z dala od macek rodzicielskiej troski. Jak się niebawem okazało (zorientowałem się bodaj trzeciego dnia wyjazdu), nie tyle ze mną chciał A. spożywać, co mój chciał A. spożywać, a mnie – jako że i ja mój A. spożywałem – było właściwie jedno. Ale o tym dziennikarstwie parę słów, bo to ważne. Otóż wyjazd w góry, na któryśmy się udali, nie był jak każde inne zimowisko (i dobrze, bo na nartach mi nie idzie, ale to już pewnie mówiłem – zeszłej soboty… jeśli nie, to kiedy indziej o nartach opowiem… a jeśli już było, to i tak powiem jeszcze raz, bo parę szczegółów chciałbym zmienić). Od typowego zimowiska różnił się nasz ten krótki wywczas tym mianowicie, że połączono go, decyzją dyrektora szkoły, z warsztatami dziennikarstwa. Całość ferii miała być zwieńczona opracowaniem broszurki-gazetki, w której znalazłyby się m.in. materiały zebrane przez nas, młodzież, tam w górach. Pawła to nic nie interesowało, ale że ja naciskałem – przyłożył się trochę do pracy. Ponieważ zawsze, gdziekolwiek bym nie był i z kimkolwiek bym się nie stykał, uchodzę za znacznie mądrzejszego i nieco zdolniejszego niż jestem w rzeczywistości (a już wtedy tak było), pani redaktor pełniąca funkcję naszego opiekuna i koordynatora naszych prac wyznaczyła właśnie mnie do zrobienia materiału wyjątkowo prestiżowego. Pawła posłała ze mną, myśląc chyba, że dobrze nam się razem pracuje, a może nawet podejrzewając, że my istotnie razem, ale niekoniecznie nad tekstami. Że my tak samo jak ona z redaktorem K.… A tu przecież ani o jedno, ani o drugie nie chodziło, tylko jeszcze o co innego. Wyruszyliśmy z naszego pensjonatu położonego na stoku niewielkiego wzniesienia. Przybytek ten, do którego zimą można było dostać się tylko pieszo, leżał na obrzeżach pewnego kurortu górskiego, który z roku na rok zyskiwał w tamtych czasach na popularności, a dziś – jak słyszałem – zaczyna już podupadać. Nie wiedzieliśmy zbyt dobrze, gdzie mamy się udać. Wytłumaczono nam jedynie, że musimy obejść wzgórze dookoła – tak aby znaleźć się dokładnie po jego drugiej stronie – i potem już cały czas prosto aż napotkamy jedyny budynek w tamtej okolicy: stare schronisko górskie wybudowane na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego. Gdy opuszczaliśmy pensjonat, było już po trzeciej po południu i wkrótce zaczęło zmierzchać. Nieśliśmy narty. Paweł tak doradził. Weźmiemy je ze sobą – mówił – a jak już będziemy po drugiej stronie, to podjedziemy, bo co tak pieszo… Mnie na nartach nigdy nie szło, ale przystałem na ten pomysł: w końcu nie chodziło tu o jazdę wyczynową, a o sprawniejsze przemieszczenie się między dwoma punktami. Narty są ciężkie jak jasna cholera. W dodatku moje są zawsze cięższe od cudzych, nie wiem dlaczego, ale idę o zakład. Paweł, ta łamaga, ta pokraka, ta niedojda ostatnia, szedł lekko, krokiem prawie marszowym, pląsał niemalże; narty – chyba styropianowe – przełożył przez prawe ramię i nonszalancko przytrzymywał je przewieszoną niedbale ręką. Ja szedłem w znoju. Dystans między nami zwiększał się z każdą minutą o jakiś metr. Paweł musiał zatrzymywać się i czekać, abym mógł dotrzymać mu kroku. Byłem zlany potem, słona wydzielina skapywała mi do oczu, chwilami prawie nic nie widziałem. W ustach czułem metaliczny posmak krwi, zbierało mi się na wymioty, śliny zabrakło mi już po kilkudziesięciu metrach marszu. Ściągacz wełnianej czapki wpijał się w moje czoło, drapał, darł naskórek, wydawało mi się, że już, już przecina skórę. Patrzyłem więc pod nogi, wypatrując czerwonych kropli na białym podłożu, ale było zdecydowanie zbyt ciemno, by dojrzeć. Poczułem się trochę jak myśliwy, który, postrzeliwszy zwierzynę, wzrokiem szuka na ziemi śladów posoki, lepiej przecież widocznych niż tropy (zwłaszcza dla kogoś owładniętego rządzą krwi rychłej