Kryminał · 14 min czytania
Pamiętnik znaleziony w trumnie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tak… Tutaj mnie nie znajdą… Z całą pewnością. Dziwne schronienie, ale co na to poradzę? I tak dobrze, że udało mi się znaleźć jakiekolwiek w tej pochrzanionej okolicy! Cóż, może być i trumna… Wystarczy, że poczekam tu kilka godzin, aż ucichnie pościg. Mogłoby tylko nie być tak cholernie zimno… Nigdy nie lubiłem tego zimna na cmentarzach. Cała reszta mi pasuje - krajobraz, cisza, spokojne towarzystwo. Nie wiem dlaczego, ale bez względu na porę roku na każdym najmniejszym cmentarzu zawsze jest zimno. Żeby był nawet sam środek lata i czterdzieści stopni w słońcu – to na cmentarzu zawsze zmarznę… Dobrze, że znalazłem tę trumnę. Na dobrą sprawę to jeszcze nic pewnego, jeśli któremuś z tych krawężników przyjdzie do głowy zajrzeć tutaj – będzie po mnie. Już widzę ucieszoną mordę gliniarza, który otwiera ostrożnie wieko i w środku znajduje mnie – z kulką w ramieniu, prawie bezbronnego… Mocno by się taki przeliczył! Tanio skóry nie oddam. Zdziwiłby się bardzo, gdyby zobaczył moją czterdziestkę czwórkę wycelowaną prosto w jego ucieszoną japę! Co za pech z tym patrolem! Jak oni mnie w ogóle rozpoznali? Byłem w mieście dopiero dwa dni, skąd mogli o mnie wiedzieć? Zaraz! Założę się, że ten kundel – Loomis maczał w tym swoje łapy! Na pewno on! Kto inny… Gruby nie… Freddy też nie… no a sam na siebie przecież nie doniosłem! Niech ja go dorwę… Oduczę go raz na zawsze donoszenia na kumpli! Definitywnie. Tylko najpierw muszę przeczekać obławę… Swoją drogą ciekawe jak dali sobie radę inni? Kiedy wchodziliśmy w nocy do tego domu miało w nim nikogo nie być. Taki życzliwy cynk od starego znajomego Freddy`ego, jeszcze z pierdla. Nie pamiętam nawet jak się ten fagas nazywał… Szalony Mike, czy jakoś tak… Nieważne. On też jeszcze oberwie za swoje. Ważne, że wbrew jego informacjom w tym domu jednak ktoś był. Dokładniej mówiąc była tam jakaś parka. Ja i Freddy obydwaj zbaranieliśmy, kiedy nakryliśmy ich zabawiających się w łóżku na piętrze. Oni zresztą też byli nieźle zdziwieni. W pierwszej chwili chciałem po prostu zwiać. Co najwyżej postraszyć ich trochę, żeby trzymali gęby na kłódkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wlazł za nami Spooner, nawalony w trzy dupy. Wyciągnął skądś taką wielką maczetę, jak jakiś pierniczony Jason Voorhees i zaczął nią wywijać nam nad głowami. Darł ryja, wrzeszczał że „oto nadchodzi noc śmierci” i inne takie głupoty. Myślałem, że zupełnie mu odbiło i że chce nas pozabijać, dopiero później Szalony Mike powiedział nam, że Spooner zawsze odwijał takie numery i lubił biegać po domach z maczetą i straszyć nią ludzi. Wtedy na pewno przestraszył nią nas! Niestety na tyle przestraszył też chłopaka, który leżał w łóżku ze swoją panną, że ten nagle wyciągnął spod poduszki ogromną giwerę i wywalił w biednego Spoonera cały bębenek. Skurczybyk zrobił to szybko, bardzo szybko. Niewiele z chłopa zostało. Co mieliśmy wtedy zrobić? Zatłukliśmy obydwoje na miejscu i tyle. Nie będę się wdawał w szczegóły. Nie warto. Skok wcale nie okazał się być taki opłacalny, jak nam obiecał Mike. Zgarnęliśmy raptem połowę tego, co miało tam być. Kilka świecidełek, trochę pieniędzy… Pamiętam jak wróciliśmy na swoją melinę. Zdyszani, bo zabraliśmy ze sobą podziurawionego Spoonera. Nie chcieliśmy go tam tak