Przygoda · 33 min czytania
Pan Samochodzik i Skradzione eksponaty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Opowiadanie nieukończone
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wakacyjna podróż wehikułem * Czy ktoś nas śledził? * W Gabinie * Zakodowany list * Gdzie jest Mirek? * Artykuł w gazecie * Kąpiel w jeziorze * W podwodnej grocie * Ukryty obserwator
Są ludzie, którzy swoje samochody zmieniają jak rękawiczki. Są też ludzie, którzy przez całe swe życie nie dorobili się żadnego pojazdu. Bywają również i tacy, którzy swój samochód traktują jak największy skarb i ani myśleć im go zmieniać. Ja zdecydowanie należę do tej ostatniej grupy. Nawet teraz, jadąc z moimi podopiecznymi – Wilhelmem Tellem, Sokolim Okiem i Wiewiórką – z dumą przyglądam się masce rozdzielczej mojej niezwykłej maszyny. - Panie Tomaszu – zagadnął Wilhelm Tell – wie pan, że las, którym jedziemy jest tak zwanym „Polskim Lasem Sherwood”? Wiele lat temu, w owym lesie, swoją kryjówkę miała grupa zbójów Pyzdry Bystrookiego, jednego z najznamienitszych polskich łuczników. - Rzeczywiście, obiło mi się to kiedyś o uszy – przyznałem. – Ale to tylko miejscowa opowiastka, Wilhelmie. - Może i tak, ale w końcu, nawet sam Robin Hood uznawany jest za legendarnego bohatera i nikt tak naprawdę nie wie, czy żył w rzeczywistości. - No tak, szkoda tylko, że to lato nie zapowiada się jakoś szczególnie „przygodowe”. – Posmutniał Sokole Oko. - Właśnie – rzekł Wiewiórka. – Tylko jezioro, las, a nie ma nawet żadnego zamku… - I tu się mylicie, moi drodzy – powiedziałem dobitnie, spoglądając na ożywione twarze chłopców. Za nami, leśną dróżką, jechała stara, beżowa Łada. – W wiosce Gabin znajduję się jeden zamek, co prawda są to jego ruiny, ale… - Tak – ozwał się Tell z zażenowaniem – ruiny są magiczne… My zaś dalej jechaliśmy leśną dróżką. Gabin był już naprawdę blisko. A, że dochodziło południe i żar lał się z nieba, z ulgą myślałem o tej błogiej chwili, kiedy dojedziemy do dworu i w chwilę później zanurzę się w chłodnej wodzie jeziora. Ach… - Panie Tomaszu – zwrócił się Tell. - Tak? - Nie wydaję to się panu trochę dziwne? - Co? - No ta Łada. Jedzie za nami już od kilku ładnych godzin… - Przesadzasz – powiedziałem uspokajająco, lecz w gruncie rzeczy, mi również ta cała sytuacja nie za bardzo się podobała. Cóż, powinienem się zatrzymać. Zjeżdżając na pobocze spojrzałem raz jeszcze na omijający mnie pojazd. Jednego jestem pewien – kierowcą była kobieta, o ciemnych, krótko przystrzyżonych włosach. Nosiła okulary przeciwsłoneczne. - Wydaję mi się, że gdzieś widziałem już tę kobietę – rzekł z zamyśleniem Sokole Oko. Faktycznie, i ja odniosłem podobne wrażenie. Ale chyba, jak na razie, nie powinienem się tym martwić.
Dojeżdżając do dworu, wreszcie poczułem się jak na prawdziwych wakacjach. Rześkie powietrze, człowiek może się poprzeciągać, pooddychać jak należy, a i do komarów się przyzwyczai. Słowem – żyć nie umierać. Spojrzałem po chłopcach. Oni również, pomimo mych obaw, byli zadowoleni. Stary dwór, ukryty w gęstwinie równie starych drzew. Po trawie wesoło hasały zające. A do tego ten niespotykany nigdzie indziej spokój, niczym cisza przed burzą. Z pewnością w głowach moich młodych podopiecznych kreowały się już różne, przedziwne przygody. Dawna legenda głosi, że pierwszy właściciel dworu, hrabia Amadeusz Kauffman, ginąc w 1768r. w domowej bitwie o stary zamek rodu Czuków (to właśnie jego ruiny znajdują się w Gabinie), wrócił dwadzieścia lat później pod postacią ducha do swego dworu, i tak mieszka w nim, aż po dziś dzień. Szczerze mówiąc – ja w te wszystkie pogłoski o straszydłach nie wierzę, ale dla chłopców będzie to z pewnością nie lada gratka. - To właśnie tu mieszka mój przyjaciel ze studenckich czasów, Mirek Pietrzak – powiedziałem, wskazując na stary dwór. – No to co, idziemy! I wolno skierowaliśmy swe kroki w stronę kamiennych schodów. Tak idąc, spoglądaliśmy, to na ogrodową altanę, obsadzoną roślinami pnącymi, to znów na ścieżkę prowadzącą do dworskiego jeziora. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się u progu masywnych sześciostopniowych schodów. Nad nami znajdował się balkon oraz przymocowana do niego żeliwna balustrada. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Tym razem zastukałem metalową kołatką przymocowaną do drzwi. Głucha cisza. - Panie Tomaszu! Niech pan spojrzy! – zawołali chłopcy, przekazując w moje dłonie lekko zmiętoszoną kartkę. – Znaleźliśmy to pod wycieraczką. Coś tam piszę, nie wiemy, chyba łaciną. Rzeczywiście, test napisany był łaciną. Było to pismo Mirka – małe, pochyłe, ale czytelne. Treść przeczytałem na głos.