i obfitej), aby dopaść i dobić. Potem można łeb urżnięty i wypchany eksponować z dumą, dodając że ten oto spreparowany fragment zwłok oddaje hołd temu, czym te zwłoki były uprzednio, zanim zdechły na skutek zadanych ran. Tak się właśnie czułem – jak łowca. (Byłżebym jednak sam na siebie polował?) Szliśmy niezmiernie długo. Wstyd się przyznać, ale w pewnym momencie – widząc moją mękę – Paweł zaproponował nawet, że poniesie moje narty, a ja się zgodziłem. Niestety i dla niego było to obciążenie zbyt wielkie i chwilę potem musiałem znowu radzić sobie sam. Wywróciłem się, padając rozpaloną twarzą prosto w śnieg, chyba ze trzy razy. Wreszcie dobrnęliśmy do miejsca, w którym stwierdziliśmy, że oto i jesteśmy dokładnie po drugiej stronie wzgórza. A tam oczom naszym ukazał się obraz pełen niepokoju i trwogi. Staliśmy bowiem na stoku, który schodził jeszcze jakieś trzydzieści metrów i kończył się podłużną polaną opatuloną z obydwu stron ścianami lasu sosnowego. Jej przeciwległy kraniec leżał u stóp wzniesienia ze trzy razy wyższego niż to, na którym obecnie się znajdowaliśmy. Z tamtego miejsca wydawało się, że owo wzgórze, po którego zboczu niechybnie mieliśmy się wkrótce wgramolić, ma kształt idealnego stożka, niczym na bieżąco usypywana hałda górnicza, tyle że ze śniegu, albo piramida ostrosłupowa, której krawędzie równomiernie zeszlifował czas za sprawą sił wiatru i piasku. Na samym szczycie majaczył zarys dwu- lub trzykondygnacyjnej budowli o dachu spadzistym, a właściwie kilku takich dachach. Być może, gdyby nie bezchmurne niebo i jasne światło księżyca, które odbijało się od bieli stoku, dając efekt naturalnej iluminacji, w ogóle nie dostrzeglibyśmy schroniska inaczej jak tylko dzięki mętnemu światłu w paru oknach i gęstemu dymowi z komina wijącemu w powietrzu zaskakujące piruety. Widząc to wszystko, zadrżałem. Jednak niejasnych i trwożliwych odczuć nie wzbudził we mnie widok potęgi monumentalnego wzgórza skąpanego w tajemniczej poświacie, a przynajmniej nie był to ich główny powód. Może zbyt byłem młody na takie metafizyczne wzruszenia, a może po prostu zbyt zmęczony. Niemniej jednak – doznałem pewnej epifanii, gdyż w jednej chwili z wyjątkową dobitnością i w całej swej doniosłości objawił mi się fakt, który dojmował i jednocześnie przerażał swoim wymownym konkretem. Wszystko na próżno! A mówiąc wszystko, mam na myśli narty, które – wobec tego, że nasza droga wiodła nie w dół, a w górę – w jednej chwili stały się tak bezużyteczne, tyle warte, co Wittgenstein u fryzjera albo Bauman w sklepie mięsnym. Paweł również spoglądał na stromy przeciwległy stok – a minę miał nietęgą; przewidział również to, co miało nadejść w najbliższej chwili i zdołał uchylić się przed moim gniewnie wymierzonym ciosem sierpowym. Nie czekając poprawki z mojej strony – sam natarł i sklinczował mnie w pasie, kryjąc głowę między własnymi ramionami. Impet jego ataku mną zachwiał i – kiedy już wydawało się, że jakoś utrzymam równowagę – runąłem na ziemię, a Paweł (jako że się mnie uchwycił) padł razem ze mną. Zamiast się opamiętać, rozpoczęliśmy szamotaninę tak dziką i zajadłą, że – nim którykolwiek z nas zdążył pojąć bezcelowość tego zachowania – toczyliśmy się bezładnie i boleśnie po zboczu, na którym jeszcze przed chwilą staliśmy wściekli i wycieńczeni, ale stabilni i władni kontrolować położenie naszych członków. Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy sturlaliśmy się do miejsca, w którym stok łagodnie przechodził w płaską polanę. Pierwsza myśl, która mnie wtedy naszła – to takie głupie! – że Kordian nie zginął, skacząc ze szczytu Mont Blanc, bo przecież z wierzchołka nie byłby w stanie zeskoczyć do samego podnóża. Pewnie spadał tylko kilka metrów, a potem już toczył się po zboczu, co prawda nie trzydziestometrowym, ale wszak mógł to jakoś przeżyć, tak jak i myśmy przeżyli, choć niewątpliwie doznał dotkliwszych obrażeń. Skoro już przestaliśmy się staczać, zawarliśmy z Pawłem niemy rozejm, bo wystarczająco byliśmy poturbowani przez siebie nawzajem, a zwłaszcza przez siły fizyki. Wtem usłyszeliśmy cichy odgłos powolnego szusowania zbliżający się z kierunku, z którego dopiero co przybyliśmy w ten nieoczekiwany sposób. To zjeżdżały nasze narty, porzucone na rzecz bójki. Trzy z nich zatrzymały się kawałek przed nami, ale jedna (która zjeżdżała ostatnia, a należała do Pawła) dojechała do mnie i dźgnęła mnie w bok, na co Paweł zareagował wybuchem histerycznego śmiechu. Ja go nawet rozumiałem. Też bym się śmiał, gdyby nie ból. Doskwierający chłód śniegu kazał nam szybko się pozbierać. I odbyliśmy wtedy rozmowę, której treści dokładnie nie pamiętam, a używanych argumentów w tej chwili nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić… Dość powiedzieć, że parę chwil później wspięliśmy się z powrotem tam, skąd dopiero co byliśmy spadli. Zapięliśmy narty, szykując się do trzydziestometrowego zjazdu na polanę. Może był to swego rodzaju bunt w imię jedności świata albo inna mrzonka – równie durna, co i rozpaczliwa, próba nadania Sensu naszym działaniom – ja nie wiem; Paweł obecnie skłania się ku egzystencjalizmowi (co czyni go wyjątkowo passé), jego trzeba pytać. Mieliśmy tylko po jednym kijku, dwa pozostałe zaginęły w mroku, a nie było już czasu, żeby dłużej ich szukać. Po krótkim zjeździe, gdyśmy już znaleźli się na polanie w sposób godny i właściwy, tak jak mieliśmy od początku w planie, gdy poczuliśmy odrobinę zadowolenia z tego, że owym zjazdem dokonaliśmy odczarowania nieprzychylnego losu, na horyzoncie czekał już na nas kolejny problem. Podłużną polanę przemierzyliśmy jeszcze bowiem wraz z nartami, ale kiedy zatrzymaliśmy się u stóp stromego wzgórza, na którego szczycie znajdowało się schronisko, zrozumieliśmy, że nie chcemy dźwigać tego zbędnego balastu ani chwili dłużej. - Ja bym je tu zostawił – rzekł Paweł zdecydowanie. – Zabierzemy w drodze powrotnej. - A jak ktoś inny, być może też „w drodze powrotnej”, zobaczy je tutaj leżące i zabierze? - Eee… - To spore ryzyko. Ja wiem, że góry: kodeks honorowy, że raczej nie, ale nawet pośród orłów czasem świnia się trafi – perorowałem. - A pamiętasz, jakeśmy ostatnio na wychowawczej dobre maniery brali? – Pawłowi zabłysły oczy. – To wiesz, że w sawłarwiwrze masz tak, że jak jesz obiad i jeszcze go jesz, a na chwilę chcesz przerwę, to wtedy dajesz nóż z widelcem na krzyż i to znaczy: że proszę mi jeszcze talerza nie zabierać, bo ja to dojem. - Ano… - To i my teraz te narty tak położymy, że każdy, kto tędy przejdzie, powie: „Oho, te narty to ktoś co prawda zostawił, ale jedynie chwilowo i zamierza po nie wrócić.” I może nawet doda: „Był to człowiek wyjątkowo dobrze wychowany.” Argumentacja mojego druha nie była przekonywająca, ale była wygodna. Tak bardzo miałem dość dźwigania, że przystałem na wszystko bez oporu. (Nie na takie pomysły gotów byłem wówczas przystać, ale może nie mówmy o tym.) Skrzyżowaliśmy zatem jedne narty, obok drugie, a jeszcze obok dwa kijki, które nam zostały. Tak „zabezpieczony” ekwipunek zostawiliśmy na pastwę losu i znajomości dobrych manier wśród górali i turystów. Zabrać na górę postanowiliśmy tylko małe plecaki, które mieściły przybory niezbędne do wykonania naszej dziennikarskiej roboty. Buty narciarskie zmieniliśmy na dużo wygodniejsze trapery i również je zostawiliśmy, każdy obok swoich nart. A gdy schyliłem się, by z nadmierną, jak się wydaje, pieczołowitością, złożyć obok moich nart pokrowiec z butami, przez głowę przemknęła mi, aby za chwilę całkowicie się rozmyć, myśl – zupełnie idiotyczna – że oto w ofierze składam… Spojrzeliśmy w górę – wysoko, tam, gdzie chcieliśmy dojść. Z moich piersi uszło ciężkie westchnienie, z ust Pawła – stłumione przekleństwo. Rozpoczęliśmy podejście.
