Fantasy · 1 godz. 20 min czytania
pamiętnik 21-40
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
(21) Wracając do zdrowia... (szósty miesiąc, drugi tydzień, piąty dzień)
“- Ruszaj się szybciej. Uginaj nogi w kolanach. Trudno uwierzyć, że przez tyle czasu nic ci się nie stało. Nie rozumiesz, o co w tym chodzi? Nie mów mi, że miecz jest za ciężki. Będziesz musiała dźwigać ciężar znacznie większy niż to. I nie patrz się tak na mnie, jak bym ci krzywdę robił. Wyświadczam tylko przysługę, chociaż wcale nie muszę. Koniec odpoczynku. Atakuj. Z życiem! Shae wraz z Rivilnem postanowili mnie zapoznać z podstawami fechtunku. Na początku podchodziłam do tego z entuzjazmem. Wtedy, kiedy uczył mnie Riviln. A kiedy Shae, już nie bardzo... Jest i był zawsze bardzo wymagającym nauczycielem. Odnosiłam czasem też wrażenie, że wobec mnie szczególnie. Moje ramie wracało do dawnej sprawności, ale bardzo powoli. Na samym początku musiałam na nowo uczyć się chwytać przedmioty. Brzmi zabawnie, ale zabawne nie było. Przez okres kilkunastu dni byłam zmuszona zostać leworęczna, ponieważ miałam całkowicie sparaliżowaną prawą rękę. To odkrycie mnie kompletnie załamało. I też nikt mnie nie chciał uświadomić, że w moim przypadku to tylko tymczasowe. Dopiero kiedy zaczęło wracać czucie w palcach to łaskawie Shae mnie o tym poinformował. A łaskawie dlatego, że sam tak to ujął. Dodał również, że nie miał wcale ochoty o tym mi powiedzieć, póki sama bym nie zauważyła. Jak to stwierdził – nie należy mnie rozpuszczać, bo i tak jestem rozpieszczona. Ten dzień pamiętam jako jeden z tych przeżytych w całkowitej samotności i ciszy; nikt nie chciał wchodzić do pokoju, by czymś nie zarobić w głowę. W Shae rzucałam dwa razy – szklankami i wazonem, ale że lewą ręką to oczywiście nie trafiłam. Wywołało to tylko ironiczny śmiech. Zresztą, prawą też bym nie trafiła, ale przynajmniej by się uchylił. Potem zaczęłam wychodzić na samotne spacery w obrębie miasta. Zatęskniłam za otwartymi przestrzeniami. Tyle przeleżałam w łóżku... nie mogąc się ruszyć. Kiedy w miarę swobodnie mogłam już robić użytek ze swej prawej dłoni postanowiłam trochę poćwiczyć strzelanie z łuku. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w żaden sposób nie mogę napiąć cięciwy! Nie sądziłam, że do tego trzeba aż tyle siły. - Nie wysilaj się, księżniczko. Nie dasz rady. Shae stał oparty o drzewo i z lekką drwiną przypatrywał się moim daremnym wysiłkom. Zlekceważyłam tą uwagę i próbowałam dalej, lecz z tym samym efektem. Jak tylko mocniej napięłam mięśnie, przez ramie przechodził nieprzyjemny skurcz i zaraz po nim ból. - Jeszcze sobie krzywdę zrobisz. - Aż taka nieporadna nie jestem... - W tej chwili jesteś bezbronna jak małe dziecko. Chociaż nie – udał zamyślonego. – Małe dziecko potrafi rzucać małymi kamykami... celnie. - Zamknij się już w końcu! Przysięgam, że wtedy jak bym mogła ten łuk napiąć i wystrzelić to bym to zrobiła. W niego! Ale wiedział, że nie mogę i celowo mnie denerwował. - Skąd u Strażniczki taki język? I znów drwina. - Zrób mi przyjemność i wynoś się stąd. Nie prosiłam się o twoje towarzystwo! - O taak. To z pewnością. Ale takie mam akurat zadanie. Jestem twoim Opiekunem i muszę ciebie pilnować, byś znowu gdzieś nie uciekła. Gdyby nie to, że stał za mną i nie mogłam widzieć jego twarzy, przysięgłabym, że się uśmiechnął – jak zawsze nie mile. - Chociaż teraz nie jesteś w stanie. - Tak wygląda twoja opieka? Doprowadzanie mnie do szału?! - Jak najbardziej. A nawet nie wiesz ile czerpie z tego satysfakcji. Tego było zbyt dużo. Każdy ma swoje granice wytrzymałości, moje wtedy pękły. Im bardziej wracałam do zdrowia, tym bardziej czułam ciężar Jego obecności. Miałam dość... Obróciłam się na pięcie wycelowałam i strzeliłam. W tym samym momencie coś mi chrupnęło w ramieniu i zwinęłam się na ziemi z bólu. Nawet nie zdążyłam zauważyć, co właściwie Shae zrobił, bo wiedziałam że i tak nie trafiłam. - Mówiłem... – mruknął nade mną. Znów straciłam czucie w ręce... ale nie ból. - Przez ciebie... wynoś się stąd... - Nie bądź głupia – pochylił się i zaczął sprawdzać mi ramie. – Bark ci wyskoczył ze stawu. Muszę nastawić. I zanim zdążyłam zaprotestować znów usłyszałam chrzęst kości. Szybko, sprawnie i... boleśnie. Aż zobaczyłam kolorowe plamki przed oczyma. Shae też się lekko skrzywił. - Ta twoja rehabilitacja boli mnie bardziej niż ciebie... Zero odpowiedzialności. - Daj mi już spokój, dobrze... - Nie. Podniósł mnie delikatnie z ziemi i oparł o drzewo. Ja się zsunęłam na trawę. Wszystko mnie bolało. Przykucnął sobie naprzeciw i tylko wpatrywał we mnie bez słowa. Poczułam się nie swojo. Wyraz twarzy miał nieprzenikniony, jak zawsze. Ale po jakimś czasie doszłam do tego, że ten szczególny, świadczy o tym, że On się nad czymś zastanawia. Choć nie zawsze. Kiedy zauważył, że mnie to krępuję zaczął robić to coraz częściej. Po chwili wstał bez słowa i poszedł w kierunku bramy, zostawiając mnie samą. Tego samego dnia popołudniu Riviln powiadomił mnie, że będą mnie uczyć sztuki posługiwania się mieczem. Po to, aby moje ramie, nadgarstek i dłoń powróciły w miarę szybko do swej dawnej sprawności. Zapowiadały się długie i męczące dni... To ja już wolałam męczyć się z łukiem...”
