Fantasy · 1 godz. 15 min czytania
Pamiętnik Sarabi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Każda historia zaczyna się od początku, prawda? Ale nie ta. Nie nasza. Nie historia Sarabi i Kodiaka. Nasza historia zaczęła się od pożegnania...z domem. Mieszkaliśmy i mieszkamy w parku Yellowstone, wtedy mieszkaliśmyw rejonie Amethyst Mountain, ale ludzie uśpili nas i przenieśli do rejonu Slough Creek. Tak się zaczęła nasza historia. Od pożegnania. Jestem Sarabi Mam rok, trzy miesiące i trzy dni. A to jest mój partner, Kodiak Kodiak ma rok, cztery miesiące i siedem dni. Jesteśmy-tu się pochwalę-parą! Jednak o dzieciach nie myślimy poważnie. Jeszcze...mamy na to czas. Lubimy razem spędzać czas, zwłaszcza bawiąc się w berka! To tyle o nas. Mieszkamy w najpiękniejszym miejscu na świecie Cześć!
Obudził mnie Kodiak. Obudził, liżąc delikatnie w nos. -Haloo...Księżniczko, pora wstawaaać... -Hmm...hmm...hm? hmmm...Jeszcze pięć minut, chyba że las się pali...powiedz mu, uaaa-tu ziewnęłam głośno-żeby, uaaaa, poczekał... -Nie! Ależ, Sarabi, nie pali się! Musimy wyruszyć na polowanie! Zerwałam się jak oparzona. -Wow, poczekaj, kochanie!!! Od tego nie zależy nasze życie...! -Twoje niee...ale moje tak! Jestem głodna! -Koszmarnie? -Wilczoo koszmarnie! -No to chodź, zapolujemy! Mieszkamy tu od niedawna, ale już wiemy, gdzie są elki. Mają swój teren, jeżeli zejść w prawo z naszej skały i iść za rzekę. Podobno są gdzie indziej, ale my jeszcze nie zdążyliśmy tam pójść. Więc zobaczyliśmy elki... -Tfu, jak zwykle w wodzie-skrzywił się mój partner. -Nie martw się...! ja zaatakuję, a ty tylko oddzielisz ją od pozostałych! -Dobrze, księżniczko...spójrz, ta wygląda na słabą-Kodiak machnął głową w stronę elki, która właśnie wyszła z wody na równoległym brzegu i spokojnie skubała trawę. Nie spodziewała się, że zaraz zginie...bo jak my polujemy, ja nie odpuszczam, Kodiak zostaje w tyle, a ja niezmordowanie gonię ofiarę, póki nie dostanę tego, czego chcę... -Iuuaa!!!-Elka wydała nieokreślony dźwięk, kiedy gwałtownie uczepiłam się jej zadka i zaczęłam gryźć.-Iuaaa!!! Zaczęła się mordercza pogoń. Zmęczona upadłam w trawę, a Kodiak sprawdził, czy żyję. Zerwałam się z ziemi i zaczęłam skradać w wysokiej trawie do niespokojnej, idącej wolno elki. Nagle wyskoczyłam z trawy, szczekając do Kodiaka:-Z leeewej! -Okej!-odszczeknął Kodiak. I pilnował z lewej, żeby elki nie przybiegły ratować przyjaciółki. Wbiłam się w kark zwierzęcia, zostałam brutalnie zrzucona...walka trwała około piętnastu minut. Ale potem... -Udało się!-zawyłam. -Tak, księżniczko!-odparł Kodiak. -Słuechaj-burczałam, jedząc-jaaue jeełstem ksłięłżniłlczka, Słaarii, ałłł tłiu błęudziesz Kłoodi, łookej? -Łookej-zażartował Kodiak, od minuty Kodi-ślicznie, Słaarii, ksłięłżniłlczko! -Oj, nie żartuj sobie, Kodi, byłam głodna... -A nie umiesz inaczej niż wytrzymać przez dwa zdania wytrzymać bez jedzenia, hi hi? -Niee, o Kodi...Gonisz!-Szczypnęłam Kodiaka w kark i zaczęła się zabawa. W wodzie skakałam, żeby być szybsza. I nagle...stanęłam jak wryta! -O co chodzi, Słaarii?-zażartował Kodi, spojrzał na mnie, i myśląc, że moja mina jest od tego żartu, dodał-oj, Sari, nie gniewaj się, jaaa. Kodiak nie dokończył, bo ja podeszłam ostrożnie do przodu, z wyciagniętą szyją. A tu, na łasze piaskowej, leżało... -...no właśnie? co to..? Zapytałam drżącym głosem. -Nie wiem...ale robi się ciemno, sprawdzimy jutro... -Uciekajmy!!! Długo nie mogłam zasnąć na skale, patrząc za rzekę, gdzie była ta dziwna rzecz, która zmieniła zwyczajny dzień w zwykły. A co jutro-przekonamy się...
Dziś obudziłam się bardzo wcześnie. Teraz to Kodiak spał smacznie...Już miałam bo skubnąć w kark, żeby wstał, ale popatrzyłam na niego-spał jak aniołek...tyle że CHRAPAŁ!!! Myślicie, że wilki nie chrapią? O nie, mylicie się. Wilczyce to rzadkość, ale wilki, jak to faceci-chrapią na tyle często, że uszy bolą. Ja więc zostawiłam śpiącego słodko Kodiego i pobiegłam się wykąpać w wodzie płynącej spokojnie rzeki. Ale, zamiast, jak zwykle, pobiec na prawo ze skały i pluskać się, ostrożnie zeszłam na lewo. Bałam się... "Póki Kodiak się nie obudzi, będę z lewej strony i nawet nie spojrzę <TAM>" pomyślałam. Ale położyłam się koło Kodiego i zasnęłam. -Księżniczko...! -Auuuaa co!!!-Wykrzyknęłam nagle. Otworzyłam przerażone oczy. Nade mną stał Kodiak. Była pełnia dnia. -Haloo, księżniczko...miałaś zły sen? -Taaakk... -Opowiadaj! -No nie wiem, będę się czuć jeszcze gorzej... -No co ty, jak się ktoś wyżali albo opowie, to mu podobno lżej! -Naprawdę? -Tak, więc opowiadaj!!! -Nno więc...był ranek, taki śliczny jak dziś...tak, obudziłam się, ty spałeś...i we śnie też...Pluskałam się w rzece w lewej strony skały, spojrzałam na prawo i nagle znalazłam się tam...yyy, przy TYM. A to nagle wstało, miało patykowate ręce i nogi...wstałeś, biegłeś do mnie... nie zbliżaliśmy się...-Zaczęłam płakać. -Nie płacz, Sari!!! Chodź, rozgrzebiemy to! Udało się...potem zjedliśmy padlinę i właśnie szykujemy się do drzemki na słoneczku...pa pa!
