Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 9 min czytania

Pamiętnik z końca świata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zima była wyjątkowa mroźna. Nieznośnie się dawała we znaki swymi dniami mroźnymi. Ulice były puste jak nigdy, jedynie co jakiś czas wychylał się jakiś nieszczęśnik z jakąś sprawą, przebiegał ulicę i wracał z powrotem. Ja w tym czasie siedziałem w lokalu nazywanym z angielskiego „last cafe”. Z resztą apokaliptyczne nazwy na szyldach sklepów, barów czy przedsiębiorstw stały się popularne co ma wymowną treść jeśli chodzi o plotki jakoby zaraz po nowym roku miała nastąpić katastrofa. Z góry było przewidziane kiedy to nastąpi, ale na jaką skalę to już mi nie wiadomo. Niektórzy mówią, że koniec świata, każdy człowiek przeżyje indywidualnie gdy umrze. Jednak tu chodzi o Jerycho, i zerwanie pieczęci. Chodzi o trąby anielskie i inne bzdety. Ja mam do nich właśnie taki stosunek, bo uważam, że żadnych takich ceremonii nie będzie. Piję więc kawę i grzeje ręce w całymi dłońmi dotykając kubka. Patrzę na ludzi w lokalu dziwnie podekscytowanych, dyskutujących o nowych doniesieniach o zmniejszającej się powierzchni lodowców i podnoszącym się wciąż poziomie mórz. Wśród tych wszystkich ludzi czuję się wyobcowany, czuję, że jestem nie w temacie. Przez to jednak czuję się świetnie. Oni jednak wciąż wlepiają gały w telewizor zawieszony tuż przy suficie. Zwróciłem też oczy w ten sam obiekt pożądania, bo znudziło mi się już oglądanie prawie pustych ulic. Prezenterka o ciemnych włosach i twarzy tak świecącej od pudrów, że aż odstręczała mówiła z takim przejęciem : - Ludzie gromadzą się w miejscach wiary i modlą się, w Rzymie, Tybecie, Bombaju, Mekce, Tokio, nawet plemię Siuksów… Potem zagubiłem się w myślach, by znów usłyszeć ten przejmujący głos: - Zostało nam niecałe dwa miesiące, tak wyliczyli synoptycy. Za dwa miesiące kataklizmy wyniszczą 90 % ludności ziemi… Uśmiechnąłem się pod nosem, ale nagle myśl mnie przeszła, że może naprawdę coś w tym jest, ale potem znów wróciłem do sceptycyzmu jeśli chodzi o tą sprawę. Wyszedłem z lokalu. Poczułem zimno we wszystkich członkach. Dosłownie we wszystkich, aż mi zatkało przegrody nosowe. Zarzuciłem kaptur i począłem iść. Szedłem bardzo wolno, tak było zimno. W końcu jednak doszedłem do mieszkania w małej przedwojennej kamieniczce. Na taborecie przy grzejniku siedział Maciek, ciemnowłosy dość wysoki chłopak. Gdy wszedłem rzucił mi pewną wiadomość tak niespodziewanie, bo nie myślałem że może być coś jeszcze niespodziewanego. A tu jednak powiedział mi to z takim przekonaniem: - Róża tu była. - Co chciała?. Spytałem z podekscytowaniem. - Była zamyślona, gdy powiedziałem, ze wyszedłeś poszła. - Gdzie? Spytałem znów, a serce mi tak waliło… - Pewnie do domu - Dobra idę. Byłem, tak niewiarygodnie podniecony, że nie czułem zimna, gnałem co sił w nogach. Wszedłem do bloku, a potem po schodach na czwarte piętro. Mieszkanie nr 7. Zapukałem. Otworzyła mi jej współlokatorka. Spytałem czy jest Róża, ona mi powiedziała, że nie ma . To ja czy nie wie gdzie może być, na co ona, że w kościele. I znów pognałem. Przed kościołem mi serce tak walnęło, że musiałem chwilę odsapnąć przed wielkimi drzwiami. W końcu wszedłem do świątyni. Od razu zauważyłem jej jasne kręcone włosy w pierwszej ławce tuż przy ołtarzu. W kościele były jeszcze jakieś starsze babcie odmawiające zdrowaśki. Podszedłem do niej i ukląkłem tuż obok. - znalazłeś mnie. Powiedziała. - Tak. - Nie mogę dużej czekać i ci się przyznam szczerze, że dużej nie zamierzam. Gdyby to wszystko się nie działo to bym się nie odważyła. Wiesz o czym mówię. Uśmiechnąłem się , ale udałem, że nie mam pojęcia : - nie , nie wiem, kontynuuj. - Zawsze mnie intrygowałeś, wszystkim, swoją ignorancją i tym, że masz zawsze swoje zdanie, ale nie chodzi mi o to bo czuje do ciebie coś bardziej wyniosłego. chyba wiesz co? Teraz nie zamierzałem udawać, że nie wiem. Złapałem ja za rękę i powiedziałem: - wiem, szkoda, że tak późno, ale zostały nam dwa miesiące. Zauważyłem, że jej łzy płyną po policzkach. Spytałem - Czemu płaczesz? - Nie wiem, chodźmy stąd. Poszliśmy do tego samego lokalu gdzie byłem wcześniej. Usiedliśmy przy tym samy stoliku pry oknie i znów rozmawialiśmy. Chciałem jej powiedzieć, że się nie boje, że mnie to nie obchodzi, ale przy niej nie mogłem. Musiałem się wyżalić z najskrytszych lęków. - wiesz, ze za dwa miesiące będzie koniec. - wierzysz w to? Spytałem. - nie chcę, ale to już się dzieje, boję się. - Nie bój się, słyszałem, że 10 % ludności przeżyje. Spojrzała smutnymi

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pamiętnik z końca świata — czytnik · opowiadania