(22) ... (szósty miesiąc, drugi tydzień, siódmy dzień)
“Moje odbicie... zmienia się. Spoglądam codziennie w lustro. Nie poznaje osoby, którą tam widzę. Kolor oczu stał się inny – stał się niebieski, przeraźliwie niebieski. To nie moje oczy... To nie jest moje ciało. Nie ja już decyduję... Na czole... rana; cały czas swędzi, ale już mniej. Wokoło zadrapań pojawiły się linie. Najpierw jasne, ledwo zauważalne. Z czasem coraz ciemniejsze, ostatecznie przybierając czarny kolor. Niby taki tatuaż. Ale to nie wszystko. Na samym środku pojawia się coś jeszcze. Myślałam, że może to jakiś pryszcz. Ale nie... Już dawno nic takiego nie zagościło na mojej twarzy... gdzieś od roku. Zakrywam czoło przepaską. Nie będę nikomu pokazywać. To taka wizytówka, kim jestem. To samo na dłoni. Również zaczęło pojawiać się znamię. Zostałam oznaczona, jak bydło na rzeź. Nie chcę tego... Nie chcę tego wszystkiego... Dajcie mi spokój!”
(23) Dni pełne niespodzianek ... (szósty miesiąc, trzeci tydzień, pierwszy dzień)
“Jestem taka zmęczona... Miną kolejny męczący dzień pełen treningu i wzajemnego przekomarzania się. Mam dość. Chce odpocząć w samotności. Chcę się już stąd wyrwać... sama. Ale gdziekolwiek się nie ruszę Oni pójdą za mną. Nie ufają mi. Sądzą, że znowu gdzieś ucieknę. Mają rację... Ale nie dziś i nie jutro. Chcę odpocząć...
Ogólnie rzecz biorąc ostatnie dni były pełne niespodzianek. Zaraz po tym, jak zaczęłam zaznajamiać się z mieczem wyszła na jaw prawda o moim łuku. Zawszę starałam sobie wygospodarować czas tak, żebym miała siły na trenowanie strzelania. I jak zawszę, kiedy gdzieś się sama udaje, poszedł za mną ogon, który miał irytujący zwyczaj przyglądania mi się, jak strzelam. I odpowiedniego komentowania tego. W ten dzień miałam jakiegoś szczególnego pecha i nie za często trafiałam w cel, nie mówiąc już o samym jego środku. - Rozpraszasz mnie Shae... - Staram się jak mogę. Westchnęłam. - Przynajmniej mógł byś nie komentować, jak już musisz tu stać? - A ty myślisz, że w ogniu walki będziesz miała cisze i spokój? I może jeszcze czas na zastanowienie się czy trafić czy może nie? A może jeszcze potrzebujesz czasu na wyrzuty sumienia? I na przypudrowanie nosa. Już zaczęło się we mnie gotować... - Nie bądź taki dowcipny i przymknij się z łaski swojej... - Nie ma mowy. Wiesz jak bardzo lubię z tobą rozmawiać – i się uśmiechnął, zdecydowanie zbyt złośliwie. Odsapnęłam. To nie sposób. Muszę nauczyć się go ignorować. Nałożyłam kolejny pocisk i naciągnęłam cięciwę. Nadal sprawiało mi to trochę kłopotów, lecz z dnia na dzień było coraz lepiej. Wycelowałam i wypuściłam strzałę. Ręka mi się zatrzęsła i pocisk poszybował gdzieś na prawo od drzewa, w które celowałam. Spodziewałam się teraz jakiejś kolejnej złośliwej docinki, ale nie. Aż zdziwiona odwróciłam się w jego kierunku. I tu niespodzianka; On już za mną stał. - Wyprostuj się – mruknął. – Robisz dwa błędy. Naciągnij łuk. Patrz przed siebie. Zrobiłam to, co powiedział. Szczerze zdziwiona jego spokojnym głosem, w którym nie było ani nutki złośliwości. - Tu powinnaś mieć wyprostowane – po czym chwycił mnie za łokieć prawej ręki i uniósł do góry. – Musi być linia prosta; bark z ramieniem. I łokieć lewej ręki całkowicie wyprostowany. Nachylił mi się nad uchem. Dziwnie się poczułam. - W ten sposób masz większą kontrolę nad strzałą. Teraz spróbuj. Strzeliłam. W sam środek. I o dziwo poszło mi znacznie lżej. Spojrzałam na niego. Ale bynajmniej nie spodziewałam się jakieś pochwały, czy czegoś w tym stylu. Podczas ćwiczeń z mieczem nigdy nie przyznał, że coś dobrze zrobiłam; nigdy nie pochwalił. Wręcz przeciwnie. Zaraz mi udowadniał, że tak naprawdę nic nie umiem. - Swoją droga skąd masz taką broń. Mogę? Zazwyczaj Shae się nie pytał, czy coś może czy nie. Po prostu robił. Ale jeżeli chodzi o broń to istniała taka nie pisana zasada, że trzeba się spytać, zanim weźmie się do ręki cudzą broń. Podałam mu łuk. Kiedy go chwycił zrobił dziwną minę. Potem się lekko uśmiechnął. Tak inaczej, z takim zamyśleniem. A może mi się wydawało. Napiął, wycelował, wystrzelił. - Wspaniała broń – mruknął. – Wiesz co to jest? - Nie. - To Kainze’ghen. Nie zdziw się, jak będziesz musiała go oddać. Nie chciałam go oddawać. Ale w pewnym sensie nie należała do mnie. I być może jeszcze nie urodził się ten, którego by ta broń zaakceptowała. Jak na razie była zwykłym łukiem. Tego samego jeszcze dnia toczyła się dyskusja na temat, czy zostawić łuk w moich rękach, czy może zawieść go do najbliższego obozu Walczących. O dziwo Shae przekonywał wszystkich, że lepiej będzie jak ja go będę miała. W razie czego będzie wiadomo gdzie go będzie można znaleźć, jak będzie szukany. Po za tym, jak On to stwierdził, nikt nie zrobi w tej chwili z niego większego użytku niż ja. Nie do końca rozumiałam, co miał na myśli. Dopiero kiedy zobaczyłam, jak Daishuu i Serel próbowali z niego strzelać. Mieli z tym poważny problem. Nie mogli do końca napiąć cięciwy. Byli niezwykle zdziwieni, że mi to tak łatwo idzie. Chociaż nie widziałam, żeby Shae miał z tym problem. - Natura Kainze’ghenów jest bardzo kapryśna - stwierdził.