Jestem w ciąży. I to wcale mnie nie cieszy. No niby...myślałam, że to będą najpiękniejsze dwa miesiące mojego życia, ale się myliłam. Wszystko mnie boli. -Czuję, że to już niedługo...-szepnęłam rano z trudem. -Tak?!!?! OJOJOJ, ALE TA SKAŁA JEST NIEBIEZPIECZNA!!! OJOJOJ, TRZEBA....OJOJOJ... -Nie denerwuj...się tak, Kodiak...lepiej pomóż mi wstać... Szliśmy cały dzień do południa. Bóle były tak silne. -Zostań tu-Kodi posadził mnie i oparł o kamień-tam chyba jest jakieś dobre miejsce...wytrzymaj proszę...wszystko będzie dobrze...-Kodi polizał mnie po nosie i odbiegł do przodu. Zostałam sama. Miałam takie mocne już bóle...Bałam się, czy dzieci przeżyją, myślałam, że nie przeżyję porodu! Tak mnie bolało teraz, a jak się zacznie...Nagle... -Tak! Szybko, Sari! -Kodiak, zaczęło się...-szepnęłam i pobladłam. Kodiak zwariował. -Spokojnie, Kodi, to tylko PORÓD, TWOJA PARTNERKA SOBIE NIE RADZI A TY JESZCZE NIE ZNALAZŁEŚ DLA NIEJ SCHRONIENIA!!!!!!!-Najpierw mówił, od dużych liter darł się Kodi. -Kodiak! Pomóż mi wstać... Bóle były nie do wytrzymania. Ostatni metr Kodiak doniósł mnie. Ale udało się...leżałam w jamie...bezpieczna...Zemdlałam... -Halo, księżniczko...jesteśmy rodziną!-Obudził mnie Kodiak. Nie wiem, ile spałam, ale był wieczór. -O...ile? -Cztery... -Jakie? -Czekoladowe! -Po tobie... -Mimi, Lucek, Misia, a ta ostatnia dla ciebie... -Koda...po tatusiu... Ja leżałam, Kodi zganiał dzieci. Śliczna rodzinka! Nagle podszedł niedźwiedź. NIEDŹWIEDŹ!!! Zaczęłam walczyć mimo słabości. Zemdlałam... U Najbardziej wdał się w tatę Lucek, który uciekał. Jego ojciec też zresztą zostawił mnie samą... ...na chwilę. Wkrótce musiałam przegonićwilka...udowodnić, że to MÓJ teren... Aż tu nagle... -Rose!!! Jaka niespodzianka!-Krzyknął Kodi. Z trudem podniosłam głowę, byłam poraniona przez niedźwiedzia. -Rany boskie, Sarabi! Co ci się stało?-Wykrzyknęła Rose i gdyby mogła, to załamałaby...łapy. -Przyszedł niedźwiedź i jakoś nikt mi nie pomógł-wymownie spojrzałam na skruszonego Kodiaka. Gawędziliśmy. Ja byłam słaba, więc leżałam. Okazało się, że Rose i Koran mają też dzieci. Czarne i białego... -Nasze są wszystkie czekoladowe...-westchnęłam. -Żałujesz?-zdziwiła się Rose-dobrze cię rozumiem, moje jest jedno w mamie... -A moje żadne się nie wdało we mnie. Wszystkie wyglądem i charakterem przypominają ojca...ale Koda jest bardziej grzeczna... -...po tobie! -No niby tak... Rose spojrzała na naszych facetów, wyłapujących Lucka, Mimi, Kodę i Misię. -A faceci łapią dzieci! -Tak dzieci...co zrobiliście ze swoimi? -Siedzą w jaskini pod opieką mojej mamy... -Szczęściara z ciebie, Rose. Moja mama została w części rezerwatu Amethyst Mountain i mi nikt nie pomaga... -...ale masz Kodiego... -...który, ów Kodiak, lata za panienkami! -NAPRAWDĘ? -Podejrzewam...
Za kilka dni nabrałam sił. Nagle...niedźwiedź! Musiałam karmić dzieci, ale iść do padliny, ale niedźwiedź... -Trudno...co się stanie, to się stanie, dzieci muszą żyć! Wróciłam. Nakarmiłam dzieci...Lucek chwilowo był najsłabszy. Kodi zniósł dzieci do jaskini i uciekł...Ale czy dam radę? Jestem niebezpiecznie... Śmierć nadchodzi, czuję, że po Lucka...
