Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 47 min czytania

Pamiętnik masażysty -częśc druga

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Młody chłopak w wyniku glupoty ojca traci wzrok i aby się leczyć zostaje masarzystą erotycznym. jest powiernikiem wielu kobiet.Wplątuje się przypadkowo w aferę kryminalna i przekonuje się ,ze człowieka mogą spokać rzeczy straszniejsze niz kalectwo.Pozdrawiam. Dwa bieguny.

– Panie Adamie, panie Adamie – usłyszałem ciche wołanie. Za drzwiami salonika stała administratorka.– Zaraz przyjdzie żona wicepremiera XY. Dużo od niego młodsza. Kobieta arogancka i pewna siebie. Firmie bardzo na niej zależy. Przyjdzie bez wiedzy męża, więc może będzie mniej ekspansywna. Administratorka znikła, zostałem z własnymi domysłami. – Sterylny gabinet rozpusty – usłyszałem głos rozleniwionej i kapryśnej dziewczyny. W saloniku powiało zapachem ekskluzywnych perfum Trauble, znanych mi u jedynej klientki, śpiewaczki opery. – Czuję się, jestem zaniedbana. Zmyliłam pogonie, potrzebuję relaksu. Lubię być traktowana, jak kurwa. Przełknąłem z wrażenia ślinę. Mocno powiedziane. Z usług tych istot nie miałem okazji korzystać. Od czego jednak wyobraźnia. Od kurew wymaga się działań pokrewnych do moich. Tyle, że bez rękawiczek. To zapewne miała na myśli pani premierowa. Zależało na niej firmie, więc i mnie na niej, tym bardziej. Podkusił mnie detko. Zaryzykowałem całą swoją dalszą karierę. –Więc, czemu stoisz, jak chuj na weselu? – zadedykowałem jej słowa, podobne do tych, jakie wypowiedziała do mnie swego czasu Jaworzanka, żona młynarza, kiedy wyprowadziła mnie za stodołę.– Czy mam cię dmuchnąć na stojąco, w przyodziewku? – dorzuciłem. – Nie daj czekać! – Och! – stęknęła z aprobatą.– Jakiś ty cham. Rozbierała się rzucając ciuszki pod nogi. Wiedziałem, czego się trzymać. Nie spuściłem z tonu. – Co my tu mamy? – obmacałem ją, jak ojciec na piątkowym targu diabelną klacz, źródło jego i mego nieszczęścia.– Cycuchy rzepy, jest się, na czym pohuśtać. Biodra – skromnie. Można się poobijać. – Tego cwaniaczku za wiele. Grzało mnie wielu i nikt się nie poobijał. Nie muszę być dla byle chuja za hamak. Po raz pierwszy dotarło do mnie, jak obrzydliwa jest wulgarność. Słownictwa pani premierowej pozazdrościłaby pijaczka i prostytutka produkująca się często w nocy z ostatniej zachowanej w okolicy czynszówki . – Ich sprawa, Twierdzę, że biodra męskie. Można się poobijać. No i przyciasnawo. – Zgrywasz się na Rasputina? Tym Rasputinem mnie zagięła. Słyszałem o Miczurinie. Usiadłem na brzegu stołu i zrobiłem znudzoną minę. – Chcesz mnie zamrozić? − pani XY spokorniała. – Wierz mi, nie jestem nadętą cipą. Gdybyś trafił na sponsora o czterdzieści lat starszego. Czy to by cię kręciło? Nie zamierzałem prostować jej życiowych dróg. Pozostawała jednak wciąż cenną klientką – Czy trwasz wciąż przy pomyśle dziwki? – spytałem. – Może masaż zrobimy jednak w innym wcieleniu? – Jestem dziwką. Wcielam się jedynie w bogobojna małżonkę impotenta. Milczałem. Kto wie czy w rzuconych na podłogę cuchach nie ma podsłuchu? Słyszy się o tym. Może to podpucha? A może zgrywa? Potem, w domu, będą się podniecali nagraną rozmową. Wciąż byłem podejrzliwym wieśniakiem.. – Czy jestem jako dziwka odpychająca? Na skinienie tego upierścienionego w rubiny paluszka przeleci mnie każdy, do ministra włącznie? Czy mam ci powiedzieć o tobie? – Jest pani jednak nadęta – nie oddałem jej inicjatywy – Ty zaś hipokrytą. Uważasz nas wszystkie za dziwki, tylko mnie odmawiasz tego prawa. Uparłeś się? – Kładź się! – znowu się wczułem w rolę knajaka.