Inna niespodzianka wywołała nie małe spięcie pomiędzy Vienem, Shae a Seleną. Następnego dnia po moim ocknięciu przyszła do mnie Alin. Była cała rozpromieniona. - Popatrz, co dostałam od pani Seleny! Złoty wisior; odwrócona łza opleciona liśćmi. - Pani Selena powiedziała, że mam talent... - O rany... Riviln, wiedziałeś?? – akurat też przebywał w pokoju. - Nie. Nie sądzę, by ktokolwiek wiedział. - Co sobie ta kobieta myśli?! - O co chodzi – spytała Alin ściszonym głosem, zbita z tropu. - Powiedziała ci, że masz nikomu nie mówić? Dziewczyna spuściła głowę. - Tak, ale... - Nic się nie stało – powiedziałam uśmiechając się. – Bardzo dobrze, że powiedziałaś. Zwróciłam się do elfa. - Muszę porozmawiać z tą kobietą. Chwilę później już byłam na dole. Selena niezadowolona wpatrywała się we mnie i wszystkich zebranych. Shae przyszedł jako ostatni. - Nie myśl sobie, że pozwolę ci ją zabrać do Karanelu – warknęłam. Władająca prychnęła. - Alin, dziecko, o coś ciebie prosiłam. - Jak to do Karanelu? – Vien był tym zdziwiony. - Alin ma talent, jak to Władająca określiła. - Talent? – Shae zmrużył oczy. – My wiemy co wy robicie z takimi... utalentowanymi dzieciakami. - To już nie wasza sprawa – odparowała dumnie Selena. – Alin zostanie Władającą, czy tego chcecie, czy nie. - Nie zabierzesz jej do Karanelu – powiedziałam powoli i wyraźnie, sylabizując. - Sheina – Alin wydawała się być nieco przestraszona. – O co chodzi? Co to za miejsce ten Karanel? Mimo, że powiedziała to szeptem wszyscy na sali usłyszeli pytanie i ze zdziwieniem wpatrywali się we Władającą. - Nie powiedziałaś jej?! Selena była już najwyraźniej zła. Ale z całych sił próbowała zachować resztki spokoju. - Nie powiedziałam, bo nie było o czym – w głosie słychać było złość. – Nie miałam zamiaru udać się do Stolicy. I również z tego nie mam zamiaru się wam tłumaczyć! - O... Shae uśmiechnął się drwiąco. - Czyżby nasza Władająca została wygnana? – głos miał cichy i nieprzyjemny. – Już sam fakt, że zadaję się z takimi... jak wy nas określacie?... mordercami, skazuję ciebie na banicję. Co takiego strasznego zrobiłaś? Selena zacisnęła pięści. Riviln pochylił mi się nad uchem i szepnął. - Lepiej będzie jak udamy się na zewnątrz. Nie jestem pewien co do tego, czy na utarczkach słownych się skończy. Miał rację, a ja nie chciałam się temu przysłuchiwać. Jednak ciekawiło mnie, dlaczego Selena nie chce, czy raczej nie może wrócić do Karanelu. Wyszliśmy na zewnątrz. Riviln postanowił to i owo wyjaśnić skołowanej dziewczynie. Karanel, inaczej zwany Stolicą nie jest żadnym krajem, a miastem. Właściwie jest to miasto będące sobie krajem. Nie słyszałam o nim wiele. Nigdy go też nie widziałam. Wiem, że jest to miejsce, skąd pochodzą Władające. Jeżeli Walczący szkolą się w swoich obozach, porozrzucanych po całym świecie, to Władające mają tylko jedno takie miejsce. Karanel jest równocześnie centrum kulturowym świata. Tam znajduje się największa biblioteka, w której składowane są wszelkie możliwe księgi. Również te, opisujące historię świata. Zwana jest Biblioteką Łez, i jest największa skarbnicą wiedzy, jaka istnieje. Istnieje pewnego rodzaju konkurencja pomiędzy Władającymi i Walczącymi. O przyszłych kandydatów. Karanel wysyła wielu swych przedstawicieli, by odszukiwali i przyprowadzali wszystkich tych, którzy mają dar. Nawet tych, których dar skłania się w stronę walki, niż magii. Inaczej rzecz biorąc – starają się, aby szeregi Walczących były jak najmniejsze. To jest swoistego rodzaju zawiść. Nie bardzo wiem, jaki jest tego powód. I też nikt nie chciał mi tego wytłumaczyć. Rekrutacja, jeśli można użyć takiego słowa, w obu przypadkach wygląda podobnie. Osoba, która ma dar, otrzymuję właśnie ten wisior; przeźroczysty klejnot w kształcie łzy, opleciony złotymi liśćmi. Dla Władających ta łza jest odwrócona. Kiedy dana osoba go nosi, klejnot zaczyna się zabarwiać. Kolor zależy od żywiołu, jaki patronuje umiejętności. Selena ma czerwony; kolor ognia. Vien niebieski; kolor wody. Riviln biały, z lekkim odcieniem niebieskiego; wiatr. A Shae - ciemna zieleń czyli ziemia. Władające żywią ślepą niechęć do Walczących. Krzyki kłótni, które zaczęły dochodzić z gospody (oraz szybkie opuszczanie jej przez tutejszych mieszkańców), tylko świadczyły o tym że Selena pomimo wygnania z Karanelu nie wyzbyła się wpojonych nawyków i toku myślenia. Nie chciałabym, aby Alin stała się taka sama...”
Część 22 / 5
(24) Ucieczka... (szósty miesiąc, trzeci tydzień, trzeci dzień)
“- Uciekaj!!! Jeszcze przez długi czas po wypowiedzeniu, to słowo dźwięczało mi w uszach. Może nie samo słowo, ale wszystko to, co pod nim się kryło. Głośno wykrzyczane w moja stronę. Ponaglenie, napięcie, strach... Shae bał się. I to było najgorsze....
