Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 50 min czytania

"Pamiętnik Weroniki" - poprawiony

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

* z dedykacją dla butterfly * _____________________________________________________

26 lipca 2004r.

Mam na imię Weronika. Mam 17 lat. Od trzech lat karmię się głównie głodem. Leczę się od 8 mies. w szpitalu, pod okiem specjalistów - oczywiście są to specjaliści od chorób, nie od naprawiania życia, więc nie wierzę w to, że mogliby mi pomóc.. Piszę ten pamiętnik, bo tak kazała mi lekarka. Powiedziała, że to mi może pomóc, więc postanowiłam spróbować. Mówią, że jestem chora, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Kiedy to się zaczęło? Nie wiem kiedy to się zaczęło... To nie ma początku. Nagle cię dopada i potem już nic nie jest takie samo, bo ty jesteś inny - masz swoje sprawy, swój mały świat, o którym wiesz tylko ty. Tylko ty wiesz ile razy zasypiasz z pustym żołądkiem i ile bluzek musisz zakładać pod sweter, żedy ukryć smuklejsze ciało.

Kiedyś miałam inne życie - był zachwyt wiosną, chlapanie się w basenie latem, był grill i chodzenie po kałużach jesienią, rzucanie się śnieżkami zimą. Lata, kiedy żyła moja mama, kiedy miałam rodzinę, pamiętam jak przez mgłę i właściwie nie wspominam ich szczególnie często. Teraz jest po prostu inaczej - w końcu jestem prawie dorosła. Moja rodzina? Tak, kiedyś ją miałam. Ona. Moja mama. Umarła trzy lata temu. On. Podobno ojciec. Zaraz po pogrzebie powiedział, że należy panować nad emocjami. Od tamtej pory w jego twarzy już nigdy nie widziałam niczego ponad melancholią. Czysta obojętność. Nigdy mnie nie bił, nawet nie krzyczał, a mimo to czułam ból pod każdym spojrzeniem - pełne było obojętności. Widział mnie przecież, a wyglądał, jakby miał puste oczy. Wiele razy patrzyłam na jego pozagryzane ręce - marzyłam, żeby wziął kabel żelazka, pas, cokolwiek i bił mnie do nieprzytomności, aż poczułabym, że mnie widzi, że widzi moją zaczerwienioną skórę, otarcia i drobne nacięcia. Chciałam, żeby widział ból, jaki mi zadaje. Niestety moich zwykłych, zranionych uczuć nie dostrzegał.

Po śmierci mamy w domu zrobiło się nagle cicho i spokojnie. Idealny, doskonały dom, gdzie nikt nie krzyczy, nikt na nikogo nie podnosi ręki... Idealny... do patrzenia na nietknięte serwety na stołach, zegary, które stały dokładnie tam, gdzie kilka miesięcy wcześniej. Pulsująca życiem przestrzeń zmieniła się w grobowiec. Powietrze jakby zastygło. Duszna atmosfera krępowała ruchy. W tym pustym domu czułam się zbędna, niechciana. Byłam przedmiotem - takim samym jak wieszaki, półki, zegary. Czasem zastanawiałam się czy, gdybym nie wracała do domu przez kilka dni to by zauważył moją nieobecność, ale nigdy nie uciekłam naprawdę. Chowałam się tylko w sobie, w szafie, pod kocem we śnie albo w półprzytomności. Tak nagle mój świat się zawalił... nie, on się po prostu zatrzymał - jak zepsuta karuzela - przestał się kręcić. Wskazówki zegarów sunęły wolno. Nigdy nie chciała nadejść wiosna. Dni nie różniły się od siebie. Dookoła wciąż był ten sam bałagan myśli, uczuć przeplatanych obojętnością, z zepsutego kranu ciekła woda, a ja liczyłam - raz... dwa... trzy... cztery... nie wiedziałam kiedy krople odliczały minuty, kiedy godziny czy całe dni... wsłuchiwałam się w twardy dźwięk rozbijających się o podłogę istnień... i czułam się tak, jakby nic nas nie dzieliło, choć one z wody, a ja z kości i skóry, robiłyśmy to samo - krople i ja. One popełniały samobójstwa średnio co dwie sekundy, ja - raz - głową o ścianę, dwa - drucianą szczotką po udzie... trzy - żyletką po ramieniu... Nic nie miało znaczenia. Czułam się nikim i żyłam jak nikt. Z początku jeszcze udawałam, że wszystko jest OK. Chciałam uwierzyć w swój sztuczny uśmiech. Początkowo w miarę dobrze się uczyłam, miałam przyjaciół, chłopaka. Ale ta pustka wewnątrz była nie do zniesienia - nie mogłam jej zdusić jedzeniem, więc przestałam jeść. Myśli o zniknięciu, samobójstwie niszczyły mój świat. Jak się później dowiedziałam - to były początki długotrwałego smutku, depresji. W końcu przestały mnie obchodzić opinie innych, szkoła, sąsiedzi, znajomi, chłopak...