Zrobił się wieczór, a ja zmęczona dniem siedziałam i karmiłam dzieci. Bardzo mnie ucieszyły odwiedziny Rose i jej partnera, Korana, ale zmęczyły...zwłaszcza że byłam poraniona po ataku niedźwiedzia. -Kodiak...-szepnęłam. -CO?-Szczeknął wesoło i GŁOŚNO Kodiak. -Ciiii...-szepnęłam-dzieci już śpią... Kodiak z rozczuleniem spojrzał na cztery czekoladowe łebki wtulone we mnie i ciche, cichutkie, takie cichuteńkie...bo spały. -Czekoladowe...po tobie, Kodiak. -Wiem! Następnego dnia postanowiłam wybrać się na spacerek z Kodą. Wzięłam ją w pysk. -A dokąd idziemy, mamusiu? -Na spacerek, Kodo-moja mała pytała o wszystko jak Misia Rose, ale o tym dowiedziałam się później. -A co to?-mała wskazała łebkiem na duże drzewo, którego cień osłaniał nas, kiedy niosłam moją córeczkę. -Sosna, Kodo. Wiesz co? Twój tatuś am zdrobnione imię Kodi, ty też chcesz? -Tak! tak! tak!-No to...co powiesz na...hm...może...już wiem...! nie, nie to...MAM-uśmiechnęłam się i posadziłam Kodę przede mną.-To może...Kodia? -Super, mamusiu! A co to jest?-mała wskazała na kolejne drzewo. -Sosna... -A to? -Sosna... -A to klan? -Nie klan, tylko klon, Kodia, a w dodatku to...dąb. Przystanęłam zdziwiona. Co tu robi dąb? Nagle... -Rose? -Sarabi? -Z małą...? -...z małą! Zalałyśmy się pytaniami, odstawiając dzieci żeby się pobawiły. Coś tu jednak nie grało. Moja Koda podbiegła do Rose. -Ciociu ROSE-powiedziała-a co się stało Misi? -Po pierwsze nie mówi się ROSE, kochanie, tylko ROŁS, a pisze się ROSE-wytłumaczyłam małej-ależ, prawda, co się stało Misi? Rose opowiedziała mi historię. Spotkała wilka który rzucił Misią o drzewo...ale Rose pod wpływem furii zabiła go. -Imponujesz mi, kochana-wyznałam z podziwem. -Każda matka zrobiłaby to samo, gdyby atakowano jej dziecko-odparła beztrosko. -No ta, ja też... -Matczyna miłość, instynkt macierzyński... -...to coś niezwykłego!!! Gawędziłyśmy, a nasze dzieci szły z boku. Zrobiło mi się szkoda kulejącej Misi, więc wzięłam ją na plecy. Wkrótce dotarłyśmy do jodły i Rose poszła w swoją stronę a ja w swoją, do domu... Całą historię opowiedziałam dzieciom i Kodiakowi. -A mnie też zabierzesz na spacer jutro? -A mnie? -Nie mnie! -Mnie!-Mnie-Ja pierwszy/a!-Ja!!! -SPOKÓJ!!!-zawołałam zdenerwowana. -Mamy nie można denerwować-dodał Kodiak. -Każdego z was zabiorę z osobna, zaczniemy od...Lucka. Ale każdy ze mną pójdzie. -HUURRRRA!!!
Dziś obudziłam się słaba. Nie miałam ochoty na nic. Nic. Z trudem podniosłam głowę. Bolała mnie rana, ta zadana przez niedźwiedzia, ostatnio. Zrobiło mi się smutno, kiedy spojrzałam na moje dzieci leżące koło mnie. Lucek uśmiechał się przez sen. Na pewno śnił mu się nasz wspólny spacer, ale ja pomyślałam, że nie dam rady iść z synkiem.-Obiecałam mu-syknęłam do siebie i spróbowałam wstać, ale rana na udzie zabolała i upadłam, budząc Kodę. -Co ci się stało, mamusiu?-szepnęła zaspana Koda. -Nic, noga mnie boli... -Ale pójdziesz na spacer z Luckiem? -No właśnie nie wiem...-chwyciłam małą za skórę na karku i delikatnie położyłam bliżej mnie.-Śpij. -Dobrze...uaaa-mała ziewnęła głośno-dobranoc, mamusiu. -Dobranoc, Koda... Leżałam jeszcze chwilę ale był półmrok. Obejrzałam się-w naszej przytulnej jamce nie było...-...oczywiście, Kodiaka-mruknęłam niezadowolona układając się możliwie jak najwygodniej, jednak nie było to możliwe z powodu bolącej nogi. Za godzinkę dzieci brykały, wrócił Kodi. -Gdzie byłeś?! Zostawiłeś mnie samą, a ja taka słaba... -Wybacz... -Ee, co mi po twoim wybacz-zdenerwowałam się. Nagle...poczułam znajomy zapach. Ale nie miły, jak dzieci czy Rose...to był zapach...niebezpieczeństwa, czyli...niedźwiedzia. -Szybko...! ...ukryj dzieci-szepnęłam, a sama okrążyłam skałę (niedźwiedź był za nią, z tyłu) i trafiłam na miśka. Goniłam go, przystając co chwilę, bo byłam, jak wspomniałam, osłabiona i nie miałam ochoty na kolejne razy. Odstraszę go na chwilę, a co potem-zobaczymy. Rozejrzałam się na chwilę. A niedźwiedź...zawracał do skały. No nie! Jest niemożliwy! Zdziwiłam się w duchu. Poszłam w stronę padliny. Jednak zawróciłam i poszłam za misiem, ugryzłam, osłabiona wycofałam się. Chwyciłam Lucka, ale... -Mamo!-pisnęła Koda. Zobaczyłam...nie, po co patrzyłam...niedźwiedź uniósł Kodę, natychmiast ją też zabił... -Sarabi, nie wracaj!-usłyszałam głos Kodiaka. Jednak nie obchodziło mnie to. Zaślepiła mnie...zaślepiła mnie ciemność. Moja najlepsza córeczka Koda!!! i pomyśleć...i pomyśleć, że półtora godziny temu znią rozmawiałam! Ale musiałam odzyskać ciało córeczki...ruszyłam za niedźwiedziem, dogoniłam go, i rzuciłam się na niego, ale on powalił mnie. Zemdlałam...Zrozpaczona, i słaba, wróciłam do jaskini. W pysku trzymałam ciałko mojej córeczki, mojej ukochanej Kodi... -Sarabi...-szepnął delikatnie Kodiak i podszedł do mnie, byłam cała we krwi.-NIE!!! ZOSTAW MNIE!!! DAJCIE MI WY WSZYSCY ŚWIĘTY SPOKÓJ!!!-Krzyczałam an oszołomionego Kodiaka. -Sari, dzieci patrzą...-delikatnie ułożyłam Kodę w jaskini-nic...mniee too niee obchoodzii...-szlochałam głośno.-Nie ma jeeej...moja Kodaa... Kodiak oddalił się, żeby mnie nie denerwować. A ja, zrozpaczona, myślałam: "została mi trójka dzieci...nie, muszę o nie dbać. Poszukam padliny...nie dlaczego akurat, akurat Koda...a jak niedźwiedź wróci" Martwiłam się, co robić, Kodiak poszedł gdzieś. Więc postanowiłam zaryzykować-dzieci muszą żyć! Uff...Kodiak wrócił. Wzięłam Misia w zęby i pobiegłam do padliny. Nakarmiłam Misia i trochę Mimi. Ale to nadal było za mało...zabiłam szybko kręcącego się tu kojota i myślałam, co robić. Ale...trudno, chwyciłam Misię i pobiegłam do padliny. Była daleko...czułam, że dzieciom się coś stanie...