Ten dzień zaczął się wyjątkowo wcześnie. Do mojego pokoju wpadł jak burza Riviln. Już sam fakt był dziwny. Nie uśmiechał się, a na jego twarzy gościły niepokój i spięcie. - Ubierz się i czym prędzej zejdź na dół. To nie była prośba. Polecenie, rozkaz. Coś nietypowego dla niego. Zaraz potem wyszedł. Chwilę później poczułam to. Niemal zakręciło mi się w głowie. Siedziałam przez ułamek czasu nieruchomo wpatrując się w ciemność za oknem. Już wtedy wiedziałam, że ten dzień będzie bardziej niż wyjątkowy. Kiedy się ubrałam przyszła Alin. Przyniosła, między innymi, pełen strzał kołczan i zapasy na podróż. Była wystraszona. Ale sama nie wiedziała, co się dzieje. Zbiegłam po schodach. Wszyscy już tam czekali. - Skupisko – wyjaśnił Shae jednym słowem. - Niedaleko stąd – dodał Vien. Wszyscy wyglądali na spiętych i zdenerwowanych. - Mieszkańcy już się barykadują w swoich domostwach. Mamy zamiar również zawrzeć na głucho główną bramę. I tutaj się bronić. Ale coś mi nie pasowało w obrazku, który przedstawiali mi Walczący. Spojrzałam na Shae. Miał dziwne spojrzenie. Takiego u niego jeszcze nie widziałam. - Jak wielkie jest to skupisko? Shae uśmiechnął się krzywo, nieszczerze. Wcale mu do śmiechu nie było. - W każdym razie jest nas za mało, byśmy mogli się obronić. Ręce mi opadły... - Co...? - Wszystko pójdzie w twoim kierunku Strażniczko. Ty je tu przyciągniesz – to była Selena. Zabrakło mi słów... - Dlatego ty, Władająca i ta młoda dziewczyna opuścicie gród w odpowiednim momencie. My się zajmiemy resztą. Głos Shae nie tolerował sprzeciwu. To już było ustalone. Bez mojej wiedzy i zgody. Jak zawsze. - Przecież powiedziałeś, że sobie nie poradzicie! – wykrzyknęłam. – I jeszcze na dodatek pozbywacie się Seleny?? Czegoś tu nie rozumiem. - Nasz opór to tylko odwrócenie uwagi – wyjaśnił Vien.- Żebyście mogły uciec. - Żebyś ty mogła uciec, Strażniczko – mruknął Shae. - I tak, kiedy się zorientują, pójdą za nami – dodała Władająca z przekąsem. - I dlatego ty idziesz z nimi, Seleno – dodał Vien. - Nikt mi nigdy nie powiedział, że będę musiała się opiekować małą Strażniczką, tylko dlatego, że ta nie umie walczyć. - Wcale nie potrzebuje jej opieki! Jej łaskawej, jak widzę, opieki – warknęłam. - Obie teraz zachowujecie się jak dzieci, a na to nie ma teraz czasu – tym razem odezwał się Riviln. – Kiedy uderzą na bramę wy wyruszycie dziurą w palisadzie, dokładnie naprzeciw głównego wejścia. Powstała dziś, więc Ożywieńcy nie będą o niej wiedzieć. Udacie się w las. Biegiem. Jak najdalej stąd. I jak najszybciej. - Bez względu na wszystko nie wolno wam będzie się wrócić czy zawahać. Nie wszystko do mnie docierało wtedy. Skąd Ożywieńcy? Skąd Skupisko? Przecież jedno nie dawno już było. A dwa w jednym miejscu się nie zdarzały! Byłam totalnie skołowana. Lecz zanim zdążyłam zadać jakiekolwiek pytanie stałam już na zewnątrz, pod palisadą, czekając na znak do ucieczki. - Myślałam, że inaczej to będzie wyglądać. Shae stał obok. Miał przypilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem, a jak by się coś posypało – zawrócić nas. Odwrócił się do mnie. - A co? Może miałaś w planach jakąś ucieczkę? – obojętnie jaka sytuacja by nie była, On zawsze znalazł miejsce na cynizm. – Cokolwiek by się nie stało i tak znów cię znajdziemy. Nie ciesz się. Uśmiechnęłam się tylko. Nie myślałam nawet o tym. I On o tym wiedział. - Mam nadzieję, że sobie poradzicie. Miejcie oko na Daishuu i Serela. W związku z tym, że jeden ani drugi nie zostali Walczącymi, nie nabyli odporności na wydzielinę Ożywieńców. Wystarczyło tylko jedno zadrapanie, by ich los był przesądzony na zawsze. Ja, Shae, Riviln, Vien i Selena posiadamy taką odporność. Nabywa się ją poprzez ciągłe obcowanie z energią. Chociaż ze mną to różnie było. Samo moje stanowisko pozmieniało moje ciało tak, by przystosować je jak najlepiej do określonego zdania. Wszelkie inne cele zostały odrzucone. Jeżeli więc celem stworzenia kobiety było urodzenie dziecka, to zostało mi to bezpowrotnie zabrane. Jak i inne, temu podobne... - O nas się nie martw – powiedział po chwili. – Masz. To może ci się przydać. Wręczył mi miecz. Ten, którym ćwiczyłam przez wiele, wiele godzin dziennie. Umieszczony w wygodnym futerale, przystosowanym do noszenia na plecach. - Scyzoryk? – uśmiechnęłam się. Tak go Shae nazwał. Wtedy, gdy po raz pierwszy dostałam go do ręki, On stwierdził, żebym przypadkiem nie myliła tego ostrza z mieczem, bo do prawdziwej broni mu daleko. Prawda była taka, że był krótszy i chudszy od standardowej broni. Został po prostu przystosowany do mnie. Z większym mieczem bym sobie nie poradziła, ot co. Shae uśmiechnął się lekko. Tak, tak. Uśmiechnął! Trwało to przez chwilę. Na sto procent był to uśmiech! Skromny i krótkotrwały, ale jednak. - Zrób z niego dobry użytek. Niech przynajmniej godziny, jakie wymęczyłem przy tobie nie pójdą na marne. - Kto przy kim się męczył? – żachnęłam się. - I nie daj się zabić... Spojrzał mi prosto w oczy. Strach, zwątpienie, niepewność. Pierwsze uderzenie w bramę rozeszło się głuchym echem. - Shae!!! To był Riviln. Zaczęło się. - Uciekaj!!! Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nie bardzo pamiętam jak przeszłyśmy przez ten otwór, jak znalazłyśmy się w lesie. Wiedziałam tylko, że po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciałam uciekać...”