Moje posiłki? Z czasem przyzwyczaiłam się do głodu. Jedzenie sprawiało mi ból - sama myśl, że miałam w siebie wchłaniać coś z zewnątrz, z tego umarłego świata, była przerażająca. Niejedzenie było sposobem na uniknięcie cierpienia. Przez jakiś czas było mi dobrze, gdy czułam ssanie w żołądku, ten przyjemny stan lekkiej euforii... uwolnienie się od brudu codzienności w postaci jedzenia. Uczyłam się tabeli kalorycznych na pamięć jak dzieci alfabetu. Czułam, że ta wiedza jest cenniejsza od tego, czego kiedykolwiek wcześniej się uczyłam. Poznawałam nowy, tak egzotyczny dla mnie, świat głodu. Fascynował mnie, chciałam poznać go dogłębnie, wydawał mi się głęboki jak sam głód - taki najsilniejszy, najmocniejszy. Podobało mi się, że w tym świecie panuje sprawiedliwość - kiedy się poświęcam i dążę do czegoś - prędzej czy później dostaję nagrodę - osiągam to, co chciałam.

Mam skurcze nadgarstków - czasem mi się to zdarza. Wtedy to, co trzymam w rękach nagle staje się niewyobrażalnie ciężkie. Same dłonie mają ogromną powierzchnię, są ciężkie i jakby nagle ożywają i zamierają równie szybko i nagle - same się wykręcają w dziwne szyfry, a potem schną - nie czuję ich. Nie mogę utrzymać długopisu w dłoni, bo palce na zmianę prostują się i zaciskają w pięść. Napiszę jutro.

Waga: 31, 3 kg

27 lipca 2004r.

Wczoraj rozstaliśmy się z moim chłopakiem... "Rozstaliśmy się" brzmi zawsze lepiej niż "zrezygnował ze mnie", "zerwał ze mną" albo "rzucił mnie". Czułam, że mnie nie rozumie. Jak mógł rozumieć? Wracał ze szkoły, a mama witała z uśmiechem, stawiała na stole talerz z gorącą zupą. Wrzucał rzeczy do prania, a na drugi dzień w szafce witały go świeże, czyste, nie wiadomo czy bardziej pachnące płynem do płukania czy po prostu matką. Poznał mnie, kiedy nie było już osoby, którą mogłabym nazwać matką, ale jeszcze był ktoś, kogo lubiłam nazywać ojcem. Psycholog pytał mnie o to jak się czuję, czy domyślam się dlaczego ten chłopak "przyszedł się pożegnać". Wiedziałam. Ale mówiłam tak, jak odpowiada się psychologom - "po prostu nie pasowaliśmy do siebie", "mieliśmy mało czasu dla siebie", "to nie miało sensu". Jest tak, jak wtedy, kiedy byliśmy razem tylko tyle, że bez niego.