– Chcesz, to będziesz miała. Położyłem ją na brzuchu. Ta pozycja mnie mocno kręciła. Dlaczego więc miałem sobie odmówić? Do dzisiaj lubię. Lubię przezwyciężać tworzące się w pozycji od tyłu, wąskie, jak w karafce gardło, i wyskakiwać w miękką, jak rękawiczka przestrzeń. – Unieś się na łokciach – zadysponowałem. Loszek wyżej. Sięgnąłem pod brzuch, po twarde bufory. To było coś dla mnie. Piersi, zwłaszcza nawisłe, właśnie tak. Wielgachny dotykał mi niemal pępka. – Loszek? Mam, co najwyżej norkę. Też mi coś. Pozwól mi go popieścić – poprosiła przymilnie pani XY. Rozpaliłem jej wyobraźnię prowokacyjnym stwierdzeniem o ciasnocie jej wnętrza. – Nie!– odparłem krótko. Zgrabnie naprowadziłem wielgachnego na niedomknięty futerał pani XY. Uniosła się z kolan na palce stóp. Chciała spojrzeć. Ujrzeć choćby przez chwilę, uwierającego ją w brzuch drąga. Zwinęła się w pałąk, gdy wielgachny zaklinował, i wyciskając powietrze z jej wąskiego wlotu, parł, jak tęgi kołek do środka. Nie mogła dobyć głosu. Uderzała rękami o stół, jak wielki, przygwożdżony ptak próbujący zerwać się do lotu. Prułem jej sztolnię. Kilkakrotnie padała. Zwycięsko się podnosiła. Nie ustawałem. Doczekałem się finałowej odsłony, granej przez nią roli dziwki. Byłem naprawdę jej usatysfakcjonowanym klientem. – To, co zarabiasz i drugie tyle. Chce cię mieć tylko dla sobie. Co ty na to? Znałem nieprzekraczalne granice. Chwyciłem się silnie za głowę. Z krzykiem pobiegłem do pokoju odpoczynkowego. Wiłem się, jak w epilepsji. Pani XY nie wezwała pomocy. Z zadziwiającym spokojem odczekała mój udawany atak, a ja, wyostrzonym słuchem wyłowiłem dźwięki świadczące, że zainteresowała ją stojąca w saloniku sekretera. – Nie bądź dzieckiem – powiedziała.– Żartowałam. Wiem, że taka propozycja jest dla ciebie nie do przyjęcia. Będę tu jedynie często wpadała z zachowaniem pełnej ostrożności i dubeltowa zapłatą. Tego mi nie odmawiaj. Tuż po jej wyjściu przejrzałem sekreterę. Byłem pewny, że zainteresowały ją zgromadzone tam akcesoria z sex shopu. Wszystko leżało na miejscu. Dolna, pusta szuflada, była leciutko niedomknięta. Schyliłem się i natychmiast uderzył w moje nozdrza nieznany, mdły zapach. Nie był to żaden ze znanych mi dotychczas zapachów kwiatowych, owocowych, zielonych lub drzewnych. Kojarzył mi się bardzo luźno z zapachami ambrowymi, słodko-korzennymi, ciepłymi, trwałymi. Pomacałem ręką. Coś tu się rozsypało. Na opuszkach palców pozostał osad, jak kreda albo mąka. Liznąłem. Smaku toto nie miało. W szufladzie była też niewielka karteczka papieru. Nigdy do tej najniższej szuflady nie zaglądałem. Poprosiłem pod jakimś błahym pozorem sprzątaczkę do siebie. Gdy już wychodziła z saloniku powiedziałem: – Klientka zgubiła jakąś karteczkę, może coś ważnego? – „Migdały w Morskim Oku w piątek” – przeczytała treść kartki – Idiotyczne! Wyrzucić? – Nie, może to jakiś motyw piosenki. Była dziś w saloniku śpiewaczka. Po jej wyjściu położyłem kartkę na miejsce. Byłem zaintrygowany. O co tu mogło biegać? Co zabrała ze sobą w nieszczelnym opakowaniu pani XY? Może to były narkotyki? Nie znałem ich zapachu. Czy to ona zostawiła niezrozumiałą informację? A może tą informację pozostawił ktoś inny? Może nie była przeznaczona dla niej? Kto i kiedy zostawił w szufladzie nieznaną przesyłkę? Postanowiłem szufladę wziąć pod nadzór specjalny. Kto jednak mógłby mi pomóc w rozwiązaniu zagadki? Nie miałem przecież jak przeczytać ewentualnych informacji, ani stwierdzić, czym jest zawartość przesyłek? A Sonia? Przecież to pies policyjny, tyle, że niezbyt, jak na gust mundurowych, posłuszna. Była szkolona między innymi do wykrywania narkotyków. Cicho gwizdnąłem pozostawiając otwartą szufladę. Odszedłem od sekretery. Wilczyca otarła się pyskiem o moją rękę sygnalizując swoją obecność. – Szukaj narkotyków! − powiedziałem głosem mundurowego. Zakręciła się i usiadła. –Szukaj trawki! –wrzasnąłem. Zrozumiała. Ruszyła w stronę sekretery. Po chwili krótko szczeknęła. Byłem niemal pewny. Potwierdziła mój domysł.