(25) Sprzeczka... (szósty miesiąc, trzeci tydzień, czwarty dzień)
“Szarzało. Zbliżała się noc. Drzewa swymi gałęziami zamykały nad nami niebo. Od czasu opuszczenia Danteh’en odpoczywałyśmy tylko dwa razy. Alin była już wyraźnie wyczerpana. Jeszcze kilka kroków i padłaby zemdlona na ziemie. Dalszy bieg nie miał już sensu. Musiałyśmy znaleźć miejsce na nocleg zanim się ściemni. Chodziło tylko o to, by odpocząć. Nadal nie byłyśmy bezpieczne. Ożywieńcy są bardzo wytrwali w ściganiu swych ofiar. Ale na szczęście nie mogą się zbytnio oddalić od Skupiska, bo przestają po prostu istnieć. My wciąż byłyśmy zbyt blisko... Robiło się coraz chłodniej. To zapowiedź zmiany pogody. Teraz będzie coraz zimniej wieczorami. Nie tylko dlatego, że kończyła się pora letnia, ale również to, że podążałyśmy na wschód, w stronę Kaskadowych Gór. Tej nocy nie rozpaliłyśmy ogniska... Władająca stwierdziła, że wystarczy nam ciepłe śniadanie. Nie wiem jak ona sobie wyobraża rozpalenie ognia w sytuacji kiedy nie mamy nazbieranych drew. W ogóle nie wydaje mi się, żeby ona cokolwiek wiedziała na temat: jak przetrwać w lesie i nie zginąć. Sam fakt, że ubrała się w długą suknie na bieg po gęstym lesie o tym świadczył. Ale ja się nie odzywałam. Póki mam mapę i wiem gdzie jesteśmy jest dobrze. Gorzej będzie jak Władająca zechce zabawić się w kompas, lub w leśnego przewodnika. Przecież ona nie ma o tym bladego pojęcia! Uparła się, żeby zatrzymać się w miejscu w ogóle nie osłoniętym od ewentualnego deszczu. Nie wspomnę o tym, że nigdzie w pobliżu nie ma nawet najmniejszego źródełka. Chociaż po drodze wyczułam małe zbiorowisko wody. Ale nie. Ona musi mieć ostatnie zdanie. Ciekawa tylko byłam kiedy wpakujemy się w jakieś kłopoty. - Nie zaparzysz herbaty w zimnej wodzie, Władająca – mruknęłam, kiedy Selena wyciągnęła woreczek.- Po za tym mamy jej mało. Kobieta spiorunowała mnie wzrokiem, po czym uśmiechnęła się nieznacznie. - Masz mnie za głupią? Wlała nieco wody z manierki do małego, metalowego kubka. Postawiła go sobie na dłoni. Po chwili woda zaczęła parować i bulgotać. Z ironicznym uśmieszkiem wsypała szczyptę do kubka. - Może nam też byś zrobiła? - Sama powiedziałaś, że mamy jej mało. Zgrzytnęłam zębami. - Rozejrzyj się. Nie jesteśmy na salonach, w których przyzwyczaiłaś się bywać! Mogłabyś nieco powstrzymać ten twój wyuczony egoizm. Przestała się uśmiechać. - Uważaj Strażniczko. Twoje życie nadal zależy ode mnie! - Doprawdy? – uśmiechnęłam się bezczelnie. – A wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybyś zawiodła? Spojrzałam jej prosto w oczy. Tą jej pewność siebie trzeba było jak najszybciej wykorzenić. Była nie na miejscu i w złym czasie. Poza tym, gdyby jej przyszła fantazja pokazać mi, kto tu rządzi w chwili zagrożenia życia przez jakiegoś stwora... - Nikt by za tobą nie płakał. A poza tym nie ja tu jestem egoistką. Więc usiądź na miejsce, jak grzeczna dziewczynka i słuchaj tego co mówią starsi. - Przestańcie, proszę. Alin z niewyraźną miną przyglądała się nam. - Jestem bardzo zmęczona. Chciałabym się położyć... - Jasne, zaraz coś ci przygotuję – szybkim ruchem wyrwałam Władającej kubek i podałam go Alin. Już Selena otwierała usta, kiedy jej dyplomatycznie weszłam w słowo. - Nie odpowiadasz tylko za siebie ale i za nią – warknęłam. – A póki jestem z wami to zachowuj się jak na opiekunkę dla grzecznych dziewczynek przystało. - Czyżbyś zamierzała nas opuścić? Cóż za smutek i nieszczęście – ale jej ton wskazywał na coś dokładnie odwrotnego. - Przy najbliższej okazji. Szkoda tylko, że nie będę mogła zobaczyć miny Shae, kiedy się już z nim spotkasz. I z uśmiechem niewiniątka pomaszerowałam lekko w kierunku prowizorycznego miejsca na nocleg. Z zadowoleniem dostrzegłam jej blade, nie uśmiechające się już oblicze. Chyba sobie uświadomiła to i owo. Mianowicie to, że w takim przypadku śmierć była by dla niej wybawieniem. Bawiła mnie ta myśl. Bardzo chętnie ta kobieta by się mnie pozbyła, jak najszybciej. Lecz nie mogła. A ja miałam pewna przewagę, z której skwapliwie miałam zamiar korzystać. Zapowiadała się ciekawa podróż...”