Starałam się żyć normalnie, tak jak każdy. Ale czy każdy żyje bez matki? Czy każdy wieczorami zamiast oglądać telewizję szuka ojca po osiedlu? Czy każdy śpi z wieszakiem pod łóżkiem, by czuć się mniej samotnie...? Nie umiałam już normalnie żyć. Zapomniałam uśmiechu, śpiewania przy ognisku, nawet naszego tańca na łące pełnej maków... wydawało mi się, że znam te wydarzenia tylko z fotografii, ale niemoich. Czasem miałam ochotę krzyczeć: zostawcie mnie w spokoju! Nie każcie śmiać się, żyć normalnym życiem! pozwólcie płakać i... zabijać się powoli... powolutku... cichutko wegetować leżąc na podłodze wśród sterty niewypranych bluzek, spodni, krawatów ojca... tego wszystkiego, co nagle straciło sens i było całkowicie nieprzydatne... Byliśmy jeszcze wtedy ze sobą, ale nie było już nas. Byłam osobno ja i osobno on - dwa całkiem odmienne światy, które łączyły jedynie spotkania raz w tygodniu. Niedzielna miłość. Czułam, że na niego nie zasługuję. Nie zasługiwałam na nikogo. Teraz wycięłabym każdy dotyk, żyletką, skalpelem, czymkolwiek! Wyrwałabym sobie wszystkie włosy, jeden po drugim, odebrałabym sobie usta. Mam ochotę obedrzeć się z tej grubej skóry! Ale najbardziej przeszkadzają mi chyba dłonie. Najbardziej całe ciało! Nie wiem jak można dotykać coś takiego jak ja... gruba, tłusta skóra, skapująca z ciała jak ciepły wosk...

Chciałabym móc kiedyś powiedzieć: "Moje oczy są zapadnięte, skóra jest żółtoszara, cienka jak pergamin i rozciągnięta ciasno między kośćmi. Moimi kośćmi. Mogę policzyć moje wystające żebra, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami". Chciałabym móc powiedzieć o sobie "chuda, najchudsza, aż do śmierci", zamknąć oczy, i rozpłynąć się z mgiełką uśmiechu pomiędzy wystającymi kośćmi policzków.

Na razie ważę prawie 31 kg przy wzroście 175 cm, ale myślę, że te wagi kłamią. Pewnie ustawiają je tak, żeby pokazywały mniej niż ktoś waży w rzeczywistości, żeby mogli wpychać w nas więcej jedzenia... Kiedyś wydawało mi się, że jestem tu, bo wciąż próbują mnie leczyć. Ich naiwna wiara w cuda była dla mnie czymś śmiesznym. Ale oni wcale nie trzymają nas tu, by uzdrowić i wypuścić już wolne od więzów głodu, od chorób. Celem szpitala wcale nie jest uzdrowienie anorektyczki. Jesteśmy jak przedmioty do mierzenia i ważenia, do wytykania palcami. Karmią nas na siłę, tuczą jak gęsi. Czekają, aż waga drgie i dziewczyna przytyje, a potem już bez obaw wypuszczają ją do domu. Trafiasz tu żeby zapomnieć o odchudzaniu, nauczyć się jeść bez poczucia winy i żyć jak każdy, nieświadomy brudu pokarmów, człowiek. Wychodzisz, znając wszystkie sztuczki jak oszukiwać personel i bliskich. Wiesz wszystko o możliwych środkach wspomagających - od zwykłych witamin i tych, które tłumią uczucie głodu, poprzez przyspieszające przemianę materii, aż do przeczyszczaczy. Słyszałam, że nie wszędzie tak jest - w niektórych szpitalach leczą przyczynę, nie tylko zaobiegają skutkom. Tam nie patrzą przed wszystkim na wagę - to stan psychiczny musi być dostatecznie dobry, żeby zadecydować o wypuszczeniu kogoś do domu.