Dziś czułam się jeszcze gorzej niż wczoraj. Wszystko mnie bolało, byłam ledwo żywa i półprzytomna. Pysk miałam pełen piany, bolały mnie rany zadane przez niedźwiedzia. Nie chciałam nic jeść, chciałam koszmarnie pić, ale rzeka była daleko...cały dzień nie wyszłam z jamy. Głowa bolała mnie tak, że myślałam, że zaraz mi ją rozsadzi, jednak nic takiego się nie stało. Ale zacznijmy od początku: Było gdzieś w nocy. Obudziłam się gwałtownie. W jamie było gorąco i duszno, koło mnie leżało troje dzieci-Mimi, Misia, Lucek. Gdzieś w kącie było martwe, już powoli wydzielające niemiły zapach ciałko Kody. Kodiak leżał w otworze jamy, zatykając go. Z trudem-w nocy też ledwo żyłam-nastawiłam uszu-chyba lało! W jamie było cieplutko, a Kodiak własnym ciałem zasłonił nas od deszczu...bardzo mnie to rozczuliło. Wysiliłam się i wyciągnęłam szyję, trącając Kodiego. Na szczęście dzieci leżały z boku, bo inaczej moja opadająca ze zmęczenia głowa zwaliłaby się właśnie na nie. Kodiak gwałtownie odwrócił się do mnie. Był zdziwiony, że nie śpię. Opowiedziałam mu wszystko. -Ojej, boję się o ciebie-Kodiak lekko odchylił głowę od wejścia, tak że kilka kropelek wody wpadło do środka. Na dworze szalał istny huragan! -Aaa jaaa...-mówiłam, a raczej sapał z trudem łapiąc powietrze-maaartwi...ęęęęę sięę oo...Kooodiaak, właaź...!...rooozzz...zaaachorujesz iii tyyy... -O, nic z tego, moja damo...!-Kodiak położył mnie blisko siebie, tak, że zrobiło mi się cieplej. Ja nie przeniosłam pyskiem, lecz dowlokłam koło siebie dzieci, nie budząc ich. Zasnęłam bardzo szybko...Tuż przed snem, a raczej przed zemdleniem, usłyszałam grzmot. I to bardzo blisko...mogę powiedzieć, że grom spadł z niema na pobliską brzózkę, osłaniającą naszą skałę...i ta brzózka, jak się dowiedziałam następnego wieczoru, uratowała nam chyba życia...
Część 22 / 2
Obudziłam się bardzo późno. Mogę śmiało powiedzieć, że słońce już dawno przekroczyło swoje najwyższe miejsce i powoli, powoli, powolutku chyliło się ku zachodowi. Na zewnątrz robiło się ciemno, a słońce już prawie skąpało lśniącą twarz w rzece...miało zajść wyjątkowo pięknie. Otworzyłam oczy. Oddychałam tak głośno, że niemal rzęziłam, co ja mówię-charczałam! W jaskini panował półmrok, coś leżało tuż przed nią. To coś sprawiało, że było przyjemnie ciemno, jak tuż po zachodzie słońca. Po długiej chwili nicnierobienia i charczenia głośno z trudem uniosłam głowę-nie było dzieci-Mimi, Lucka i Misi. W pierwszej chwili się zdenerwowałam koszmarnie i zaskomliłam cichutko. -Mioooo...! Oo... -Tatusiu... -tatuńku...!-Niemal natychmiast po tej wilczej chwili przerażenia na zewnątrz usłyszałam trzy dziecięce, szczenięce, piskliwe głosiki. -Mamaa... -...się... -...obudziła!-Piszczały dzieci jedno przez drugie. Właściwie brzmiało to tak, jakby jedno zaczynało, drugie dopowiadało i trzecie kończyło te wesolutkie wrzaski. Biedaki, nie wiedziały, w jakim złym stanie jest ich kochana "Mamaa". Po chwili usłyszałam tupot, deptanie wilczych łap po trawie i usłyszałam...głos Kodiaka!!! -Ależ, skąd, maluchy, mama śpi...prawdę mówiąc-tu Kodiakowy głos się zawahał-prawdę mówiąc nie wiem, czy mamusia nie jest chora...-po chwili jednak Kodiak odsłonił to coś, co zakrywało jamę. Z dźwięków, jakie wydawał mój partner i "to" wywnioskowałam, że jest to coś ciężkiego. Oślepiło mnie jasno które niespodziewanie wdarło się do jaskini. Wprawdzie na widoku pozostał już tylko słoneczny rąbek, jednak nadal było jasno i o wiele widniej, niż w zamkniętej jaskini. Kiedy wyjście zostało odsłonione, a ja przyzwyczaiłam się do jasności, do środka wdarły się trzy popiskujące, toczące się kule. -Mama! -...się... -...obudziła! -A... -...jednak... -mieliśmy rację! Dzieci przytuliły się do mnie. Nagle...poczułam mocny skurcz na plecach. I coś z tyłu brzucha. -SARABI!!!!!!!!!!!!!!-wrzasnął ja opętany Kodiak-TY RODZISZ!!!!!!!!!!!!!!! Wystraszona i sparaliżowana z bólu osunęłam się zemdlona na ubitą w jaskini ziemię.
