Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biznes · 29 min czytania

Pan Anderson

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pan Anderson zwlekł się z łóżka. Za oknem było jeszcze ciemno, ale zegarek nieubłaganie wskazywał, że jest wystarczająco późno, żeby wreszcie wstać. Zapalił światło, zapalił papierosa, w między czasie zrobił kawę, umył zęby, ogolił się i ubrał w nowy garnitur. Po kilku minutach był już prawie całkiem przytomny i gotowy do wyjścia. Kluczyki od samochodu na stole, filiżanka w zlewie, głowa na karku. Wszystko w porządku. Wyszedł szybko z klatki, zapalił silnik czarnego bmw i ruszył prosto do firmy. Po drodze zdążył jeszcze uciąć sobie pogawędkę z policjantami, którzy przez pół godziny wmawiali mu, że w bagażniku schował trupa, a pod fotelem ma pół kilo kokainy. Następnie, kiedy już udało mu się uwolnić od natrętnych stróżów prawa cierpiących na manię prześladowczą, pięknie utknął w korku, w centrum miasta. Po kilkunastu minutach stawania i ruszania w rytm przebojów puszczanych w radiu, nagle i niespodziewanie zabrakło benzyny. Zapach spalin szczelnie wypełniający płuca i mózg, świdrujący dźwięk klaksonów i znowu pół godziny spóźnienia i awantura w pracy. Szef jest wiecznie niezadowolony, roboty z każdym dniem przybywa, pieniędzy niekoniecznie, chociaż odkąd pan Anderson zaczął pracę w dużej firmie komputerowej na ich brak nie narzeka. Kiedyś, korzystając z okazji, że szef wyszedł na ważne spotkanie, rozmawiał na przez gadu gadu z jakąś zabawną szesnastolatką, która zapewne uznała, że on siedzi tylko na skórzanym fotelu, sra i nie robi właściwie nic. Tylko, że po tym robieniu nic jest tak zmęczony jakby wybudował trzy autostrady w ciągu dwunastu godzin. Pan Anderson przyzwyczajony do ciągłych pretensji szefa, szef przyzwyczajony do ciągłych spóźnień pracownika, a za oknem chodzą jacyś faceci i bawią się w spidermana pod pretekstem tynkowania budynku. Kilka godzin stukania w te białe z czarnym tym i czas na przerwę, zupełnie jak w reklamie, tylko jakoś tak inaczej. Słońce wpada do biura, odbija się w farbowanych włosach nowej asystentki, czyli takiej ładnej pani, co dobrą kawę parzy i ma nogi do nieba. Chciałby teraz wyjąć z torby kanapki przyrządzone przez kochającą żonę. Zszedł powoli do bufetu, zamówił kawę i hamburgera. Chociaż bardziej by pasowała cola, ale cola jest dla młodzieży chodzącej na przerwach na pięciominutowe spacerki pod niekameralną ścianę palaczy. Idąc do stolika zapomniał spojrzeć pod nogi i poślizgnął się na brudnej kałuży rozlewając kawę na nowy garnitur i trafił hamburgerem w głowę koleżankę po fachu. Kobieta nie miała mu tego za złe. Nawet była szczerze wdzięczna, że tym razem frytki nie wylądowały na jej dekolcie. Apetyt zniknął prawie tak szybko, jak pewne biuro podróży, gdzie pan Anderson ulokował pół majątku, w nadziei na kilka dni odpoczynku od wielkiego miasta. Pomimo kilkunastu minut spędzonych w łazience na próbie doprowadzenia garnituru to stanu używalności, pan Anderson wyglądał jak bezdomny z dworca, który właśnie wykąpał się w kanałach.