Pani Z.K. mówiła cichutko, głosem śpiewnym i zalęknionym. Czy na pewno trafiła pod właściwy adres? Wzbraniała się przed rozbieralnią. Siadła na brzegu kozetki i milczała. Milczałem sądząc, że sprawa się sama wyjaśni. Moja klientka powiedziała: – Jestem tu za namowa przyjaciółek, niemal wbrew sobie. Czy jest pan to w stanie zrozumieć? − spytała. Mówiła tak cicho, że musiałem się nad nią schylić. – Oczywiście − zełgałem, bo przecież niczego nie rozumiałem. – Trochę posiedzę i pójdę. Niech przyjaciółki wiedzą, że nie stchórzyłam, ale że nic z tego nie wynikło Ha! Coś jednak zrozumiałem – Do, czego chce pani je przekonać? – Że nic nie jest mi w stanie pomóc. Jestem niewydarzona. – Proszę mi podać rękę. Pani Z.J. wahała się, bo trwało to dość długo. Ująłem smukłe, zimne dłonie i leciutko je uścisnąłem. Odpowiedział mi daleki, prawie nie wyczuwalny, uścisk. Ogrzewałem jej dłoń, ruchem pełzającym, zewnętrzną powierzchnią kciuka. Zsunąłem pierścionek z palca i położyłem na stoliku obok. Odpiąłem bransoletkę zegarka. Nie protestowała, aczkolwiek to był początek negliżu. Delikatność, perwersja i gra, ujęły ją, zaciekawiły. Wciąż kciukiem, ucisnąłem parokrotnie, mocno, jej jeden, a za chwilę drugi kciuk. Niepostrzeżenie dla samej siebie rozluźniła się. Budziła się z jakiegoś chłodnego odrętwienia. Ucisk krawędzi nadgarstka, potem skraju dłoni, poniżej małego palca, pobudził, witalność, radość, pożądanie. Odgiąłem długie wypielęgnowane paznokcie. Bezwiednie wbiła mi je ostrożnie w dłoń. Bez żadnych oporów, zdjąłem z prawej nogi pantofel. Ująłem jej stopę prawą ręką, a palcem wskazującym lewej, masowałem od czubka pięty do zewnętrznej kostki. W odruchu, lekko rozwarła nogi. Złożyłem ręce na jej barki pocierałem szyję i górną część pleców, ugniatałem ku górze boki szyi, aż stały się miękkie i ciepłe. Przeczesywałem głowę, nawijając jedwabiste włosy na palec. Drżała. Tuliła policzek do mojej ręki. Pocierała się uchem. Znowu ująłem ją za rękę i uciskałem każdy palec po kolei. Powoli przesunąłem dłoń w górę do jej ramienia, wokół barków. Zatrzymała i położyła ją sobie na falującym biuście. – Rozbiorę się – szepnęła. Paraliżującemu wstydowi na zmianę przyszła wzmożona ruchliwość i wyczuwalna nadpobudliwość. Ciało pani Z.J., jak trawa o poranku, pokryło się drobniutkimi kropelkami rosy. Pachniała świeżo i podniecająco. Położyłem dłoń na pagórkach stromych, z czapeczkami, jak szypułki żołędzia. Drugą, sięgnąłem do granicy twardych, wijących się włosów. Wylewały się, jak fala na gładki, pozbawiony grama tłuszczu, brzuch. Piersi były alabastrowe i chłodne. Drażniłem je w