Dziewczyny w szpitalu nauczyły mnie mnóstwa sztuczek. Wcieram masło we włosy i paznokcie, chowam jedzenie w foliowych woreczkach. Masuję skórę w odpowiednich miejscach, by szybciej pozbyć się uczucia obrzydliwego przepełnienia, kiedy już uda im się wepchnąć we mnie jedzenie. Pomagamy sobie w autodestrukcji. Wspieramy w dążeniu do ideału piękna, które przemieni się w drogę do śmierci. ie jestem sama, więc czemu czuję się tak samotna? Wśród tylu innych twarzy znaczę mniej niż nic. W nocy czasem zakrywam uszy poduszką, żeby nie słyszeć płaczu tych, którym nie udało się uniknąć posiłku. Pozamykane w klatkach pokoi jak dzikie zwierzęta, a każda jest sama w dążeniu do celu, chyba, że go zmieni, ale to zostałoby tu uznane nie za zwycięstwo nad chorobą, ale za klęskę.

Ta tortura, to umieranie z głodu, psychiczny strach, wyczerpanie, uczucie zimna przeszywającego kości to nałóg, którego nie mogę rzucić. Nie mogę czuć się ciężka, nie należę do tego świata. Najgorzej jest, kiedy coś zjem - tracę wtedy resztki poczucia własnej wartości. Czuję się nikim... głód jest jak powietrze. Duszę się od kilogramów tłuszczu żerujących na mnie jak egoistyczna jemioła.

Wszystko zależy od wagi. Jeden kg więcej - smutek, jeden mniej - radość. Chcę po prostu uwolnić się od ciała i ulecieć, wysoko i daleko stąd.

Waga: 30, 6 kg

29 lipca 2004r.

Nie zawsze chciałabym być chuda. Kiedyś chodziło tylko o uczucie przyjemnego głodu. Nie wiem kiedy przypadkiem zobaczyłam zdjęcie wychudzonej, ale uśmiechniętej dziewczyny w gazecie, na wystawie sklepowej. Obok tego zdjęcia z pogodną twarzą było drugie, większe - ta sama dziewczyna leżała w trumnie z zamkniętymi powiekami. Wyglądała jakby tylko na chwilę zasnęła. Przeczytałam, że chorowała od kilku lat na anoreksję. Któregoś dnia już się nie obudziła. Umarła we śnie - serce przestało jej bić. To chyba wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że mój styl życia może łatwo przekształcić się w chorobę. Śmiertelną chorobę. Przez chwilę czułam strach - chyba każdy odczuwa naturalny lęk przed śmiercią, zakończeniem życia. Jednak przemyślałam to i uznałam, że śmierć byłaby dla mnie wybawieniem - przestałabym czuć cokolwiek - żal, smutek, ból. Nie czułabym już nic... Czy miałabym wyrzuty sumienia? A czy miał je ten, którego przez tyle lat nazywałam ojcem, kiedy przeobrażał nasz dom w cmentarz? Czy on w ogóle mnie zauważał? Śmierć na raty wydawała się dobrym rozwiązaniem, a Ana mi ją gwarantowała.

Długo patrzyłam na jej cienkie nadgarstki splecione w wiotki koszyczek modlitewny. Podobała mi się. Było w niej coś pięknego, coś, co dało się wyczuć nawet w martwym ciele - chudość. Do tej pory najbardziej zajmowało mnie uczucie głodu, jednak ona obudziła we mnie poczucie, że jestem czymś więcej niż tylko miejscem na głód - jestem istotą, która ma szanse mieć idealne ciało, a w nim świeżą duszę. Świetnie prezentowała się w trumnie. Chuda. Piękna. To nic, że już martwa - ale idealna. Chcę umrzeć. Umrę z głodu. Postanowiłam to w chwili, kiedy patrzyłam na nią, na jej spokój i opanowanie i czułam lekką zazdrość.

