Proza · Przygoda · 8 min czytania
Pamiętnik dziadka Jerzego
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pamiętnik dziadka Jerzego
Dzień pierwszy
Wysiadłszy z pociągu, pierwsze kroki skierowałem na rynek, by kupić kilka paczek słynnych pierników. Zorientowałem się, że ludzie dziwnie na mnie patrzą. Zacząłem spoglądać, czy nie mam poplamionych spodni albo innej części garderoby. Wyglądało na to, że moje ubranie jest czyste jak łza. Spojrzałem jeszcze na buty. Prawy był na prawej stopie a lewy na lewej. Wszystko się zgadzało. Jeszcze się dotknąłem i zobaczyłem metkę nie po tej stronie. Okazało się, że miałem założoną koszulkę na lewą stronę. Dzień dobry Bardo! Pogoda była upalna. Powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem. Z kieszeni wyjąłem kartkę z adresem. Dom numer siedem, ulica Leśna. Po dwudziestu minutach dotarłem na miejsce. Tynk z cegieł lekko się odkruszył. Wszedłem po kilku schodach i podszedłem do drzwi. Zapukałem. Nikt nie otworzył. Postanowiłem spróbować ponownie, ale tym razem głośniej. Nagle drzwi się otworzyły, a z wnętrza domu wyszła starsza pani, z chustą na głowie.
– Przepraszam, pralka akurat wirowała i nie usłyszałam pukania. – Nic nie szkodzi, cieszę się, że trafiłem. – Zaprowadzę pana do pokoju. – Dobrze. – Tutaj będzie pan mieszkał. Proszę oto klucze. – Dziękuję. – Ten większy klucz otwiera pokój, a ten mniejszy cały dom. – Nie ma problemu. – Tu jest pokój, a tam aneks kuchenny. Deska do krojenia, czajnik, talerze i sztućce; wszystko, co potrzebne do przygotowania posiłku. – Dziękuję bardzo. – Skąd pan przyjechał? – Z Wrocławia. Podróż pociągiem trwała nieco ponad godzinę. – A czemu akurat do naszej miejscowości? – Chcę po prostu odpocząć i się wyciszyć. – Zwykle młodzi ludzie tacy jak pan, studenci, przyjeżdżają w większych grupach, a pan przyjechał sam, to rzadkość. – Nie mam szczęścia w relacjach z ludźmi. Wie pani, wolę w spokoju pozwiedzać, niż kłócić się z rówieśnikami o to, kto przyniesie piwo. – Jest pan bystrym młodym człowiekiem. – Tak, przynajmniej dopóki nie popełnię czegoś głupiego. – powiedziałem żartobliwie. – Jak pan się nazywa? – Wiktor. Miło mi panią poznać, pani… – Jadwiga. – Przyniosłem dla pani dwie paczki pierników. – Tylko, że mam cukrzycę. Ale i tak wezmę!
Część 22 / 2
Rozpakowałem plecak i rozgościłem się w niewielkim ale schludnym pokoju. Nie potrzebowałem luksusu, wystarczył mi dach nad głową i żeby było przytulnie. Poczułem głód. Zaparzyłem filiżankę czarnej herbaty, a następnie wyciągnąłem z plecaka kanapki z żółtym serem i rzodkiewkami. Z wnętrza plecaka wydobyłem pamiętnik, za którego przyczyną przyjechałem do Barda. Scyzorykiem przeciąłem kartonowe opakowanie i wyjąłem z niego pamiętnik. Wakacje wakacjami, ale moją główną pobudką było coś innego. Testament dziadka mnie tu przywiódł:
To, że to czytasz, znaczy, że mnie już nie ma. Moją ostatnią wolą jest przekazanie Ci pamiętnika. Kluczem do jego zrozumienia jest miejsce mojego pochodzenia. Miejscowość, w której przyszedłem na świat i gdzie spędziłem lata, o których nigdy Ci nie mówiłem. Tam odkryjesz, dlaczego niektóre tematy były u nas rzadko wspominane. Pojedź w to miejsce Wiktorze. To moje pożegnanie z Tobą kochany wnuczku. Dziadek Jerzy
Zacząłem lekturę pamiętnika. Wiedziałem, że to może nie być łatwe. Jednak po to tu przyjechałem. Okazało się, że był napisany w języku niemieckim, którego w ogóle nie rozumiałem. Nie miałem ochoty tłumaczyć każdego słowa za pomocą jakiegoś translatora. Znalazłem biuro tłumaczeń w wyszukiwarce Google. Okazało się, że mieściło się w centrum. Jako, że było jeszcze wcześnie, od razu tam wyruszyłem.
Lipcowe słońce wciąż świeciło wysoko na niebie. Droga do centrum biegła wzdłuż cmentarza. Biuro tłumaczeń znajdowało się na ulicy Głównej, w pobliżu grodziska. Drzwi do starej kamienicy były otwarte. Wszedłem do środka. Przy biurku siedziała