nadziei, że są nie tylko piękne. Pod pępkiem biło gorące źródło i stąd wypełzły obudzone żądze. Pieściłem te jej kamienne obłości, brzuch i uda. Marszczyły się, jak lustro wody pod podmuchami wiatru. Gdy zbliżyłem się do pomarańczy z brakującą cząsteczka owocu, pani Z.J, gwałtownie zatrzepotała rękami. Zmierzwiła sobie włosy. – Nie! Nie! Nie! Po stokroć nie! Nikt mi cipki nie całował. Nie! Wstyd mi. Nie! Pozornie odstąpiłem od zamiaru. Wiedziałem, że tam właśnie, w pomarańczowej skórce soczystego owocu, znalazły u pani Z.J. siedlisko, piorunujące moce. Musiałem tę szkatułkę otworzyć kluczem „Czakra korzenia”. To sposób przywracającym wolę, płodność, prokreację. Masowałem, wklęsłość. Nie rozwierałem jej. W pachwinach i wyżej, delikatnie, paznokciami zaczepiałem i drażniłem cebulki włosów. Rozchylała uda. Wilżyła. Nagarniałem do brzegów pęczniejącej bruzdy ciepło. Rozstępowała się przed najlżejszym muśnięciem. Prowokowała, była już w stanie wessać. Pod kobiercem włosów pulsował elastyczna zasadzka. Bez ładu i składu, podnosiła się, siadała. Kładła i znowu się podnosiła. Tężała i wiotczała, całowała moją głowę i szyję. Dotykała nieśmiało ręką wielgachnego i cofała rękę w popłochu. Objęła mnie ramieniem za szyję, a wolną ręką odpięła wolno fartuch i koszulę. Potarła się o mój tors. Pocałowała przez twarde włosy pierś. Szukała ustami języka. Płochliwie sięgnęła do błyskawicznego zamka u spodni. Gotowała się do miłosnych godów. Nie odrywałem dłoni od rozwartej, szklistej rysy. Przyciskałem ją dość silnie. Spodem drażniłem, twardą, wielkości małego palca, łechtaczkę. Wiła się. – Jestem wstrętna! Czyż nie? Głos miała chrapliwy, przerażony. Opuściłem stół. Schyliłem się. Położyła mi nogi na barki i zesztywniała z emocji. Wypełniłem otwarty przesmyk językiem. Rozmywałem, znane mi z własnego doświadczenia, narodzone z odmienności, kompleksy. Lizałem dorodne pnącze. Krzyknęła. Upadła do tylu. Znieruchomiała. Krzyknęła przeraźliwie. Wyplątała ręce z mych rąk i chwyciła się pod pośladki. Tarła dłońmi brzuch i łono. Dotknąłem łechtaczkę wielgachnym. Palcami udostępniała wlot i stękała. Mocowała się. Nie przerywając jazdy, pieściłem. Wziąłem udział w amoku. Szukała mnie rękami, udami, piersiami. Podrzucała biodra i uderzała silnie pośladkami o stół masażowy. Drążyłem bezlitośnie. Dała upust nagromadzonym siłom trzeciej czakry i zaległa w cichości. – Jestem wdzięczna, wdzięczna, wdzięczna! Przyjaciółce, panu, światu. Odnalazłam się. Rozwiodę się. Nie jestem winna, że nie dojrzał we mnie kobiety. Położyłem dłoń na jej łono, drugą na piersi. Zdumiałem się. Piersi były lepkie.

