Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 6 min czytania

Pan Bonheur

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pan Bonheur

Słońce ziewało tego dnia nad wyraz często. Rzecz jasna skrzętnie się z tym skrywało i rozdziawiało swoją paszczę tylko wtedy, kiedy przysłaniały ją chmury, ale ja już tam wiem, ja je znam. Szedłem akurat do redakcji na poły amatorskiego pisma „Baczne Oko”, by zdać tam swój bezdennie nudny artykuł o wrześniowym posiedzeniu Rady Miasta. Minęła mnie jakaś zakochana para. Uśmiechnęli się do mnie szeroko i ciepło, więc w naturalnym odruchu odwzajemniłem uśmiech. Chwilę później tak samo miły gest spotkał mnie ze strony idącego z pracy umorusanego robotnika. Zrobiło mi się jakoś lżej i cieplej na sercu. Dobrze wiecie, jak to jest – pozy, pozami, a tak naprawdę, każdy z nas to tylko żałosne ciepłe kluchy z mnóstwem małych, zidiociałych tęsknot, które potrzebują, żeby ktoś utulił czasem ich zakompleksienia i smutki. Więc, mimo że nigdy nie napisałbym tego w żadnym utworze artystycznym, ba, nie przyznałbym się za nic w towarzystwie, to uśmiechy mnie cieszą. Tak, do czorta, cieszą. Dreptałem tedy uśmiechami ucieszony i zapewne tak ucieszony wszedłbym do redakcji, i ucieszony dał do łamania tekst, i ucieszony wyszedł, i ucieszony wróciłbym do domu, i ucieszony zaczął swe rutynowe smucenie, gdyby coś nie wzbudziło moich podejrzeń. Minęła mnie baba. A baba była to nie pozbawiona wszelkich ohydnych babich przymiotów. Taka wszechbaba z plaskatym odwłokiem i dławiącą purpurą rozlaną po twarzy. I, Święci Pańscy, również ona uraczyła mnie uśmiechem (a wcale nie była to jedna z bab mi znajomych!). Uśmiechnęła się i polazła dalej. A mnie trwoga zaczęła doskwierać i już nie cieszyły uśmiechy, choć każdy, kogom mijał, narzucał mi się to serdeczniejszym, to zaś pełniejszym miłości. W pewnym momencie rozpoznałem w dali dobrze znaną mi sylwetkę człowieka, którego nigdy tak naprawdę nie rozszyfrowałem, a który był mi przyjacielem, choć może bardziej aniołem stróżem, a może wyrzutem sumienia – czy to taka wielka różnica? Tak czy siak, poznałem go po czarnym kapeluszu, a potem już wyostrzyły się rysy jego twarzy i dojrzałem te skórzane trzewiki, na których zawsze jak harmonijka układały się przybrudzone spodnie. Był to Burns. Burns biegł, a gdy się zbliżył, dostrzegłem, że twarz jego ma wyraz niezwykły i przyprawiający o zgrozę, jakby podczas beztroskiej kąpieli w wodach Amazonki dopadły go właśnie piranie, albo ktoś podważał szpilką paznokcie. Z oczu leciały mu łzy, ale nie był to płacz, ni łkanie. Był to chaotyczny potok kropel słonej wody pozbawiony smutku, podszyty bojaźnią, charakterystyczny dla paniki. Pamiętam: też raz czy dwa tak ciekły mi łzy, np. kiedy uciekałem przed goniącym mnie psiskiem, czując na sobie jego gorący oddech, a płot, który miałem przeskoczyć, był jeszcze tak daleko... Zrazu

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pan Bonheur — czytnik · opowiadania