Obudziłam się następnego ranka. Pierwsze, co zobaczyłam, to uśmiechający się pyszczek Lucka. Potem jeszcze Mimi i Misia. Z trudem podniosłam głowę i uświadomiłam sobie, że cała nasza rodzinka leży zamkniętej jaskini. Znów "tym" dziwnym przedmiotem. Teraz zobaczyłam-to była ułamana, młoda brzózka! Po chwili mogłam stwierdzić, że to to drzewko, które rosło obok naszej jaskini. Ale o tym już mówiłam ostatnio. Kodiak leżał blisko mnie, do niego wtulone były dzieci i obserwowały coś bacznie; to coś, jak wywnioskowałam z ich spojrzeń, musiało leżeć blisko mnie, być wtulone we mnie. Teraz coś poczułam. Spojrzałam na swój bok i...z piersi wydarło mi się pełne ulgi i zachwytu westchnienie; koło mnie leżało drobne, drobniutkie, mniejsze niż moje dzieci po urodzeniu, włochate, szare, prawie białe ciałko; to był wilczek, mały wilczek, spóźniony wilczek! Spojrzałam pytająco na mojego Kodiego, który zrozumiał to spojrzenie natychmiast i zaraz mi wyjaśnił: -Ten maluszek jest z miotu Mimi Lucka Misi i-mój partner smutno spojrzał w kąt, gdzie leżało psujące się powoli ciałko-i Kody...widocznie się spóźnił. Rodziłaś wiele godzin, mówiłaś coś przez sen. O...aha, już pamiętam, o: "Mm...dzieeeci...niebeezpieczeeństwooo...luuudzie...bóól..." -Kodiiaak-mówiłam, jeszcze osłabiona po kolejnym, wyjątkowo męczącym porodzie-Kooodiaak, czy to naaprawdę? Czyy to nasze koleejne dziecko?-Kodiak uśmiechnął się do mnie z głębi serca, pocieszająco i zarazem z niepokojem: -Taaak, ale jest bardzo słaby. A właściwie słab-A. To dziewczynka...mała wilczka...!!! -Wii...wiilczkaa...??? -Tak, kochanie! Tak, Sari, Księżniczko, Cudo, Mamusiu, Partnerko, Żono! Jest ruda i w dodatku specjalnie zostawiłem imię, bo pomyślałem, że sama będziesz chciała go-przepraszam, ją nazwać...! -Ooo, taaak...to będzie...hmm, to będzie, hm...już wiem, ta mała-tu zmieniłam głos na uroczysty-ta mała będzie nazywać się Lucy! Popołudniu Lucy nawet wypiła trochę mleka ode mnie. Była wyjątkowo słaba i martwiłam się o nią, nie tylko ja. Kodiak też, w końcu to mój partner i jej tata! Jednak miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. A po południu wszyscy wyliśmy...nawet Lucy wydała z siebie peirwszy wyjcopodobny pisk! A oto ona:
Obudziłam się wyjątkowo wcześnie, co jest dziwne, po tak męczącym dniu. (Nie wiem, czy pamiętacie, ale urodziłam kolejnego szczeniaczka.) Ja w ogóle długo śpię, ostatnio coś się zmieniło...Chyba mój wewnętrzny zegar się popsuł i myli dzień nocą, noc z dniem. Ale wszystko do początku opowiem: Było ciemno, a ja czułam się o wiele lepiej niż wczoraj. Więc lekko odchyliłam brzózkę i wyszłam na zewnątrz, starannie zatykając wejście do jaskini za sobą, żeby nic nie zakłóciło snu mojej wielkiej, kochanej rodzinki, która jeszcze wczoraj się powiększyła. Na dworze panował półmrok. Z ulgą odetchnęłam zimnym, świeżym powietrzem. Po cieple i duchocie w jamie z przyjemnością zanurzyłam się w chłodnym powietrzu...nagle coś mi się przypomniało-jak ja dawno nie odwiedzałam rzeki! Teraz, niestety, nie miałam na to czasu. Ostatnio byliśmy tam z Kodim przed znalezieniem naszej jaskini, dlaczego się nie wybrać?, pomyślałam. Nie zastanawiając się długo-jakby z obawy, że zmienię zdanie-pobiegłam w dół wzgórza, uważając żeby się nie przewrócić. Prawie uderzyłam o jedną sosnę, jednak ominęłam ją w porę i tak szczęśliwie dotarłam do celu. Woda szumiała leniwie, widocznie rzeka odpoczywała po męczącym dniu, rozciągając swe fale. Nie namyślając się długo ze śmiechem wbiegłam do wody-zaraz jednak opamiętałam się i ucichłam, tak dla bezpieczeństwa, na wszelki wypadek. Woda była chłodna i bardzo przyjemna...czułam się tak dobrze, że przymknęłam powieki. Fale uderzały raz po raz o moje futro, a woda szumiała. Nadal z zamkniętymi oczami, zapominając, co robię, pochyliłam się do przodu, chcąc zanurkować...i otworzyłam szybko oczy, parsknęłam i przysiadłam, machając głową, żeby ja osuszyć. No taaak, jaasne, zapomniałam się. Cała ja...posmutniałam. -Cala ja sprzed trzech miesięcy...-wszeptałam. W głosie miałam samo rozczarowanie i smutek. No tak, bo przed trzema miesiącami, nim zaszłam w ciążę, ja i Kodiak byliśmy beztroskimi, młodymi wilkami...to co pomyślałam prawie mnie rozśmieszyło, ale PRAWIE. Nadal byliśmy młodzi...od razu przeszła mi ochota na zabawę. Pobiegłam do jaskini...przed wejściem do wnętrza starannie otrząsnęłam futerko, żeby nie pomoczyć dzieci i Kodiego...z rozczuleniem spojrzałam na Lucy. Bałam się, że nie przeżyje...w końcu była drobna i słaba, jeszcze zanim się urodziły i podróżowały wewnątrz mnie prawdopodobnie ona miała najgorzej...pocieszałam się, potem zasnęłam szybko...a śniły mi się moje dzieci, ale duże, znaczy jak wyruszyły w świat...By prowadzić własne życie, by dorzucić kropelkę do Rzeki Życia.