Szeherezada

Tego dnia klientki trafiały mi się, jak kapryśne dni wiosną. – Chcę, abyś mi pieścił piersi. Nie robił cyrku, że ich prawie nie mam. Na castingach macają, pytając, czy nie jestem trans. Narzeczony też nagle dostrzegł ich brak. Szarpie, jakby miał pretensję. A przecież temu, zawdzięczam, że jestem modelką z pierwszej półki. Paradoks? Większość projektantów to homoseksualiści. Ale tworzą modę. Zmęczyłam się. Chcę się poczuć kobietą z pod Rzeszowa. Są małe, ale nabierają kształtu pod męską ręka. Żeby było tak, jak na to zasługuje moja kobiecość, wypieść moje piersi, zauważ je. Nowa klientka pachniała perfumami z tak zwanego układu serca. Takie perfumy są bardzo trwałe, delikatne i zapadają w pamięć. Stosowałem zasadę, że jeśli mnie klientka na wstępie tyka, i jeśli jest młoda, ja również przechodzę na ty. – Jak sobie życzysz – zgodziłem się. – Czy przychodzą do ciebie modelki? Co o nich sądzisz? – spytała zrzucając ciuszki. – Mało, kto zwierza się mi ze swego zawodu. Ja zaś nie pytam. – Mamy coś ze sobą wspólnego. Jestem towarem na sprzedaż, podobnie jak ty. – Jeśli tak sądzisz. – Nie chciałam cię urazić. Oboje jesteśmy towarem. Nie mam nawet prawa do oceny czy ciuch jest piękny, czy nie. Nie mogę powiedzieć, ”jaki beznadziejny ciuch”. Ja go mam najlepiej zaprezentować. Nie do ciebie, należy ocena kobiecości. Nie powiesz mi:” taka zabiedzona, bez cycek, bez bioder, co z niej za kobieta? ”Masz mi jedynie dogodzić. Nosisz koszulkę sportowa „Dżilas.” Czy wiesz, że ja je wprowadziłam na rynek. Tym brakiem piersi, który przy trykotach wydaje się szczególnie seksualnie niepokojący. Jeśli nosisz również majtki tej firmy, to je zawdzięczasz moim chudym biodrom i udom. – Mój wybór ciuchów jest machinalny. Nawilżyłem dłonie olejkiem. – Nie prościej powiedzieć, że na świecie wszystko jest po trosze potrzebne, i wszystko, jest po trosze na sprzedaż. Lubisz mówić o małych rzeczach wielkimi słowami. – Jakiś ty elokwentny. Proszę, nie zdziw się – poprosiła z ujmującą bezradnością. Temat piersi można omawiać na wiele sposobów. Jednak w jej wypadku… Po prostu nie miała piersi. Na kursie, zaliczono by ją do typu anorektycznego. Natomiast długości nóg natura jej nie poskąpiła. Tak jak chciała dotknąłem kompromitujących wypukłość, jak u początkującego kulturysty. Pulsowały. Masowane wypinały skórę, jak w ciasnawym staniku. Wypiętrzały się i sterczały, jak ostre dziobki piskląt domagających się pokarmu. Naszczypywałem, sutki jak piegi, i i czułem, że się kleją. Muskała palcami mój kark. Z jej ust nie wydobył się najcichszy dźwięk, westchnienie czy jęk. Czy to możliwe, żeby się człowiek czuł obco we własnym ciele? Przemiennie masowałem opuszkami palców piersi i brzuch, jakbym werblował. Położyłem obie dłonie i mocno uciskałem stojące drobinki. – Może da tu jakiś rezultat działająca bardziej na wyobraźnie figura?– pomyślałem Poprosiłem, by przewróciła się na brzuch i oparła na kolanach i łokciach. Dotyk brzucha i piersi od dołu. To niby nic, a jednak pewna sztuka. Podłożyłem prawe przedramię pod oba wzgórki, a lewe ramie, nie bez skrytego zamiaru wsunąłem między udami pod brzuch. Rytmicznie poruszałem nie tylko całymi płatami ciała na brzuchu i piersiach. Pocierałem z jej aprobatą gorącym ramieniem o szparkę. Rezultat był przesądzony. Przygniotła moje ręce ciałem, zakleszczyła moje ramię miedzy udami i w zupełnej ciszy przeżyła swoje uniesienie. Odwróciła się na plecy. Musnęła mi wargami usta. Gładziła mi dłonią głowę speszona i zaniemówiła. Nachyliłem się do jej wygolonych dołków pachowych. Drażniłem ustami wewnętrzną, spierzchniętą powierzchnię ud. Wróciłem