- A co się panu stało? Może mogę jakoś pomóc? – pani Ania miała bardzo zmartwioną minę. Co najmniej jakby szambiarka rozjechała jej ulubionego chomika. - Może pani zadzwonić na pogotowie, albo do prezydenta. Oblałem garnitur kawą. - Och – westchnęła – to straszne. - Istotnie. Może w takiej sytuacji zrobiłaby mi pani kawy. Byłbym bardzo wdzięczny. - Lepiej nie. Ten garnitur nie zniesie następnego spotkania z kofeiną jednego dnia. - W takim razie poproszę filiżankę wybielacza do kolorów z łyżeczką cukru, ale proszę pamiętać, czubatą łyżeczką. - Ach to pana poczucie humoru. Wieczny żartowniś. Nie wiem jak żona wytrzymuje. - Świetnie. Żona jest bardzo zadowolona. - Dziwne. Byłam święcie przekonana, że jest pan kawalerem. - Bo jestem. Jakiś problem? - Ależ skąd, tylko w takim stanie nie ma pan chyba zamiaru pojawić się na dzisiejszej konferencji? - Faktycznie. Chyba raczej pójdę do domu. Lepiej, żeby szef mnie nie widział w takim stanie. Jakby się pytał proszę powiedzieć, że dostałem pilne wezwanie od prezydenta i musze mu zainstalować kolejną część The Sims. Dowidzenia. Do zobaczenia jutro. - Do zobaczenia, ale jutro jest sobota i ma pan wolne. - Bez znaczenia. I tak mogę się założyć, że po tym wszystkim będę miał wolne 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu.

W drodze do domu pan Anderson wstąpił jeszcze do pubu na piwo. Jedno za drugim, a później nie rozróżniał już sufitu od podłogi. Następnie z trudem wtoczył się do taksówki. Nie dlatego, że lubił jeździć taksówkami, w których zawsze śmierdzi potem, tanimi perfumami i papierosami, a kierowca nie wie, jak dojechać do centrum miasta. Chciał jechać samochodem, ale nie mógł sobie przypomnieć, który był jego, a kiedy metodą prób i błędów otwierał a raczej nie otwierał kolejne samochody własnymi kluczami, jakiś facet cierpiący na brak szyi zaczął się na niego wydzierać, że niby porysował mu lakier czy coś. Pokojowe nastawienie pana Andersona nie pozwoliło mu bić się. Po tym jak dostał kopa z półobrotu od tegoż właśnie faceta bez szyi, który na pewno nie był Chuckiem Norrisem, raczej jego podróbką wychowaną na sterydach. Jeżeli ktoś uważa, że ciężko wytłumaczyć ludziom, jak poprawnie projektować strony WWW, niech spróbuje wytłumaczyć taksówkarzowi, że ten czerwony okrągły znak z grubą białą kreską, naprawdę znaczy, iż nie należy wjeżdżać w tamtą uliczkę, tylko podjechać z drugiej strony. Wreszcie we własnym domu, po kilku godzinach zmagań z ludzką głupotą i litrami piwa. Wreszcie można rąbnąć się w ubraniu na łóżko i obrzydliwie zasnąć, jak ostatni menel, a nie pracownik prestiżowej firmy komputerowej, mający wyższe wykształcenie i szufladę pełną różnego rodzaju dyplomów i nagród za osiągnięcia naukowe. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Plaża, słońce, drinki i modelki. Dźwięk telefonu brutalnie wyrwał pana Andersona ze snu.

- Jan Anderson. Słucham? - Dzień dobry panie Janku. Mam nadzieję, że pana nie obudziłam. Mówi Nowakowska. Maria Nowakowska. - A pani Marysia. Skąd pani do głowy przyszło, że mnie pani obudziła? Dlaczego miałbym spać o trzeciej w nocy? - Przepraszam, ale mam problem. Czy mógłby pan przyjechać? Teraz. - A co się stało? - Mój syn zepsuł komputer. - Znowu? Co się tym razem stało? Maszyna eksplodowała, czy może drukarka zaczęła robić tosty? - Gorzej. Proszę przyjechać sam pan zobaczy.

Na szczęście nawet w dużym mieście ludzie sypiają. I robią to w domach, ewentualnie hotelach, a nie rozbijając sobie obozowisko na środku autostrady, więc pan Anderson bez większych trudów dotarł na drugi koniec miasta do domu pani Nowakowskiej. Po drodze oczywiście znowu spotkał policjantów, którzy tym razem byli święcie przekonani, że pan Janek jedzie właśnie na spotkanie z szefem mafii, żeby omówić szczegóły przemytu papieru toaletowego za wschodnią granicą. Puścili go dopiero wtedy, kiedy przypomniał, że o tej godzinie szefowie mafii sypiają w wielkich łożach z baldachimem w towarzystwie pięknych dam i przemyt papieru toaletowego o trzeciej w nocy właściwie jest zupełnie nieważny. Panowie w niebieskich mundurach obiecali, że zatrzymają go jutro w południe, kiedy przemyt papieru toaletowego będzie sprawą priorytetową.