Dziś życie straciło dwoje moich dzieci...serce boli, ale cóż zrobić, taka jest kolej życia...jedno umiera, by zrobić miejsce drugiemu...Zaczęło się od tego, że Mimi odkryła, iż Lucy znieruchomiała...(...) -Mamusiu, a co jest Lucy?-zapytała, kiedy ja...wymiotowałam dla Lucka. (Dzieci mi podrosły, więc nie jedzą już tylko mojego mleka. "Smak się poznaje przez smakowanie". Wyszłam nie zwracając uwagi na Misię i Lucy, które jeszcze spały. Teraz jednak spojrzałam zdziwiona na moją córeczkę, która stałą przede mną, machała ogonkiem i pytająco spoglądała mi w oczy. Byłam zaskoczona. -Jak to co? Lucy...Lucy śpi!-odparłam zaskoczona zachowaniem córeczki. Jednak wzruszyłam ramionami i powoli ruszyłam w kierunku jaskini. "Te dzieci...Mimi zachowuje się tak, jakby nie wiedziała, że moja kochana Lucy śpi"-pomyślałam. -A ty, Lucek-zwróciłam się do synka, który, myśląc, że tego nie widzę, oddalał się ku rzece-a ty wracaj tutaj natychmiast!-Lucek był niezadowolony, ale grzecznie, mrucząc coś tylko pod nosem, wrócił i obrażony na cały boski świat siadł kategorycznie przed jaskinią, co oznaczało: "Jak nie, to nie, ale jesteście. Świat jest okropny i nie lubię nikogo. Dzieci muszą poznawać świat! Więc co to ma być za cyrk? Mama sama mówiła, że musimy wykorzystywać wyobraźnię i marzyć, i rozglądać się, słuchać i wszędzie zaglądać....<..ale ostrożnie> zawsze dodaje." I sądzę, że to właśnie pomyślał mój obrażony na mnie syneczek. Ja jednak nie zwracałam na niego już uwagi. Brzózka, która została na wejściu od czasu okropnej burzy została przez Kodiaka (poszedł odwiedzić Rose i Korana) odrzucona, tak że teraz leżała na boku, oparta o ścianę. Bez przeszkód weszłam do środka i...zobaczyłam NAJGORSZE CO MOŻE ZOBACZYĆ SZCZĘŚLIWA MATKA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! W rogu leżało ciałko Kody (nie nowina) i krążyły nad nim, niestety, małe natrętne muchy, a w drugim rogu...nie mogę tego wymówić to zbyt straszne...Mimi leżała obok siostry i obwąchiwała Lucy, a ONA BYŁA NIEŻYWA!!! Byłam przerażona. Padłam na przednie łapy i zaczęłam płakać, przypominało to śmiech przerywany, lub kaszel, ale nie było wesołe. Straciłam...straciłam już DWOJE DZIECI!!! Nie, to zbyt straszne... Za pół godziny wrócił Kodiak, łamiącym się głosem opowiedziałam mu całą historię... Potem bawiłam się z dziećmi, gdy nagle...ORZEŁ!!! Spanikowana chwyciłam, wiedziona instynktem, pierwszego szczeniaka który nawinął mi się do pyska, a był to właśnie Lucek. Kodiak popychał przed sobą wystraszoną Misię. Kiedy dwoje dzieci było już bezpieczne w jamie, a Kodiak siadł przed nią, usłyszałam przerażający pisk...odwróciłam się szybko. A za mną, na małym wzniesieniu...nie, to było przerażające...orzeł WYLĄDOWAŁ tuż przed przerażoną Mimi i chwycił ją w ostre jak ta brzytwa szpony...byłam przerażona i wściekła. Zaczęłam gonić bestię. Orzeł miał w pazurach ciężar, więc leciał nisko. A mała, przerażona Mimi piszczała: -Aaa...! Mamo, mamusiu, boję się...tatusiu...!-za mną rzeczywiście biegł, w oddaleniu, bo z dziećmi, Kodiak. Wołał coś do mnie, ale mnie to nie obchodziło. Biegłam już dokładnie pod orłem. Wykonałam jeden, celny skok..."zestrzeliłam" orła i przydusiłam do ziemi. Kodiak dobiegł i złapał przerażoną, poważnie poranioną Mimi...udusiłam własnymi łapami orła i rozszarpałam na strzępy... Byłam przy Mimi, w jaskini, kiedy odchodziła. Potem zapłakana tuliłam do siebie Lucka i Misię, które mi pozostały...nie mogłam znieść myśli, że jest nas już tylko czworo, że mam dwoje dzieci, że troje nie żyje...mimo, że zasnęłam szybko, to śniły mi się same koszmary.
Nie mówiłam o tym, ale nie mam już dzieci. Lucka...nie, to straszne, Lucka porwał orzeł, a Misia wyruszyła w świat...płakać mi się chce, jak o tym, myślę, ale każde dziecko kiedyś musi dorosnąć, założyć własną rodzinę...mam nadzieję że jeszcze kiedyś spotkam Misię. Z jej...z jej partnerem, dziećmi, na własnym terenie...mam nadzieję, że mnie pozna, nie wypędzi! Zwierzyłam się ostatnio z tych myśli Kodiakowi, a on zaśmiał się, jak z najlepszego żartu! Ale nie o tym chciałam opowiedzieć... Dziś rano obudziłam się wyjątkowo późno. Ostatnio...jakby "pozbyliśmy" się ciałek Lucy i Kody, "pogrzebaliśmy" je, delikatnie kładąc w rzekę, która je zabrała...może kiedyś wyrośnie na ziemi nad ich ciałami jakaś roślina, coś się urodzi? Ale kto to może odgadnąć... Wracając do dzisiejszego ranka: przetarłam oczy i ze zdumieniem zauważyłam, że koło mnie leży WILCZEK! WILCZEK? ALE JAK TO MOŻLIWE? Wyjrzałam przez szparkę w jaskini i zobaczyłam, że jest już blisko zachodu słońca. No tak...czyli spałam cały dzień. Ale wracając do wilczka: CO ON TU ROBI?!!?!!!!!!?! Przecież moja Misia wyruszyła w świat, a ten wilczek leżał i JUŻ spał...miał rude futerko i był bardzo