(26) ... (szósty miesiąc, trzeci tydzień, piąty dzień)
“- Sheina... - Słyszę... - To są ci sami? - Nie wydaję mi się... - O czym wy mówicie? - Cicho! -... - Są wokoło nas... - Trzech na pewno... - Co to było?! - Za tobą! Widziałaś? Selena?? - Niczego nie widziałam i nie słyszałam. Zwidy macie. Idziemy dalej. - To nie są zwidy... - Znowu! Tam!! - Gdzie?? - Koło tego konara... Tam się coś ruszyło! - Chodźmy stąd czym prędzej. - Zaczynacie działać mi na nerwy... - Zbliżają się. Podchodzą coraz bliżej. To na pewno nie są ci sami co wcześniej... - No oczywiście, że nie. To my was wcześniej śledziliśmy! - Teraz nam to mówisz?? - Sheina... - Chodźmy stąd jak najszybciej....! - Tam się coś poruszyło! - Przecież tu nic nie ma, Władająca... - Alin, nie zostawaj w tyle. - Już idę... - Koło ciebie... - Co...? - Uważaj!!! - Aaaaaaaaaaaa!!!! - Alin!!!!!!!! - Weźcie to ze mnie!!!!!!! - Pokaż, gdzie??! - Wgryza mi się w rękę!!!! - Co to jest?! - Nie ruszaj się! Na Stworzycielkę... co to za paskudztwo? - Sheina... twój nóż. Daj mi go. - Boli!!! Weźcie to zeee mnieee....! - Takie małe cholerstwo a nie chce się odczepić... - Ja to zrobię. Alin, nie ruszaj się... Cholera... - Nie pokalecz jej ręki... - Już... Możesz to uzdrowić? -.... - Selena? - “To” się nadal rusza... - Co...? - Przecież rozerwałam to na pół!! - Zwykłym nożem.... - Na Stworzycielkę.... - O czym... wy mówicie... - Musisz coś zrobić... - Wiem... - I to szybko... już blednie... - Wiem... wiem!!! Jeszcze kilka może tu ich być... - Nam nic nie zrobią. Skup się na niej... - Widzę jeszcze jednego... tam... jakiś tysiąc razy większego... - Dobrze... ja się nim zajmę. A ty... zajmij się nią. Nie pozwól byśmy ją stracili!! - Alin... popatrz na mnie... Alin! Musisz spróbować wejść tam. Dasz radę? - Tak... spróbuję.... -Trzymaj się... Wiem co zrobić...”
(27) ... (szósty miesiąc, trzeci tydzień, szósty dzień)
Część 33 / 5
“Ludzie to cholerni hipokryci! Najpierw obiecują sobie coś solennie. Zarzekają się na wszystkie świętości, że będą postępować tak a nie inaczej, bez względu na wszystko. A potem co? A potem jak przychodzi co do czego robią coś wręcz odwrotnego! Ale... Bywa tak, że postanawiamy sobie coś pod wpływem pewnych wydarzeń. Najczęściej takich, na które nie mieliśmy wpływu, które zaskoczyły nas swą nieprzewidywalnością. Z którymi nie umieliśmy sobie poradzić... Nie lubimy takich sytuacji. Staramy się unikać ich za wszelką cenę. Postanawiamy sobie, że już nigdy w ten sposób nie zachowamy się, nie doprowadzimy do kolejnego błędu. Do kolejnej katastrofy. Ale... Okazać się może, że nasze postanowione zachowanie, nasze z góry określone reakcje są złe. Nie tędy droga! Dobrze się stanie, jeśli zauważymy to w porę, zanim stanie się jakaś katastrofa...
Szczęście, że jestem hipokrytką. Przynajmniej moje głupie postanowienie nie doprowadziło do śmierci Alin. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła...”
(28) Trucizna... (szósty miesiąc, czwarty tydzień, pierwszy dzień)
“Świat nabrał dziwnych barw. Zaczął się rozmywać i kołysać. Moje ciało stało się ciężkie. Noszenie go stawało się niewiarygodnie bolesne, uciążliwe. A gdyby tak porzucić swe ciało? Nie... to nie możliwe... Jest mi gorąco. Kręci mi się w głowie... To była chwila. Położyłam obie ręce na chłodnym ciele Alin. I świat zwariował. Albo ja... Przez chwilę nie wiedziałam gdzie się znajduję, co się dzieje... Kształty się rozmazały, kolory zblakły. Gdzieś w tle usłyszałam czyjś głos, cichy szept. A może głośny krzyk? I ta ciemność przed oczyma... Chwilowa, jednolita czerń, pochłaniająca mnie chciwie. I to uczucie, że chce tam iść, do tej nicości... Ale nie mogłam. Coś mnie trzymało po tej właściwej stronie... Trzymało i nie chciało puścić. Nie miało zamiaru, nie mogło...
Trwało to ułamki sekund. Ocknęłam się na ziemi. Leżałam koło Alin. Ona spała, spokojnym zdrowym snem. Mnie się zbierało na wymioty. Wszędzie widziałam kolorowe plamki. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Ale to też trwało jedynie ułamek sekundy. Selena siedziała obok. Miała dziwny wyraz twarzy. Za nią leżała spora kupka popiołu. Zresztą wszystko wokoło było okopcone. Moimi oczami popiół ten miał tylko chwilowo kolor pomarańczowy. Ożywieniec.
Tak działa jego trucizna...”
(29) Prosto przed siebie... (szósty miesiąc, czwarty tydzień, drugi dzień)
“Selena była tak miła, iż wytłumaczyła mi to i owo. W chwili położenia przeze mnie rąk na ciele dziewczyny wszystko zaczęło się dziać samoistnie. Można powiedzieć, że wyssałam z niej truciznę, a moje ciało wchłonęło ją niczym gąbka. I zneutralizowało. Trwało to chwilkę, a ja odczułam tego skutki. Nie wielkie, jak to stwierdziła Władająca, w porównaniu z tym, co czuje zwykły śmiertelnik. Wszystko zależy od organizmu. Im silniejszy tym dłużej potrafi opierać się truciźnie. Ale końcowy rezultat jest i tak taki sam... Im potężniejszy Odmieniony tym silniejszy był człowiek, z którego powstał... Kiedy trucizna całkowicie ze mnie wyparowała i kiedy drzewa znów stały się zielone, ruszyłyśmy w dalszą drogę. Las się przerzedzał. Lecz nie było najmniejszego śladu cywilizacji. Nic dziwnego. Tutaj rozpoczynała się niepisana i niezaznaczona nigdzie granica pomiędzy ludzkimi osadami, a Wielkim Wschodnim Borem, krainą elfów. Selena zdawała się o tym nie wiedzieć. Cały czas mówiła coś o dotarciu do najbliższego zajazdu i oczekiwania tam na Walczących. Nie docierały do niej sugestie, że najbliższa gospoda jest wiele kilometrów stąd i to w przeciwnym kierunku. Jedno, co wiedziałam na pewno to, że zbliżałyśmy się nieuchronnie do Evehre’ester – ośrodka Walczących Wysokich Elfów… Ciekawy będzie ten dzień naszej wyprawy, kiedy dotrze to do Władającej.”