Była już prawie czwarta, kiedy wszedł na podwórko pani Nowakowskiej i pokonał cały ogród w pół sekundy uciekając przed wielkim wilczurem, który zawsze zrywał się ze smyczy, kiedy pan Anderson był w pobliżu.

- O Miluś znowu zerwał się ze smyczy. Przepraszam pana. On bardzo pana lubi. - Tak. Myślę, że bardzo lubi smak mojego mięsa. Co z tym komputerem? - No nie działa. Próbowałam już wszystkiego, antywirusów, młotka i przeklinania a tu nic. - Z własnego doświadczenia radzę, ostrożnie z młotkiem, komputer może dostać wstrząsu mózgu zarzygać pani cały pokój. - Co też pan mówi?! - Naprawdę. Raz u mnie w firmie monitor spadł na podłogę. Myślałem, że nic mu nie jest, nawet kroplówki mu nie dałem, a później na konferencji zarzygał garnitur bardzo ważnemu inwestorowi i straciliśmy świetny kontrakt. - To straszne. - Tak. Z przeklinaniem też trzeba ostrożnie. Opowiem pani taką historię, która na zawsze oduczyła mnie przeklinać w towarzystwie maszyn. Otóż pewnego dnia, kiedy zaczynałem pracę, wtedy jeszcze u wujka, w firmie specjalizującej się oczyszczaniem miasta… - Mafia? - Jaka tam mafia. Wiejski oddział MPO. No, więc wracając do mojej opowieści zajmowałem się elektroniką, grzebałem trochę w komputerach. Znaczy w komputerze jednym. Znalezionym w śmietniku na obrzeżach miasta. Więc raz grałem w pasjansa i maszyna się zawiesiła. Młody byłem, kląć zacząłem, jak ostatni ordynus. Prawie tak, jak pani syn, kiedy pali trawę z kolegami pod mostem, znaczy pod wiaduktem, tata zawsze mnie uczulał, żebym rozróżniał te dwie budowle. - No dobrze, ale co z tym komputerem? - A tak. Komputer. Właśnie. Więc zacząłem rzucać mięsem. I tak przez godziną. W końcu zresetowałem maszynę i poszedłem na piwo. Po powrocie stało się coś strasznego. Chciałem obejrzeć sobie filmik, który wcześniej ściągnąłem z sieci, a musi pani wiedzieć, że to były piękne czasy i rzadkością było, żeby na stronach z pornosami trafić na jakiegoś wirusa. Nigdy program antywirusowy niczego nie wykrył. No może dlatego, że zawsze go wyłączałem, bo nie wpuszczał mnie na fajne stronki i ciągle jakieś irytujące komunikaty wyświetlał, że niby wykryto infekcję czy coś. Wtedy jeszcze nie podawałem komputerom witaminy c, więc całkiem możliwe, że się przeziębił, ale to chyba nie powód, żeby od razu zasłaniać pół ekranu jakimiś komunikatami. To był stary komputer. Prawie tak jak pani, a takie stare próchno to zawsze przewrażliwione na punkcie swojego zdrowia. No, więc chciałem ten filmik sobie obejrzeć, szukam po całym dysku twardym nigdzie nie ma. Przecież nie mógł zniknąć tak po prostu. Grzebię tam dalej, weszło mi się w jakieś właściwości patrzę a tam napisane, że nie ma wolnego miejsca na dysku. Wie pani, co się okazało? - Co? Zwymiotował panu ten film? - Nie. No co też pani wymyśla? Cały dysk był zajęty przez moje przekleństwa. Skubaniec wszystko zapamiętał. A jak chciałem to usunąć, to tak mi odpowiedział, że aż uszy mi zwiędły. Naprawdę. - To straszne. Wejdzie pan może do mieszkania, zamiast stać jak głupek na schodach? Chyba, że naprawia pan komputery na odległość. - Wejdę, chętnie. Więc co z tym komputerem? - O tutaj stoi – pani Maria wskazała białe pudełko i mnóstwo przewodów. - I nie działa? - No przecież tłumaczę panu, że nie działa. Włączam, a on się nie chce włączyć. Niby światełko się zapala, zaczyna charczeć, ale ekran czarny. - Tak. Fascynujące. Niesamowity przypadek. A próbowała pani może włączyć monitor. O tym dużym guziczkiem tutaj? - Nie. Boję się tego dotykać, bo jeszcze wybuchnie czy coś. - Ostrożności nigdy za wiele. Obawiam się, że pani komputer cierpi na rzadką, aczkolwiek bardzo poważną przypadłość. - Tak. Co mu jest? - Jego choroba nazywa się głupota właścicielki. - A jak to się leczy? - Tego się nie leczy. - Znaczy, że na złom? - Tak, wiem, że to przykre. - Ale to nowy komputer. Kupiony tydzień temu i bardzo drogi. - Choroba nie wybiera. Proszę mi dać kawy, a jak skoro już jestem zabiorę to pudło na złomowisko. Nie musi mi pani dziękować.