Teraz też czuję głód. Dotykam skóry rozpiętej między kośćmi miednicy - inni nazywają to brzuchem, ale dla mnie ta nazwa jest zbyt wulgarna. Nazywam to umiejscowieniem raju - to tam jest pustka, jest miejsce na narodziny ideału - idealnego ciała i życia. Gdy się kładę spodnie opierają się na dwóch wystających punktach miednicy, a obszar pomiędzy, u wielu wypukły, jest wklęsłą misą. Moje kości mogą oddychać - mają bliżej do powietrza. Czasem trzeszczą od nadmiaru tlenu, ale przynajmniej nie jest tak przeraźliwie cicho. Czuję radość, tak... euforię, czuję się lżejsza niż powietrze, jaśniejsza niż niebo, tak czysta, że wydaje mi się, że mogłabym latać, szybować po niebie... Jestem chuda... Najchudsza. Jestem piękna i będę jeszcze piękniejsza.

Są dni, kiedy chcę zniknąć, przestać istnieć, bo nie mogę już tego znieść - tego okropnego nie-bycia, cierpienia związanego z zaczerpnięciem oddechu do płuc... są chwile, gdy wydaje mi się, że ziarna powietrza ranią mój przełyk i palą w środku, wypalają tak, że zostaję tylko szkieletem katedry... całym obolałym i trzeszczącym. Nie jestem w stanie podnieść rąk do góry, nie chcę otwierać oczu. Ale... czasem chciałabym żyć, chociażby po to, by cieszyć się swoją cielesnością - swoim lekkim jak mgiełka ciałem, czystym umysłem. Czy po śmierci nadal bym je czuła...?

Waga: 30, 9 kg

4 sierpnia 2004r.

Odwiedził mnie ojciec. Nie rozumie mnie... Zaczął mówić o tym, co by było jakby żyła mama... nie wiem czy bardziej chciałby ją mieć dla siebie czy dzielić się nią ze mną.

Patrzyłam na niego jak siedział przy moim łóżku, z pochylonymi barkami... Czasem tak siedział albo klęczał na przeciwko jej zdjęcia, wokół którego tykało kilkanaście zegarów - tak nie lubił ciszy, a sam wytwarzał jej najwięcej. Początkowo towarzyszyłam mu w jego rytuałach, które przynosiły pewną ulgę, dawały kontakt z czymś pozamaterialnym - kontakt z mamą, ale przede wszystkim były jedynym, robiliśmy razem... jednak szybko zrozumiałam, że on nie zauważa mnie, ma swój własny świat, który jest za ciasny dla dwojga. Znikał dla świata. Żyliśmy obok siebie - on pośród zdjęć, grzebieni i sukienek mamy, ja... budowałam sobie własne miejsce, gdzie mogłabym coś znaczyć, choćby dla samej siebie.

Gdyby ktoś kazał mi teraz określić tamten okres, powiedziałabym - emocjonalna pustka, wielkie pragnienie zwrócenia na siebie uwagi. Gdyby... Chciałam czuć, że komuś na mnie zależy, a dostawałam tylko kolejne obowiązki... To ja szukałam pieniędzy, które zawsze zostawiał gdzie indziej, a potem nie pamiętał nawet gdzie - raz znalazłam je w koszu na brudną bieliznę, innym razem leżały w gazecie z 2001... mogły być wszędzie - pod dywanem, w lodówce, w szmatach i papierach, przeznaczonych do wyrzucenia... Czasem chowałam zdjęcie mamy i patrzyłam na niego, jak wczołguje się pod łóżko w poszukiwaniu zaginionej relikwii, jak zrzuca książki z półek i przetrząsa wszystko po kolei. Zaglądał między wszystkie koszule w szafie - długie rękawy falowały miękko, spływając ze stelaży. Pamiętam, że kiedyś popatrzyłam na nie... ale nie jak na wieszaki, tylko jak na ideał piękna - skromne modelki, ukryte pod materiałem koszul ojca i sukien mamy, których nigdy nie miał odwagi schować do piwnicy. Kiedyś, pod nieobecność ojca, wyprowadziłam chudą modelkę w cienkiej, chabrowej sukience z szafy i schowałam pod łóżkiem. Potem zawsze, kiedy zasypiałam głodna - wyobrażałam sobie, że trzymamy się za chude ręce - ja i następczyni mamy.