Część 44 / 5
(30) ... (siódmy miesiąc, pierwszy tydzień, czwarty dzień)
“To nie był szybki marsz, ani też trucht. My biegłyśmy. Uciekałyśmy! - To twoja wina! A tak. To była jej wina, jej Władającej Seleny. A ona bezczelnie się jeszcze odgryzała, że moja. Moja?! Jaka moja?!?! To nie był mój pomysł, żeby prosić “tych miłych panów” o schronienie, o nocleg, za który chciała zapłacił złotymi monetami Karanelu. Złotymi!! Przecież na odległość było widać, że to zbóje i mordercy. Ale nie. Ja się przecież nie znam! A teraz siedzą nam na karku i już nawet nie szczególnie dbają o jakiekolwiek pozory. Prawda – wystarczyłoby, gdyby Selena wymówiła najgłupsze zaklęcie, chociażby snu. Na pięciu ludzi równocześnie – nie miałaby z tym żadnego kłopotu. Ale znów veto. Bo ona nie może. Nie może używać energii przeciwko zwykłym ludziom! Litości! Jakiś głupi kodeks Władających. I więcej – zabroniła mi robić cokolwiek! Bo, cytuję “są to zwykli ludzie, starający się utrzymać przy życiu, pracują w ten sposób na chleb, a których my mamy chronić”. A kto nas ochroni, jak oni nas dopadną?? Przecież w najlepszym razie nas pozabijają. A co mogą zrobić przed tym? Ja nie mam zamiaru dopuścić do tego, by taki brudas, gbur jeden się mną “zabawiał”! Nie ma mowy! Prędzej ich wszystkich powybijam. Co do nogi! Inna sprawa, że wtedy będę się musiała zmierzyć z Seleną. A z nią nie wygram… - Skoro ten twój głupi kodeks zabrania krzywdzenia ci innych ludzi, to powiedz mi w takim razie, jak ty masz zamiar przeżyć? Więcej, jak masz zamiar nas utrzymać przy życiu?! Bo jak na razie marnie ci to idzie, Selena! Oczywiście nie umiała na to odpowiedzieć. W jej mniemaniu skoro od razu widać kim jest, wszyscy powinni kłaniać się jej w pas trzęsąc portkami. A ona jeszcze łaskę zrobić chciała, mówiąc o zapłacie. Ale się zdziwiła… Dobrze jej tak! A teraz biegniemy przez jakieś pola, bagna, grzęzawiska, po kolana w błocie. Tylko czekałam, aż Selena zacznie biadolić nad swoją jedwabną sukienką. - Absolutnie się nie możemy zbliżyć do drogi, przecież! Tam na nas będą czekać! - Tam znajdziemy pomoc i tam się udamy! - Jaką pomoc?! Liczyć możemy tylko na siebie. Zapomniałaś gdzie się znajdujemy? Zapomniała… - Tutaj nie ma żadnych większych osiedli ludzkich! - Twoje mapy są nie dokładne. Nigdzie na świecie nie ma tak, że nie ma osiedli ludzkich! Tak, tylko z tą różnicą, że tereny tak zwane ludzkie tutaj się kończą. O czym Władająca również raczyła nie pamiętać. - Tam jest jakiś dom! Alin odzywała się rzadko, kiedy “dyskutowałam” z Seleną. Ale jej słowa zawszę jakoś kończyły nasze dyskusję. Do następnego razu… Dom wyglądał na stary i opuszczony. Nic nam po nim – mała rozlatująca chałupka nad brzegiem rozlewiska. Nawet gdyby ktoś tam mieszkał to nie udzieli nam pomocy. Przeciwko pięciu ludziom, uzbrojonym w sztylety? Głupotą było by, narażanie ewentualnych mieszkańców. - Idziemy tam! - Zwariowałaś?! - Jak nie chcesz to nie idź! Aż przystanęłam zdziwiona. - Mówisz poważnie? Ja bardzo chętnie. Uśmiechnęłam się posępnie pod nosem. Oczywiście, że nie mogę… - Nie wygłupiaj się! Musimy jak najszybciej dotrzeć do tego domu. - A co potem, Władająca? Jeżeli te zbiry nas dopadną w tym domku, to nie będziemy miały drogi ucieczki. Ale o tym też nie pomyślała. - Zobaczymy na miejscu. Ona kompletnie nie wiedziała, co robić. I nie chciała się do tego przyznać. A jeszcze los mnie skazał na jej łaskę i nie łaskę. Co za ironia! Los mnie nie lubi… Kiedy podeszłyśmy bliżej stary domek nie okazał się rozklekotaną małą chałupką. I bynajmniej nie opustoszałą. Jej mieszkaniec wyszedł nam na spotkanie. - Wen vesel, Ziderlen. Co was tu sprowadza? Alin posumowała. - To elf! Wspomniany uśmiechnął się lekko, przyjaźnie. - Elfy w Wielkim Wschodnim Borze nie należą do rzadkości – i roześmiał się dźwięcznie.
No tak. Głupi ma szczęście. Nie wiedząc nawet, kiedy dotarłyśmy na ziemie elfów. I, jak na razie, jesteśmy bezpieczne.”
(31) ... (siódmy miesiąc, pierwszy tydzień, piąty dzień)
“Spokojna noc. Cieszę się, że dotarłyśmy tutaj. Możemy w końcu wyspać się porządnie, zjeść coś dobrego. Umyć się! Już cała lepka się czułam od tego brudu. I najważniejsze – nie muszę czuwać w nocy. Jestem zmęczona. Teraz dopiero poczułam, jak bardzo. Kiedy się odprężyłam. Zmęczenie zawszę wychodzi wtedy, kiedy człowiek w końcu może odpocząć. Wówczas dopiero się czuje, ile przeszedł kilometrów, bądź ilu nie przespał nocy. W podróży to jest normalne, a zwłaszcza w mojej. Zawszę w drodze – zawszę czujna. Ani chwili odpoczynku, bądź odprężenia. Ale w końcu się wyśpię, tak porządnie…”
(32) Sen... (siódmy miesiąc, pierwszy tydzień, piąty dzień)
“Noc przyniosła sen. Przyjemny. Taki, o którym chciałoby się pamiętać. Taki, który chciałoby się urzeczywistnić. Jak balsam na poranioną dusze… Byłam w domu. W Rivelsi. Z rodzicami, ze siostrą, z przyjaciółmi. Byli tam wszyscy! Nawet dziadkowie, którzy umarli kilka lat wcześniej. To był zwyczajny dzień. Mama pracowała w ogrodzie, doglądała warzyw, wyrywała chwasty. Tato w szopie obok polerował drewno na nową szafę. Dostał zamówienie od sąsiada, pana Walgri. Tato robił najlepsze meble w okolicy… Siostrzyczka, Melshira… Ona zawsze lubiła ładnie się ubierać. Podkradła mi jedna z moich sukien. Jak zawszę… To nie był zwykły dzień. To były moje urodziny. Ostatnie w domu… Zanim…
Część 55 / 5
Nie ma już domu. Dokąd ja wrócę? Mamo, tato… Pomóżcie mi… Co ja mam robić… Nie chce być sama… nie chcę…!”