zostawiać. Ciężki był, pomimo tego, że wyciekła z niego po drodze chyba cała krew. Byliśmy tak wkurzeni nieudanym skokiem, że w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy przez dobre kilka godzin. W końcu któryś z nas spytał co robimy z trupem. Może to byłem ja? Nieważne. Musieliśmy w każdym bądź razie jakoś zająć się ciałem Spoonera. Nie chciało nam się machać łopatami, wiec postanowiliśmy zawieść go nad jezioro i obciążonego kamieniami wyrzucić z łódki. Jemu i tak było już wszystko jedno, a my nie mogliśmy sobie pozwolić, żeby ktoś znalazł jego ciało i skojarzył je z nami. Połączenie naszego niewydarzonego Jasona ze mną, czy z Freddym zajęłoby najbardziej tępemu gliniarzowi najwyżej kilka godzin. Cholera! Chyba tu idą. Muszę postarać się być cicho. Krew ścieka mi z ramienia całym strumieniem. Wali w dno tego cholernego pudła jak w werbel! Jak podejdą bliżej na pewno mnie usłyszą. Byleby nie mieli ze sobą swoich kundli. Te z pewnością by mnie wywęszyły. Ok. Poszli sobie. Ale sporo strachu się przez nich najadłem. Prawie mnie mieli. Słyszałem. Kilku z nich przeszło dosłownie centymetry od trumny, w której się schowałem. Na szczęście zajęci byli bardziej rozmową o jakimś serialu, niż szukaniem mnie. Kiedy przewrócili coś na „moją” trumnę – myślałem, że dostanę zawału. Jak słonie w składzie porcelany. Przerzucali chyba wszystko, pod czym mogłem się schować. Nie lubię gliniarzy, ale to wcale nie dlatego zastrzeliłem tamtego! Strzeliłem tylko, żeby go przestraszyć, żeby przestał mnie gonić. Wyszło tak, że trafiłem go prosto między oczy, zupełnie jak zawodowiec. Musiał mnie gonić? Po co mu to było? Cholera, pewnie pozbawiłem jakaś rodzinkę ojca… Głupi palant. Mógł siedzieć na dupie w swoim radiowozie. Jego wina. Wgramolił się za mną na siatkę (swoją drogą ciekaw jestem w jaki sposób taki grubas tak sprawnie wlazł na trzymetrową siatkę…), wyjął swój pistolet i zaczął z tym policyjnym „stój, bo strzelam”. Wywalił chyba ze trzy razy w powietrze, aż przygięło mnie do ziemi. Moje ranne ramię zaczęło pulsować gorącym bólem. Myślałem, że policjant zaraz załaduje mi w sam środek pleców. Nawet specjalnie się nie zastanawiałem. Wyciągnąłem gnata i nawet nie patrząc strzeliłem za siebie. Jeden jedyny raz. Usłyszałem następnie łoskot i… ciszę. Trzymając się jak najbliżej ziemi obejrzałem się za siebie i dojrzałem pod siatką ciało tego gliniarza. Nogi miał gdzieś za głową, połamane jak patyki. Podszedłem do siatki, żeby na niego spojrzeć. Leżał twarzą do góry, z otwartymi oczami, między którymi pluło czerwoną krwią jego nowe oko. Zrobiło mi się go nawet trochę żal. Taki zdziwiony leżał… Po chwili usłyszałem drugiego z nich. Zasuwał między krzakami prosto w moją stronę, ale nie krzyczał już „stój bo strzelam” tylko jakieś imię, pewnie tego nieżywego gliniarza. Nie miałem zamiaru czekać na niego i zwiałem. Dobiegłem tutaj – na cmentarz. Początkowo chciałem się schować za jakimś nagrobkiem i przeczekać. Było ciemno, na niebie chmury zasłaniały cały księżyc, mogło się udać. Zwątpiłem w ten plan, gdy usłyszałem syreny. Chyba zjechały się wszystkie cholerne radiowozy z całego cholernego miasta! Musiałem poszukać innej kryjówki i to szybko. Pochylony dobiegłem do tej szopy na skraju cmentarza. Dojrzałem tą trumnę w samym kącie pomieszczenia i zdecydowałem, że to będzie dla mnie najlepsze schronienie. Pamiętam, że