Czy wtedy zdawał sobie sprawę z tego, co czułam, kiedy szukałam go w całym domu, żeby znaleźć pod stołem, śpiącego, z obrazkiem mamy w dłoniach? Albo, kiedy nie wracał na noc do domu, kiedy znajdywałam go zziębniętego i przemoczonego deszczem przy studni, gdzie kiedyś siadała mama z sąsiadkami i wymieniały się przepisami na niedzielne obiady? Czy był tego już świadomy...?

Moje wołanie o pomoc pozostawało wtedy bez odzewu. Potrzebowałam pomocy, wsparcia. A on nie potrafił, albo też nie chciał mi tego dać. Odechciewało mi się czegokolwiek... po prostu życia. Przestałam chodzić po zakupy, nastawiałam pranie, gdy nie było już czego na siebie włożyć, bo brudna bielizna była już wszędzie - pod łóżkiem, za kaloryferami... w szkole pojawiałam się tylko, żeby coś zaliczać, przestało mi zależeć na tym, żeby cokolwiek robić od początku do końca i na dodatek dobrze... Od kiedy pierwszą stronę w moim pamiętniku zdobiło zdjęcie umarłej anorektyczki - stałam się stałą klientką aptek. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę było coraz gorzej, coraz bardziej beznadziejnie... lekcja życia? Gdzie wtedy był?!

Już mam zawroty głowy, wszystko mnie boli... od ciężkich myśli. Jak dobrze, że tu już nie muszę sprzątać ani zajmować się czymkolwiek. To taki Ośrodek dla Egoistów. To tu skupiamy się na sobie, swoich ciałach. Mogę spać prawie cały dzień. Nie słychać tu dźwięków kilkudziesięciu zegarów, przypominających o kruchości życia... których wskazówki przybliżałyby do śmierci... nie słychać szeptów sąsiadek o tym, że bez matki dziewczyna się stoczyła i pewnie zaczęła ćpać, bo takie ma oczy podkrążone, skórę wiotką... wychudła bardzo i posmutniała...

Dziś cały dzień chce mi się spać. Karmią mnie prawie na siłę. Obiecują nagrody, w których dostanie nie wierzę. Pozostała we mnie jakaś nieufność, pomimo tych paru miesięcy... nie daję im wstępu do mojego umysłu... zresztą ich chyba o wiele bardziej zajmuje moje ciało, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Czuję wyraźnie każdy organ swojego ciała, przy przełykaniu każdy kęs jedzenia, który pokonuje długą drogę w moim ciele. Chciałabym wyczyścić z siebie cały ten brud... nie tylko ja cierpie z powodu przejedzenia, dlatego w nocy zamykamy się w pokoju z dziewczynami i ćwiczymy do piątej rano. Właściwie to one ćwiczą razem, a ja się dołączam na chwilę, bo nie nadążam. Robią zbyt intensywne ćwiczenia. Zbyt męczące. Bolą mnie mięśnie i stawy. Bolą... czasem się boję, że nagle pęknie mi któraś z kości i nie będę już idealna. Wszystkie tu składamy się z części pozczepianych haczykami ścięgien, jakichś włókien... jak kruche marionetki - kto pociąga za sznurki?

Często upadam. Nawet, kiedy nie ćwiczę. Pustka... pustka... pustka... nie mogę złapać oddechu, choć przecież powietrza mam tu, jak niczego innego, pod dostatkiem, nawet w nadmiarze... serce bije mi jak oszalałe, ale chudnę.

Waga: 29, 8 kg

5 sierpnia 2004r.