Drogi Tomaszu! Niestety musiałem pilnie wyjechać. Stop. Klucz do dworu znajdziesz w 25,14,24,31,27,4,7X22,20,6X25,4,11,20,6,1,17,12. Stop. Pozdrów chłopców. P.S. Wszystko wyjaśnię, jak tylko wrócę. MIREK
- Toż to jakiś szyfr! – zdumieli się chłopcy. Mieli rację. Ale nie był to szyfr szczególnie trudny do złamania. Przynajmniej dla mnie i dla Mirka. Będąc jeszcze na studiach wymyśliliśmy taki oto sposób kodowania ważnych wiadomości. - Macie jakiegoś mazaka? – spytałem, a po chwili Sokole Oko wyciągnął z kieszeni w harcerskim mundurku, niewielki ołówek. – No to teraz notujcie. – Od listu oderwałem skrawek kartki przekazując go w ręce Sokolego Oka. – S, K, R… - mówiłem kładąc akcent na poszczególne litery. Po chwili na kartce pojawił się napis: „skrytce pod schodami”. - W skrytce pod schodami? Na czym polega ten szyfr? - Zdziwisz się Piotrusiu, jakie to proste – powiedziałem tak, bo rzeczywiście jest to banał, jakich mało. – Poszczególne liczby odpowiadają umiejscowieniu liter w alfabecie, dla niepoznaki był to polski alfabet, a nie, jak reszta listu by na to wskazywała – łaciński. I tak też liczba jeden stawała się literą „a”, a liczba dwadzieścia pięć – literą „s”. - A „X” to po prostu odstęp pomiędzy wyrazami? - Dokładnie. Ani się obejrzałem, a chłopcy już buszowali wokół schodów w poszukiwaniu tajemniczej skrytki. Grzebali w ziemi, nadstawiali uszu w poszukiwaniu najdrobniejszych szelestów, lecz skrytkę odkryłem ja. Wystarczyło odsłonić jeden kamień, okryty kilkoma tulipanami, następnie podważyć scyzorykiem, a w końcu go wyjąć. I w taki też sposób, stałem się posiadaczem klucza do dworu. - To niesprawiedliwe – oburzyli się chłopcy – pan wiedział, gdzie znajduję się ta skrytka! - Może wiedziałem, może nie… Lecz, gdybyście lepiej się przyjrzeli, z pewnością zauważylibyście, że beton w okolicach kamienia jest naruszony i nie za bardzo trzyma się kupy. - Ale pan wiedział! – nie ustępowali. - Owszem, wiedziałem – przyznałem. – Ale harcerze i w takich sytuacjach radzić sobie powinni. Nic nie odpowiedzieli, lecz ja zauważyłem ten specyficzny uśmieszek na ich twarzach, mówiący: „Jeszcze pokażemy w jakich to sytuacjach radzą sobie harcerze”. Klucz był bardzo nieporęczny. Nie dość, że niespotykanie długi (wystarczy powiedzieć, że o kilka centymetrów dłuższy od mojej – i tak dużej – dłoni), to na dodatek ważył z jakieś dziewięćdziesiąt gramów. Ostrożnie umieściłem go w zamku. Zaskrzypiało i zazgrzytało. - Proszę, chłopcy, wchodzimy – powiedziałem, uchyliwszy drzwi. Pierwsze co odczułem, wchodząc do dworu, to charakterystyczny zapach starości i stęchlizny, właściwy wilgotnym i nie wietrzonym pomieszczeniom. Zapach upajał, a jednocześnie znajdowało się w nim coś tajemniczego. Podłoga wykonana była z modrzewia – drzewa niezwykle twardego i trwałego nawet przez kilkaset lat, co, akurat w przypadku dworu, jeszcze bardziej potęgowało odczucie tajemniczości i zagadkowości. Wysoko na ścianach (również modrzewiowych) wisiały portrety kolejnych potomków rodu Czuków, a na samym środku – a jakżeby inaczej – samego, pierwszego właściciela dworu – Amadeusza Kauffmana. W samym tylko holu znajdowało się wiele zabytkowych mebli, starych przedmiotów, a także ogromnych świeczników. Słowem – wymarzone miejsce dla studenta historii sztuki. Ale to jeszcze nie wszystko. We wspomnianym wcześniej holu, znajdują się, obite modrzewiem, schody, z pięknie wyrzeźbioną poręczą. A tuż obok nich, na specjalnie przystosowanym do tego stojaku, stoi popiersie Amadeusza Kauffmana, z charakterystycznym dla niego, uniesionym do góry, wąsikiem. Chłopcy pobiegli na górę. Ja zaś, postanowiłem wstąpić do spiżarki i przyrządzić coś do jedzenia. Wbrew pozorom, niewielka, zaciemniona komórka, była całkiem nieźle zaopatrzona. Znalazłem w niej ziemniaki, marchwie, pietruszki, buraki, kilka główek kapusty oraz jednego selera. W niewielkie wiaderko zaczerpnąłem wody ze studni. Była czysta i klarowna, nie to, co z miejskich wodociągów. Poszedłem do kuchni. Od razu wzrok mój przykuł masywny stół przykryty ceratą, na której zaś leżała dzisiejsza gazeta. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jeden z głównych nagłówków – Czy w wiosce Gabin znajdują się podwodne groty? – otoczony był czerwonym kółeczkiem, obrysowanym zapewne przez Mirka. Z racji daty wydania gazety, czyli 30 czerwca 1964r. (dzień dzisiejszy), wywnioskowałem, że Mirek dopiero dziś opuścił dwór, na niewiele minut przed naszym przyjazdem. Podsumowując, sprawa o podwodnych grotach musi być naprawdę ważna, więc ni myśląc chwili dłużej, przekartkowałem gazetę na drugą stronę, gdzie owy tekst się znajdował. Ujrzałem pogrubiony nagłówek.