2. Doświadczenie
Do schroniska wspinaliśmy się niespiesznie, przeto nasze zmęczenie, gdyśmy już dotarli, było odrobinę mniejsze, niż się spodziewałem. Weszliśmy do środka, nie witani przez nikogo, i – podążając za szmerem głosów i śmiechów – odnaleźliśmy schroniskową stołówkę, w której byliśmy umówieni. Właściwie nie była to już stołówka, gdyż dostosowano ją do wymogu czasów i przeobrażono w skromną, ale przytulną, knajpkę: pełniła teraz rolę stołówki, świetlicy i karczmy w jednym. Oprócz kilku stolików i okienek do wydawania posiłków i odbierania brudnych naczyń – był telewizor, stół bilardowy, drugorzędny sprzęt grający, było kilka automatów do gier, był wreszcie bar, który nie tylko przyjmował zamówienia na jedzenie, ale też dysponował wcale pokaźnym zasobem tanich alkoholi i przekąsek; Coca-Coli mieli całą wielką lodówkę. Sala była bogato przyozdobiona lampkami świątecznymi, z których tylko jedne się nie świeciły – pomimo że mieliśmy już początek lutego, dawało to miły efekt. Gdzieś w rogu wciąż stała choinka – sztuczna, trochę przekrzywiona. Prócz lampek, ciemność pochłaniały jeszcze tylko słabe boczne klinkiety, więc w pomieszczeniu panował ciepły półmrok. Przez brudne, a może mętne ze starości, okna wychodzące wprost na zbocze, po którym jeszcze chwilę wcześniej byliśmy się gramolili, widać było świetlistą łunę nad kurortem Z., niby tęczę pośród mroku, a dalej już nic; księżyc przysłoniły chmury. Nasze przybycie zostało zauważone, ale nie wzbudziło większego zainteresowania wśród ludzi przy stolikach. Panowała atmosfera niezobowiązującej zabawy, było całkiem wesoło, bo prawie wszyscy pili alkohol, niektórzy palili papierosy, śmiano się i dyskutowano, ktoś kiwał się za stołem w rytm muzyki popularnej płynącej z głośników. Przesadą byłoby stwierdzenie, że trwała impreza, ale ogólny nastrój nie wskazywał raczej na to, że dzień wcześniej zaczął się Wielki Post. A się zaczął. Zajęliśmy wolny stolik. Z plecaka wypakowałem dyktafon, zapisaną kartkę, kartkę czystą i długopis. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda mężczyzna, z którym nas umówiono, ale zorientowaliśmy się, że prawie na pewno nie ma go jeszcze w pomieszczeniu. Pozostało nam zaczekać, więc wstałem i poszedłem do baru po dwie cole. Paweł nagabywał, abym A. zakupił, ale uznałem, że mogłoby wypaść niezręcznie, gdyby pojawił się ów człowiek, na którego czekaliśmy, a nas byłoby czuć. Przyniosłem dwie szklanki do stolika i postawiłem, a stawiając spojrzałem nieufnie na Pawła. Ten bowiem był jakiś odmieniony. Ledwie na minutę spuściłem go z oka, a w nim coś dziwacznego zaszło, o czym on sam najwyraźniej nie wiedział. Tak czasem bywa – gdy dostrzegamy na przykład, że kogoś bierze choroba, choć on sam nie odczuwa jeszcze żadnych dolegliwości. Nie wiem, przysięgam, że do dzisiaj nie wiem, skąd wzięło się u mnie to niejasne przeczucie, że niebawem coś złego nam się przydarzy i – że Paweł odegra w tym kluczową (niechlubną) rolę. Odwróciłem się tylko na sekundę, no może na dwie, by podsunąć sobie krzesło, a kiedy ponownie spojrzałem na stolik, jedna ze szklanek leżała na boku, a napój wchłaniał się w zapisaną kartkę i rozmywał niedbale nakreślone słowa. Nim zdążyłem ująć serwetkę, by odsączyć nią płyn, którego nie zdążyły jeszcze wpić papier i obrus, nie było czego ratować. Wtedy Paweł powiedział coś tak głupiego, że moja wściekłość ustąpiła miejsca zdumieniu. - To nie ja! – chociaż obydwaj wiedzieliśmy, że to on. Usiadłem w milczeniu. Wtenczas Paweł spróbował dodać nam obydwu animuszu. Podsunął mi pustą kartkę i długopis. - Przecież sam ułożyłeś