Wczoraj ojciec rozmawiał z lekarzem. Dziś dowiedziałam się od dziewczyny, podłuchującej ich wtedy pod drzwiami, o czym. Podobno umieram. Szczerze mówiąc nie bardzo w to wierzę... i jakoś nie napawa mnie optymizmem wizja powrotu do domu... znowu w roli gosposi, idealnej córeczki i matki? Życie pomiędzy krzywymi spojrzeniami sąsiadów, a tłumaczeniem się w szkole? A może tym razem ojciec będzie się starał? Troskliwy, opiekuńczy, będzie przynosić gazety i czekoladki do łóżka i mówił "wszystko będzie dobrze"? - to magiczne, banalne do bólu zdanie, które wypowiada się albo, kiedy się nie przywiązuje wagi do przyszłości albo wtedy, kiedy jest już tak beznadziejnie, że gorzej być nie może...

Nie chcę umierać, choć czasem myślę, że powinnam zdechnąć z ogromnym, wypchanym potwornie brzuchem i ustami pełnymi jedzenia... Umieram? A może to tylko kolejny sposób na to, by zmusić mnie do jedzenia? Sprytne.

Popołudnie. Jestem w domu. Oni chyba nie żartowali... Teraz już nie jestem pewna... czy tego chciałam? Chciałam sama decydować o tym co jem, o tym kiedy odejdę. A teraz dowiaduję się, że umieram... że do końca niewiele mi pozostało... Nie mogę już powiedzieć, że chciałam tylko spróbować innego życia, że tak naprawdę chcę nadal żyć, tyle, że inaczej. Liczę ile razy zrobiłam wdech i wydech, kontroluję cały czas proces zwany oddychaniem. Nasłuchuję, czy może serce nie przestało mi bić. Chciałabym to zaplanować, a przecież to może nadejść całkiem spoza mnie - mogę być w pełni władz umysłowych, czuć, że wszystko jest w porządku, mogę nawet się uśmiechać... jak często ludzie umierają z uśmiechem na ustach? Rozrzeszają im się źrenice tak, jakby się dziwili, że śmierć może przyjść w każdym momencie, niezniechęcona nawet pogodą ducha ofiary... Odejdę. Nie chcę tego... ale nie lubię być przejedzona. Czuję lęk przed każdym kęsem. Bo po nim można przytyć. Jeden kęs i moje śliczne, wystające kości pokryje brudna warstwa tłuszczu. Umrę. Kiedy? W trakcie jedzenia? We śnie? A może nad ranem? Kiedy mam się Ciebie spodziewać? Kiedy mnie stąd zabierzesz? Tylko daj znak kiedy, a nie będę nawet jeść tego dnia.

Stracę to wszystko, co teraz mi pozostało. Straciłam już rodzinę: mamę, potem ojca. Był tuż obok mnie, w tym smaym domu, nawet czasem siedzieliśmy w jednym pokoju... ale był zbyt daleko, żeby mnie zauważyć... nie wiem czy inni odsunęli się ode mnie czy ja od nich... nagle stali mi się obojętni... Traciłam już tyle razy. A teraz mówię sobie: po co budować? Po co się starać, skoro i tak, prędzej czy później po raz kolejny, dlatego nie chcę budować... boję się nie robić nic żeby nie zostać na zawsze z tą nicością. Ale moje "zawsze" wcale nie będzie trwało przecież tak długo, prawda? Boję się... znów czas, jak kiedyś, wlecze się... Tym razem krople wody rozbijają się tylko w mojej głowie. Czuję się zawieszona w próżni... czekam na ten moment, kiedy zostanę stąd zabrana. Te myśli... nie mogę się od nich uwolnić - już w myślach widzę siebie, która ostatni oddech oddaje robiąc dopiero czwartą serię ćwiczeń, choć przecież nie mam siły nawet na to, żeby podnieść ręce do góry. Uwolnić się od myśli - tylko tyle... Chciałabym żeby ktoś tak mocno mnie przytulił, zamknął w ramionach, zacisnął palce jak zęby, zmiażdżył kości, zgniótł myśli... i czucie...