młody, miał z kilka tygodni. Nagle zauważyłam, że wejście jest ZASUNIĘTE szczelnie GŁAZEM!!! Próbowałam otworzyć jaskinię, ale głaz był taki ciężki, taki ciężki, za bardzo...nagle usłyszałam coś, co mnie wmurowało: dwa głosy na zewnątrz. Jeden z nich należał do Kodiaka, a drugi do WILCZYCY!!! Ale na pewno nie była to Sarabi ani inna wilczyca, to była nieznajoma...Nasłuchiwałam uważnie. Usłyszałam fragment rozmowy, mówił Kodiak: -..dobrze. Więc tak jak mówiłem. Jutro. -Ale czy na pewno się uda? Czy ta twoja się nabierze? Określenie "ta twoja" wściekło mnie. Poczułam chęć zemsty...i usłyszałam coś, co zabolało mnie najbardziej na świecie, bardziej niż to, gdyby rozwścieczony byk elki uderzył mnie rogami w brzuch i wyrzucił w powietrze, a mianowicie: -No jasne! Sarabi jest taka głupia, cały czas odkąd mieszkamy na Slough Creek dała się wodzić za nos.Tak. Więc jutro na polowaniu zostawię Sarabi z bull elkiem. Nie chcę żeby zginęła... -...ale kochasz mnie! -Tak, mam nadzieję, że przeżyje...Ale co do Kari i Rozalie: tu nie ma Rozalie!!! -O-o...jest w jaskini z tą...Sarabi. -Nie martw się. Mogę ją zaraz ZABIĆ! Skamieniałam. Czyli...tak? Tego było za wiele. Wściekła warknęłam cicho, chwyciłam małego wilczka i przerażonym, piszczącym szczenięciem rzuciłam o skałę. Pisk ucichł gwałtownie... C.D.N Nagle usłyszałam na zewnątrz poruszenie. I głaz zasłaniający jaskinię powoli odsunął się. Do środka zajrzał rudy pysk z niebieskimi oczyma. Wilczyca rozejrzała się niespokojnie i widząc rude ciałko jęknęła. Łypnęła na mnie spode łba ostrożnie, ze złością i chwyciła ciałko. I BEZCZELNIE JAK GDYBY NIGDY NIC rozsiadła się w kącie jaskini z tym swoim dzieckiem w pysku!!! Tego było za wiele. Wilczyca oglądała ciałko i nie zauważyła jak staję przed nią. Wyprostowałam gwałtownie ogon. -Precz-wysyczałam prze zaciśnięte zęby ledwo panując nad sobą. Wilczyca wstała, ostrożnie podniosła dziecko i zaczęła wychodzić. Szłam za nią. Kiedy wyszłam na zewnątrz zobaczyłam PRZERAŻAJĄCY widok. Koran leżał i troskliwie opiekował się dwoma rudymi szczeniakami, JAK GDYBY BYŁY JEGO!!! BAWIŁ SIĘ Z NIMI!!! OPOWIADAŁ KAWAŁY!!!!!!!!!! Tego było za wiele. Starałam się panować nad sobą, ale tego nie mogłam wytrzymać. Ryknęłam wściekle i rzuciłam się na wilczycę. Ciałko jej dziecka upadło na bok. Przywaliłam wilczycę do ziemi i patrzyłam an nią dziko, stojąc na niej i nie dając możliwości podniesienia się. Koran był przerażony. -Nie!!! Ristia, Sarabi!!! Przestańcie!!!-Łypnęłam ze wstrętem na Kodiaka. -A z tobą...z tobą policzę się później!-syknęłam do niego. Wypuściłam wilczycę i ona podeszła do martwego wilczka, ale ja jej nie dałam możliwości zabrania go. Uderzyłam głową mocno w jej bok. -ZABIERAJ TE SWOJE BACHORY NATYCHMIAST I WYNOŚ SIĘ!!!!!!!-ryknęłam. Przerażona Ristia zostawiła dziecko i ruszyła do żyjących pięciu małych. Na chwilę skamieniałam, gdy pytały Ristii: -Co się stało mamusiu? -Tatusiu! Boję się. Skamieniałam. ONE UWAŻAŁY KODIAKA ZA SWOJEGO OJCA?!!!!?!?!? Miara się przebrała. Skoczyłam na szczenięta, odrzuciłam w bok Ristię próbującą ratować małe i to samo zrobiłam z Kodiakiem. Jednego szczeniaka wyrzuciłam w górę, uderzył o skałę i umarł, drugiego rozszarpałam. Trzy pozostałe zostawiłam przy życiu i z płaczem pobiegłam gdzieś nad rzekę.
Biegłam dość długo w dół. W oddali usłyszałam wściekłe wycie Ristii i wołanie Kodiaka: -Nie, Ristia! Proszę cię!!! Zostaw Sarabi w spokoju!!! -Morderczynię ..ich ...ci zostawić...spokoju?-Słyszałam już tylko fragmenty ich rozmowy,a raczej ich krzykaniny, bo byłam coraz dalej, dalej, dalej. Biegłam i biegłam.W oczach miałam łzy, zderzyłam się z młodym niedźwiedziem, dostałam lekko łapą ale biegłam dalej. Czy woda, czy ziemia-biegłam na oślep. Wreszcie zrobiło się całkiem ciemno. Przystanęłam zmęczona. Biegłam około kilku godzin! Dyszałam ciężko, a z oczy kapały mi wielkie jak grochy łzy. Dokąd miałam się udać? Zrezygnowana dowlokłam się do rosnącej samotnie na równinie sosenki i zapłakana, poraniona, zmęczona-właśnie taka byłam, rozmyślając o drzewku: "Jest takie jak ja. Samotne, wykorzystywane, nikogo nie obchodzi. Gdzie mam iść? Do Rose? Nie. Moja przyjaciółka, ale by się wyżalić potrzebuję kogoś bliższego...już wiem!..." Olśniło mnie. Misia! Misia! Misia! Wprawdzie nie wiedziałam gdzie jest, ale wiedziałam, gdzie szukać tropu. Upolowałam zająca i biegłam jeszcze kilka kilometrów w stronę pięknego, niemal czerwonego księżyca, nim zatrzymałam się na spoczynek. Robiłam to tylko dlatego, że nie chciałam, by odnalazł mnie Kodiak. Postanowiłam nigdy do niego nie wrócić, nie zobaczyć go, a jak już, to martwego. Zadowolona, choć wciąż zapłakana zasnęłam na skraju lasu, myśląc o Misi, o zdradzie Kodiaka. A w nocy śniły mi się same koszmary...