wszystkie pytania. W mig sobie większość przypomnisz. Pisz, póki go nie ma. - No, niby racja… ale ty to ostatnio czytałeś, dałem ci przed wyjściem. Ja już nie całkiem pamiętam, jak to miało lecieć… Jak to tam szło? – wtedy Paweł, po chwili wahania, musiał przyznać się, że – pomimo moich zaleceń – nie przeczytał. Ponaglał mnie za to, naciskał: - Weź, pisz. Tak mniej więcej. Przecież musisz wiedzieć, o co chciałeś go spytać – wtedy z kolei ja musiałem się przyznać (co normalnie przyszłoby mi z wielkim trudem, ale nie było czasu na uniki), że wcale nie ułożyłem pytań do wywiadu, że zrobiła to za mnie pani redaktor. Co gorsza – ja też nie przeczytałem. - No to mogiła – powiedział któryś z nas. Zaczęliśmy gorączkowo myśleć nad nowymi pytaniami do naszego interlokutora. Najgorsze było, że nie mogliśmy nawet z grubsza oprzeć się na tym, co mieliśmy wcześniej wynotowane. Przez moment wydawało mi się, że jesteśmy w kropce. Pamiętałem, że pytania do wywiadu trzeba układać tak, aby odpowiadającemu dać sposobność powiedzenia czegoś ciekawego; czegoś, co zainteresuje i jeszcze tak, żeby odpowiedzi wnosiły pewną wiedzę obcą dotąd czytelnikowi… A mówiłem już właściwie, kim był mężczyzna, z którym mieliśmy za moment rozmawiać? Na pewno mówiłem, jakże mógłby to pominąć… przecież to najistotniejsza informacja z całej tej mojej gadaniny! Muszę zatem stwierdzić z całym przekonaniem, że w byciu kierownikiem schroniska górskiego nie ma nic, absolutnie nic, co mogłoby wydawać się interesujące dla piętnastoletnich (chociaż ówczesnego wieku Pawła nie jestem pewien) chłopców. O co go można zagadnąć? „A jak barany ryczą, to tu mocno słychać?” Kurwa! Wtedy, pod wpływem wytężenia wszystkich moich sił mentalnych i intelektualnych, przed oczami stanęły mi szeregi liter nakreślonych ręką pani redaktor. Niektóre z nich ułożyły się w słowa możliwe do rozczytania. Tak! Pamięć wzrokowa w kluczowym momencie przyszła mi z pomocą (możliwe, że pierwszy raz w życiu; później zdarzało mi się to dość często, ostatnio – prawie wcale). Niestety niewiele tego było, ale musieliśmy utkać jakąś sieć. Jakąkolwiek. Oprócz spójników, zaimków i przyimków zapamiętałem kilka rzeczowników, które określiłem wówczas mianem „konkretnych”: historia, miłość, dom, przyszłość. Na podstawie tych pojedynczych klocków, które nie dawały nam zbytniego pojęcia o całości pierwotnej układanki, naprędce budowaliśmy nową. Nie szło nam najlepiej. To jest – Paweł był zadowolony. Pierwsze i drugie pytanie właściwie ułożyły się same. Trzecie zajęło nas tylko na moment. Ja znowuż byłem odrobinę zażenowany banalnością i bezbarwnością tego, cośmy wymyślili, ale już po chwili przestałem się tym frapować, a przynajmniej nic nie dałem po sobie poznać, żeby nie zniechęcać mojego towarzysza – właściwie co mi tam! Mieliśmy zatem, jak do tej pory, trzy gotowe pytania: „Jaka jest historia schroniska, w którym się znajdujemy?”, „Pan chyba najlepiej rozumie, czym jest miłość do gór. Czy zechciałby nam Pan o niej opowiedzieć?” i „Czy to schronisko uważa Pan za swój drugi dom? A może pierwszy?” Nie zdążyliśmy tylko sformułować pytania ze słowem „przyszłość”. Spojrzałem przelotnie w kierunku drzwi wejściowych, a w nich stał już on: kierownik. Nie wiem, skąd wzięła się u mnie ta pewność (wszak nie widzieliśmy człowieka nigdy wcześniej), ale nie potrzebowałem się nad tym długo zastanawiać, gdyż i on rozpoznał w nas tych, którzy jego przyjścia oczekiwali. Uśmiechnął się serdecznie i skierował ku naszemu stolikowi. Czym prędzej zaprzestałem pisania, żeby nie wypaść nieprofesjonalnie. Jego przyjście – podobnie jak nasze – zostało przez innych gości schroniska zauważone, ale niemal zignorowane. Tylko ten, co się kiwał w takt muzyki – przestał. Co do aparycji naszego gospodarza –