Nie lubię zmian... Czuję się tu obco. Niby mój pokój, a taki jakiś obcy, pusty i zimny. Czuję się spięta... leżę w łóżku. Nawet nie mam ochoty się stąd ruszać... wszędzie tak samo obco. Patrzę teraz na białe meble równo ustawione pod ścianą, na przeciwko łóżka. Pełno w nich ubrań. Za dużych już na mnie. Bo teraz jestem chudsza... Na półkach stoją, poustawiane w rządku, szklane motyle. Zaczęłam je zbierać kiedy mama dała mi jednego z nich na dziewiąte urodziny. Miał czerwono-karminowe skrzydła w czarne wzory. Nie mogłam się nim nacieszyć... Pamiętam jak chodziłam po parku i porównywałam go z żywymi motylami. Spadł kiedyś z półki. Teraz ma posklejane skrzydła. Ale wciąż jest piękny, jak dawniej. Przy łóżku stoi mała szafka nocna. Mam na niej fotografię moją i mamy. Mam siedem lat. Jesteśmy nad wodą. Mama pięknie wyglądała w swojej ulubionej chabrowej sukience. Zastanawiam się czy pod łóżkiem wciąż jest moja znajoma modelka... ale nie mam odwagi na razie wstać z łóżka - strach... Mam duże okno, zajmuje prawie całą ścianę. Lubię w nie patrzeć. Tylko czasem... odwracam wzrok kiedy widzę zakochane pary... Nie wiem czy mi się zdaje... czy ściany naprawdę przybliżają się do siebie. Pokój zacieśnia się coraz bardziej i bardziej. Ciasno mi tu! Duszę się... Choć mam tyle przestrzeni dla siebie. Tak pusto i cicho. Znów jestem pogrzebana za życia... Milczenie przerwał hałas. Z szafy wypadł zimowy płaszcz, a z jego rękawa, jak z rozprutego żołądka, wysypuje się długi szalik - krwistoczerwony, jak jelita. Właśnie w takich chwilach, kiedy jestem niespokojna, najczęściej myślę o jedzeniu... jestem głodna, ale nie chcę jeść... wstydzę się moich natrętnych myśli o jedzeniu. Napawają mnie obrzydzeniem do samej siebie. Jak można chcieć jeść? Boli mnie gardło, żołądek, płuca, wątroba... nie wiem co jeszcze może boleć... Kiedy chcę się schylić, boli. Nawet, kiedy oddycham... Często śni mi się jedzenie. Płynę w powietrzu, jak kosmonauta w stanie nieważkości, próbuję pochwycić choć kawałek, ale wszystko mi ucieka. Palce cienkie jak powietrze nie mają siły trzymać tak ciężkich kształtów. Nie mogę jeść. Tak naprawdę w ogóle nie chcę jeść!

Odkąd wróciłam do domu przytyłam całe 2 kg...! Czuję się nikim. Nie umiem nawet kontrolować własnego ciała. Czuję się nieczysta i gruba. A tak chciałabym... jak w moich snach - lecieć lekko, jak motyl... do światła, nawet, jeśli byłby to przedsionek śmierci.

Waga: 32 kg

6 sierpnia 2004r.

Śniło mi się, że leżę na stole w prosektorium. Jestem martwa. Rozcinają mnie i widzą, że jestem pusta. Nie ma we mnie ani grama jedzenia. Nóż przecina moją skórę, ukazują się moje wnętrzności bez niczego w środku. Ulga. Niezanieczyszczona. Jak anioł żyłam powietrzem. Kiedy otworzyłam leżałam na łóżku w swoim pokoju. To mi się nie śniło - naprawdę wróciłam do domu... Zajmuje się mną Anna - kobieta, którą przydzielili do mnie ze szpitala. Patrząc na jej włosy myślę, że jest bardzo stara. Na razie się jej tylko przyglądam. Nie wiem czy nie jest taka, jak ci wszyscy ze szpitala... choć ma dobrą twarz, taką pogodną. Nawet ze…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%