Rano, zniecierpliwiona, przybita, nachmurzona podniosłam się z ziemi na skraju gęstego lasu. A właściwie próbowałam wstać. Nagle...zrozumiałam. Spojrzałam po sobie i wszystko zrozumiałam. Po wczorajszej walce z Ristią miałam na sobie tyle ran, których wczoraj nie czułam. Większość z nich krwawiła, a większość tej większości krwawiła bardzo, wyjątkowo mocno. Z trudem spojrzałam w górę. No tak. nade mną krążyło kilka orłów, naliczyłam ich około pięciu. Znalazły się jeszcze dwa inne drapieżne ptaki i sęp, który wziął się nie wiadomo skąd...zrezygnowana, cała we krwi i obolała z łomotem opuściłam głowę na ziemię. Z trudem trzymałam oczy otwarte, z trudem myślałam, z trudem oddychałam. " Nie mogę zasnąć. Nie mogę zamknąć oczu..." myślałam. Jednak przewaga chorej części mojego ciała nad zdrową zwyciężyła. Powoli zamykałam oczy. Zanim je zamknęłam zobaczyłam zbliżające się z góry padlinożerne ptaki. W ostatniej chwili pomyślałam: "Więc to tak mam skończyć...bez rodziny, bez nadziei, bez zemsty. Z rodziną żyłam, zostałam zdradzona..." wyobraziłam sobie moje małe: Mimi, Lucka, Kodę, Misię..."Przepraszam, dzieci, przepraszam, że nie żyjecie. I ciebie, Misiu, że obiecałam, ale nie dotrzymam obietnicy. Przepraszam..." Zdążyłam pomyśleć i zamknęłam oczy. Obudziłam się w ciemnej, przytulnej jaskini, otoczona dziwnym zapachem ziół. Na zewnątrz słońce chyliło się ku horyzontowi. Otworzyłam oczy...i zobaczyłam nie kogo innego, jak właśnie ROSE!!! Oniemiała otworzyłam pysk i z trudem usiadłam. Jednak moja przyjaciółka, zdziwiona równie jak ja, nic nie mówiąc, skinięciem pokazała, że mam się położyć. No i zaczęło się: -Rose? -Sarabi? -Ale... -Ale... -Jak to możliwe? -Co ty tu robisz? -A ty? Opowiedziałyśmy sobie swoje historie. I okazało się...ŻE U ROSE TEŻ BYŁA RISTIA! -...a potem odpadła jej głowa...!-zakończyła swą opowieść Rose. A kiedy ja opowiedziałam swoją i okazało się, że u niej było tak jak u mnie! Tylko że ona zabiła Risttię...Zasmucona zwiesiłam głowę. -Wolałabym już nie żyć... -No prawie! Znalazłam cię, odpędziłam ptaki, zawlokłam tu i podałam zioła Tapo. W ostatniej chwili! Gdyby to było teraz, już byś była kośćmi! Uśmiechnęłam się na myśl o kilku żeberkach. I czaszce. Rose opowiedziała, smutno, jak to zginął jej Ciapuś. Potem postanowiłyśmy że razem odnajdziemy moją córkę. Ale ja wydobrzeję. Potem znalazłam trochę sił by wyć z najlepszą przyjaciółką do księżyca... -Nie martw się-szepnęła Rose, kiedy zasypiałam już-odnajdziemy Misię...Zaczyna się nowy etap życie-twółj i mój...
Następnego dnia czułam się trochę lepiej, kolejnego-już prawie doskonale. Postanowiłyśmy przygotować się do drogi. -Sarabi, a ty pamiętasz, gdzie ostatnio widziałaś swoją Misię?-zaniepokoiła się od razu Rose. -Tak, no pewnie! Jak matka może zapomnieć, gdzie żegnała się ze swoim doroślejącym już dzieckiem! Proszę, nie obrażaj mnie... -Ja tylko ta dla pewności... -...wiem, żartuję! Już nazajutrz byłam zdrowa i pełna sił. Brzuch Rose, rozszarpany przez tą...tą małpę, nieżyjącą już na szczęście RISTIĘ także się goił. Tak że zaraz kiedy obudziłyśmy się i zjadłyśmy sute śniadanie w postaci dwóch zająców i stosu ryb-własnoręcznie przez nas upolowanych-ruszyłyśmy w drogę. Biegłyśmy szybko, wesoło, rozmawiając, a raczej próbując rozmawiać, nie pozwalał nam bowiem na to szalony wiatr. Dyszałyśmy ciężko, ale byłyśmy szczęśliwe. Zostawiłyśmy gorsze życie za sobą... C.D.N Biegłyśmy długo, bez NAJMNIEJSZEGO odpoczynku, bez ŻADNEJ, ŻADNEJ przerwy cały dzień, od rana aż do zachodu. Wreszcie byłam zbyt zmęczona, żeby biec dalej. Zahamowałam ostro, pośliznęłam się na mokrej trawie i siadłam na tylnych łapach, ciężko dysząc. Siedziałam tak bez słowa, z trudem łapałam powietrze i czekałam na Rose, która biegła nieco wolniej, wiedząc, że lepiej biec wolno-długo niż krótko-szybo. Wreszcie się doczekałam. Rose zręcznie zahamowała (czego jej nawet zazdrościłam) i siedziała nie odzywając się w ogóle; trwałyśmy tak w bezruchu, siedząc na przeciwko siebie jakieś pięć minut, a potem, nie używając słów, dałyśmy sobie znać, że musimy poszukać miejsca na wypoczynek. Należało nam się przecież, po tak długim, męczącym dniu. Kiedy tak dreptałyśmy powoli w kierunku miejsca, gdzie ostatnio widziałam się z Misią, uświadomiłam sobie nagle, że w ogóle dziś nie zamieniłyśmy ze sobą żadnego słowa, tylko biegłyśmy, biegłyśmy, biegłyśmy...oczywiście nie zapomniałam podzielić się z Rose podzielić tą interesującą sprawą i ona szła powoli, rozważając to i po długiej, denerwującej chwili milczenia powiedziała powoli, jakby wciąż zastanawiając się nad swoimi słowami: -A wiesz, Sarabi, że w ogóle nie rozmawiałyśmy...wczoraj i przedwczoraj tylko leżałaś, przeważnie śpiąc i nie opowiedziałyśmy sobie nic...po pierwsze: jak to się stało, że znalazłam cię wtedy ledwo żywą na skraju tego lasu, czemu nie byłaś z Kodiakiem?-Posmutniałam na te słowa mojej przyjaciółki. Przecież...Kodiak to już przeszłość, już go nie ma, nie chcę go widzieć...opowiedziałam całą historię Rose. Kiedy skończyłam ona nie odzywała się długo, aż wreszcie wyrzuciła z siebie jednym tchem: -Jaktomożliwe,przecieżtawilczycatobyłaRistiaonaumniebyła,zabiłaMisiaiCiapka,ajaodwdzięczyłamsiętymsamym! -Czyli...czyli zabiłaś ją?-zdziwiłam się, kiedy wreszcie jakimś cudem zrozumiałam co powiedziała Rose-odpadła jej głowa? Znalazłyśmy rosnącą samotnie na stepie sosenkę, którą było widać z daleka, a była ona tak duża, że mimo deszczu, który padał tej nocy, byłyśmy niemal że suche. Potem rozżalałyśmy się nad sobą, a Rose opowiedziała…