do dzióbków na wzgórkach. Wzgórek, jak ustnik instrumentu dętego zmieścił mi się w ustach. Wyrzuciła z siebie kłębuszek jęków. Drżąc stygła. – Gorąca terapia – szepnęła – No i proszę. Co jest właściwie grane? Nie jesteś zimna? Powiedziała: – Tak dobrze robił mi w dzieciństwie brat. –Lubisz zmyślać? Chcesz szokować? Jeśli ci to jednak do czegoś potrzebne… – Pieściliśmy się tylko. Potem jeden taki mnie… Po tym przestało mnie brać. Taki jest los niemal wszystkich modelek. Uważają, że modelka to nogi, tyłek, twarz. Dobrze się jej płaci. Jest do reprezentacji. Nie jest seksy. Baby w niej nie widzą. Kosztowny wieszak. Narzeczonemu imponuję na ulicy. Do łóżka ciągnie te z biustem i dupą. Milczałem. Samotność nie ma widocznie jednego oblicza, i ta moja, wcale nie jest czymś szczególnym. – Będę wulgarna. Przypomniałeś mi, że mam macicę. Zamierzam z tego przypomnienia skorzystać – dodała.– I przepraszam za cyrk z uszczypliwościami. Nie jesteś żadnym towarem. Jesteś niezrównany. Długo się ode mnie nie uwolnisz. Pani Ina zastrzegła, że zależy jej wyłącznie na relaksie. Postny piątek, czy co? Perfum używała zaborczych, orientalnych, o przewadze wanilii, cynamonu, rodzynek. Zatem trudno mi było uwierzyć jej zapewnieniom. Miałem za sobą godzinną przerwę. Bez obaw wziąłem się za nią z poprawką na jej prawdziwe oczekiwania. Położyła się z wdziękiem księżniczki. Relaksowałem. Pedantycznie docierałem do najgłębszych warstw mięśni. Chwytałem pełnymi garściami jędrne, nie pozbawione tłuszczu, ciało. Zapewne bolało. Po chwili ból zmieni się w kojący balsam. W nozdrza wnikał egzotyczny zapach perfum. Rósł przyjemny, podniecający zapach ciała. Kobieta pachnąca wzbudza samcze pożądanie. Czy wytrwa w roli królewny z drewna? Obróciła się twarzą do mnie. W ręce dostała mi się góra jędrnego ciała. Piętrzyły się, jak świeże pieczywo, gorące piersi. Brzuch kusił miękkością. Palce utonęły w gęstwinie zarostu. Wpełzłem w baranicę i muskałem cieniutkie, ukryte w futrze, pęknięcie. – Że też po ohydnej awanturze mam chęć na seks? Że mam chęć w ogóle?– powiedziała niepewnie pani Ina.– Jak ty to robisz? – Nie zrażam się nastrojem. Moja praca. Masowałem jej ramiona i dotykałem wilgotnych dołków pachwowych. To one wydzielały głównie ten podniecający mnie zapach. – Zwalczam objawy – powiedziała trochę zawstydzona. – Po, co? – wymknęła mi się uwaga. To świeży, przyjemny zapach – poprawiłem niezręczność. – Ja jednak. Skoncentrowałem się na piersiach. – Można mieć rozkosz za pieniądze i można dać rozkosz za pieniądze. Co o tym sądzisz? – Jaki prowadzi biznes?– pomyślałem. Wplatała palce w moje włosy. – Nie daję się całować w usta. Czy ty też? Zdaje się, że zacząłem się czegoś domyślać. Schyliłem się i pocałunkiem zaprzeczyłem. – Zapłacę. Nie depiluję się, bo sądzę, że naturalne jest bardziej podniecające. Jestem bardzo czysta i zdrowa. Proszę, nie bój się mnie. Ciągnęło mnie do niej od początku. Pokrewieństwo dusz? Chciałem by zakosztowała rozkoszy nie tylko za cenę pieniędzy, lecz również oczekiwania. Byłem ciekaw jej umiejętności. Nigdy chyba później nie spotkałem kobiety, której bardziej leżałaby profesja, której już się do końca domyśliłem. Leżała z podgiętymi kolanami i rozłożonymi udami z trójkątnym pagórkiem porośnięty miękkim włosem. Dotknąłem rozchylonego już futrzanego kołnierzyka. Wtuliłem twarz. Było mi z tym dobrze. Stała się czuła, radosna i z lubością się podsuwała na przeciw. Moszcząc twarz w gęstych puklach nie próżnowałem. Czubkiem języka wniknąłem w koronki zrolowane w wałeczek. Rozwinęły się, jak wstążeczka. Ułatwiała i wskazywała mi drogę w głąb, ruchami bioder i