(33) !!!... (siódmy miesiąc, pierwszy tydzień, piąty dzień)
“Wiem jedno. Przynajmniej teraz. Zostaję. Nie uciekam. Mam już tego dość. Poczekam… na Niego. Niech dzieję się co chcę. ZOSTAJĘ!!!
Jestem tylko ciekawa, kiedy mi się odmieni… Ale na razie cisza o tym…”
(34) I czekam... (siódmy miesiąc, pierwszy tydzień, szósty dzień)
“Martwię się… Spoglądam często przez okna. Wypatruję. Mam nadzieję, że nic Mu nie jest…
Lilei był tak uprzejmy i pozwolił nam zostać u siebie kilka dni. Choć z pewnością nie było mu to na rękę. Tak się składa, że jest on swego rodzaju wartownikiem. Obserwuję swoją okolicę. Jego skromna, jak nam się na początku wydawało chatka w rzeczywistości jest znakomicie ukrytą wierzą obserwacyjną. Pozwolił nam nawet wejść na jej szczyt. Widok był wręcz wspaniały! Czyste i przejrzyste powietrze zapewniało widoczność na wiele kilometrów. Nic i nikt się nie ukryje. Takich punktów obserwacyjnych minęłyśmy około pięciu. Lilei wiedział o tym, że zmierzamy w jego kierunku już dzień wcześniej. A to, że u niego jesteśmy jest wiadome w Nanaderkh’en już od przedwczoraj . Zastanawiałam się tylko, czy on jest świadomy tak do końca, kogo gości pod swym dachem. Dziś pozbawił mnie złudzeń. Wie… Każda z nas dostała swój malutki, ale jakże przestronny pokoik. Wnętrza skromnie, ale i tak zapierające dech w piersiach. Wszystko; krzesła, stoliczki, łoża wykonane z taką dbałością o szczegóły i z taką… lekkością i łatwością. Wyglądało to tak, jakby drewno samo ułożyło się właśnie w taki kształt, jakby gałęzie specjalnie splotły się, by stworzyć wygodne oparcie dla pleców. Nie ma topornych siedzisk, tak typowych dla ludzkiej architektury, które w każdej chwili mogą się rozlecieć. Tutaj meble wyglądają tak, jakby nic nie ważyły, będąc jednocześnie niezwykle solidne. Po prostu piękne. Architektura Morskich elfów, która przeważa w Sul’lasill, wygląda nieco inaczej, lecz widać podobieństwa. Dziś rano, zaraz po tym, jak się przebudziłam, zapukał Lilei. Uśmiechnął się lekko. - Śniadanie – powiedział cicho i wszedł do środka. Trochę mnie to speszyło. Wczoraj zjedliśmy wszyscy razem, a tu tym czasem przynosi mi je… do łóżka. - To jest nie potrzebne. Już wstaję. - Ale ja chciałbym z tobą porozmawiać na osobności, jeśli można. Trudno was rozdzielić. Uśmiechnęłam się. To prawda. Władająca była dziwnie podejrzliwa, co do elfa. Nie dopuszczała do sytuacji, w której któraś z nas była by sam na sam z nim. Nie wyjaśniła mi, dlaczego to robi. I nagle sobie przypomniałam, że nie mam zasłoniętego czoła. Ale było już na to za późno… Lilei usiadł obok, tacę ze śniadaniem położył na stoliku. Przyglądał mi się przez chwilę. - Władająca była nie do końca ze mną szczera. - Co masz na myśli? Uśmiechnął się. - W przeciwieństwie do ludzi, my doskonale wiemy, na jakich zasadach ten świat istnieje. Co go podtrzymuje przy życiu… Zabawne, ale wtedy pomyślałam o tym, jak pięknie jego jasnobrązowe włosy błyszczą w słońcu. - Chciałbym się dowiedzieć, co się stało. Dlaczego Ty tu jesteś. I w dodatku sama. - Czy to ważne? Znów się uśmiechnął, tym razem uspokajająco. - Nie musisz się martwić o swoją anonimowość w świecie ludzi. A tutaj – o swoje bezpieczeństwo. Ale ta… Władająca jego ci nie zapewni. - Wiem. Przez nią mamy raczej więcej kłopotów. Westchnęłam. Opowiedziałam mu pokrótce o tym, dlaczego nie ma ze mną moich opiekunów. Lecz nie do końca wszystko. Od momentu napaści Ożywieńców na Danteh’en. Ale jak się okazało resztę znał. Stwierdził jeszcze, że w historii nie było takiego przypadku, kiedy to Strażniczka próbuje uciekać od swoich obowiązków. Słyszeliście go?! Próbuje!! Przemilczałam swoje niedawne postanowienie… - Niestety, nigdzie nie zauważono twoich Opiekunów. Być może obrali inną drogę. Pokręciłam przecząco głową. - Riviln jest bardzo dobrym tropicielem. Wiedziałby… - W każdym razie – powiedział wstając – Kiedy tylko coś się zmieni, natychmiast o tym się dowiem. Obecności twojego drugiego opiekuna trudno będzie… nie zauważyć. Uśmiechnął się dziwnie, nieswojo. I wyszedł, życząc smacznego. Tak… Żaden Mroczny elf nie postawił swej stopy w Wielkim Wschodnim Borze od czasów Wygnania… Jak tylko Shae się pojawi, będzie o tym gwarno na całej jego długości i szerokości. Mam tylko nadzieję, że inni wartownicy będą wiedzieć o tym, że do tego akurat Drowa się nie strzela. Albo, że im nerwy nie…