Pan Anderson wracał do domu z uśmiechem na twarzy i nowym sprzętem na tylnym siedzeniu. Omal nie puścił pawia na przednią szybę, kiedy zobaczył panów w granatowych mundurkach.

- Dzień dobry panie Anderson. Rutynowa kontrola. - Ależ proszę bardzo. Może pan sprawdzić, czy nie schowałem czegoś w skarpetkach, ale uprzedzam odkąd wyprowadziłem się od mamy nie ma mi kto prać skarpetek. Nie jest to aż tak straszne, jakby się mogło wydawać. Do zapachu się można przyzwyczaić a skarpetki stojące na stole są lepsze niż figurki ze złota. Acha mam grzybicę stóp. - A tam na fotelu, co to jest? Kradziony sprzęt? - Nie. To jest pacjent. Zarażony bardzo niebezpiecznym wirusem. Wirus ten jest o tyle ciekawy, że atakuje tylko upierdliwych gliniarzy, którzy zatrzymują człowieka pięć razy dziennie i skutecznie uprzykrzają mu życie.

Ledwo pan Anderson wszedł do domu, wypił kawę i podłączył nowe cacko usłyszał dzwonek do drzwi. Mógłby niemal założyć się o dwie głowy i nowy skaner, że to policja, która przeszuka zaraz jego mieszkanie pod zarzutem posiadania nielegalnej broni, znaczy nielegalnego posiadania broni, która wczoraj w dziwnych okolicznościach zniknęła z magazynu wojskowego. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zamiast munduru zobaczył nogi do ziemi, znaczy do nieba, ale zaczynające się od ziemi w czarnych butach na obcasach.

- Dzień dobry. Nazywam się Katarzyna Chomik i mieszkam naprzeciwko. Wprowadziłam się wczoraj. Pewnie pan zauważył, jestem nową sąsiadką i przyszłam się przywitać – powiedziała i wyciągnęła w jego stronę tę swoją chudą łapkę. - Dzień dobry. Strasznie jestem ostatnio zapracowany i pewnie, dlatego nie zwróciłem uwagi na nową sąsiadkę. Po części może wynika to z faktu, że średnio co tydzień ktoś się wprowadza a inny wyprowadza. Prawie jak Ameryka tylko bardziej po argentyńsku. W każdym razie bardzo mi miło. Zaprosiłbym panią na kawę, ale od 12 godzin nie widziałam własnej kuchni i nie jestem pewien jak ona wygląda. Aha jestem informatykiem, to znaczy zajmuje się komputerami i wszystkim innym, co zużywa prąd, wydaje dziwne, dźwięki i świeci. Gdyby pani potrzebowała pomocy proszę się nie krępować. W dzień czy w nocy. Inni się nie przejmują czy śpię czy sram, pani też nie musi. – Wyrecytował jednym tchem pan Anderson po czym zamknął panience drzwi przed nosem.

Kiedy zbliżał się do kuchni i otwierał lodówkę miał nadzieję zobaczyć w środku pieczonego indyka, a w ostateczności trochę żółtego sera. Niestety było tylko światło i to jakieś takie niemrawe. Gorzej niż za komuny. Wtedy przynajmniej ocet był. Że też ta panienka nie przyniosła na powitanie ciasta, jak to zawsze robią w filmach. Pewnie zżarła w piwnicy i zgrywa niewiniątko. A później będzie narzekać, że jest gruba.

Pan Anderson wyszedł z domu. Z psem. Co prawda psa nie posiadał, ale to przecież bez znaczenia. Przeszedł się kawałek ulicą, tam i powrotem i jeszcze raz. Spotkał młodych chłopców w za dużych ubraniach, którzy biegali, ale tak ostrożnie, żeby im żel z włosów nie spadł. I matkę z córką, które rozmawiały na temat skrzydełek. Córka upierała się, że skrzydełka są lepsze niż gdyby ich

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%