brzucha. Syczeniem sygnalizowała, że kołaczę do właściwych wrót. Rola drewnianej królewny nie wystarczyła. Wzdychała i cicho jęczała. – Wejdź! Zgaś pożar! – ostro się domagała. Jasno. Wyraziście. Zdumiewające? Niewiarygodne? Ona, która mogła mieć tego dobrego po dziurki w nosie, i jeszcze opłacone? Nie spieszyłem się. Wstążeczkę pęczniała. Drżała i falowała. Wykiełkowała też z napletka fasolka. Szklił się pod językiem prześwit. Tam zdążałem. Z jej ust wydarł się głośny szept kobiecego podziwu na widok wielgachnego. Rozwarłem delikatnie szczelinkę i zagłębiałem w niej początkowo płytko pocierając żołędziem o aksamitne wargi. Po mistrzowsku uciskała zwieraczami krocza grot wbijającej się w nią strzały. Przyjmowała powtarzające się jedno po drugim uderzenia, głębokie i coraz szybsze. – Och!– jęczała równie prawdziwie, jak jedna z miliona przeciętnych kobiet na całym bożym świecie.– Kochany – szepnęła delikatnie bez cienia wulgarności i wyuzdania, jak czyni to kobieta oddająca się nie za pieniądze. Czułem świadomie przez nią wywołane w niewielkich odstępach wewnętrzne skurcze pochwy. Stękała, pociła się, więziła i chłonęła. Wypatrywała zapewne na mojej twarzy tego szczególnego grymasu, który każdej kobiecie dostarcza niepowtarzalnego uczucia satysfakcji. Uderzałem z premedytacja coraz silniej wyczuwalną, elastyczną macicę. Oboje na chwile strąciliśmy poczucie rzeczywistości. Każde z nas krzyczało coś niezrozumiałego Zdyszany leżałem wciąż w oplotach jej długich gorących nóg. – Teraz ja. Pocałowała mnie w usta, w pierś i brzuch. Spłynęła, wrzątkiem do pachwin i uderzyła, jak elektryczność. Oszołomiła ilością doznań. To był czas fioletu. Rozkraczyłem ją po raz drugi spontanicznie. Żigolak i prostytutka. Przejęła inicjatywę. Nie wypuszczając z rozkosznego uchwytu wielgachnego, sprytnie wydostała się na wierzch. Mając mnie pod sobą, używając swojej wypróbowanej, ekscytującej broni, skurczami i rozkurczami, jak miarowymi uderzeniami serca, rozkosznie dopingowała w sobie moją nieustępliwą męskość. Wypięty w łuk, trzymałem się kurczowo skórzanych uchwytów za głową. Dała mi do wiwatu!

Terapeuta.

Czekałem na zapowiedzianą klientkę. – Kim pan jest? – zapach nie pozostawiał wątpliwości. – Mężem pańskiej klientki. Biedulka, czeka za drzwiami powiedział przyjaźnie nieznajomy. – To sprawy nie wyjaśnia? – Bo też nie da się jej wyjaśnić w dwóch słowach. Żona przestała mnie akceptować. Katastrofa. – Czy mam jakiś związek z tym smutnym wydarzeniem? – Pan jest ostatnią nadzieją. – Nie jestem lekarzem. – Tych zaliczyliśmy bez liku. Hm, hm. Psychicznych też – szepnął.– I nic. Do łóżka, ani podejdź. W głowie się nie mieści, co się porobiło. Przywiozłem ci ja kobietę z Azerbejdżanu, z samego Baku. Wystarczyło ją dotknąć. Czasem musiałem uciekać. Teraz ona ucieka. – Nie leczę − powtórzyłem uprzejmie. – Jestem bardzo zamożnym człowiekiem. Moja żona też – zdeklarował się bez wyraźnego związku z czymkolwiek. – Proszę nie mieć mi za złe, ale to przecież prawie pański zawód. Nie chciało mi się dociekać, co miał na myśli, wspominając mój zawód. Zapewne nic pochlebnego. – Pan się pomylił. Zabrzmiało to, jak „spływaj!” – Zmarnotrawiłeś czas Kaziczku? – usłyszałem ochrypły, ale ciepły, kobiecy głos. – Wszystko na nic Ajszo. Pan nie chce o niczym słyszeć. – Bo niby, co? Jak mąż się zgadza i przy nim. Tego nie zabrania nawet moja wiara. Mąż ma prawo wiedzieć, po czyjej stronie wina. Czy choć powiedziałeś, o co chcesz prosić? – Nie – przyznał. – Kobiecie nijak – stwierdziła pani Ajsza.– Ale kiedy trzeba. My w Baku przywykliśmy się radzić

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%