Część 22 / 2
CZY W WIOSCE GABIN ZNAJDUJĄ SIĘ PODWODNE GROTY?
Z bliżej nam znanych źródeł, dowiedzieliśmy się o podwodnych grotach znajdujących się w wiosce Gabin, lub jej okolicach. Trudno oczywiście stwierdzić, czym owe groty są. Wiadomo jedynie, że jest ich w Gabinie co najmniej dwie, z czego jedna, jak dowiedzieliśmy się z ust anonimowego informatora, może skrywać pradawne skarby rodu Czuków. Z myślą o dokładnym zbadaniu tej tajemniczej sprawy, wysłaliśmy jedną z naszych redaktorek, Beatę Chmielewską, na dokładne oględziny. Artykuł z tej wyprawy powinien w najbliższym czasie ukazać się na łamach naszego dziennika. Faktem natomiast jest, że po raz kolejny szykuję się nie lada gratka dla poszukiwaczy skarbów. Czy, podobnie jak dwa lata temu, w przypadku skarbów templariuszy, zwycięzcą owych poszukiwań okaże się „Polski Sherlock Holmes”, mężczyzna o, jakże zabawnym przezwisku – Pan Samochodzik? Dowiemy się wkrótce.
- Ja, Sherlock Holmes!? Co oni sobie myślą? - Jaki Sherlock Holmes, Panie Samochodziku? Z nerwów nie zauważyłem nawet, jak do kuchni wtargnęła trójka chłopców. Sokole Oko pierwszy wyrwał mi gazetę z ręki. Cóż, nie mogłem w końcu zabronić czytać im miejscowego dziennika. - Panie Samochodziku, nareszcie coś się dzieję! – wykrzyknęli uradowani. - Tak, Pan Samochodzik stał się osobą medialną! Porównują go już nawet z Sherlockiem Holmesem! Hura! Cóż, nie mogłem mieć oczywiście pretensji za to, że ktoś komplementuje moją skromną osobę na łamach gazety, ale osobą medialną to ja nigdy nie byłem, i zamiaru być nie mam. Martwię się tylko tym, że w niedługim czasie, do wioski zjedzie zapewne wielu poszukiwaczy-amatorów. A miały być to takie spokojne wakacje… Swoją drogą, ciekawe kim jest ten anonimowy informator? Chętnie bym sobie z nim porozmawiał… Do sprawy grot podwodnych, podchodziłem raczej sceptycznie. Jednakże, patrząc na zaangażowanie się w tę sprawę (tak przynajmniej domniemam) Mirka, nie pozostawało mi nic innego, jak zanurzyć się w wir owych poszukiwań. Zresztą, prędzej czy później (raczej prędzej) chłopcy by mnie do nich namówili. Po zjedzeniu skromnego obiadu (ugotowałem barszcz czerwony, bo tylko do jego przyrządzenia miałem wszystkie niezbędne składniki) wraz z chłopcami poszliśmy popluskać się w jeziorze. Wokoło rosły drzewka, jedne starsze, drugie zapewne niedawno zasadzone. Na żwirkowym piasku odbite były świeże ślady stóp. Cóż, zapewne również i Mirek nie odmówił sobie porannej kąpieli, co w naszym przypadku było kąpielą popołudniową. Chłopcy, jak to chłopcy, podnieceni pogłoskami o tajemniczych grotach, zaczęli nurkować po całym jeziorze w ich poszukiwaniu. Ale czy tak naprawdę można grotą nazwać, grotę podwodną? Raczej nie. Rozumiem, podziemną, skalną… choć tak właściwie, to skał w okolicy nie brakuję… - Nie sprawdzaliśmy jeszcze od strony dworu – zauważył Wilhelm. Jednego chłopcom nie można było odmówić – wytrwałości i zapału do pracy. No, nie chwaląc się, są w końcu moimi podopiecznymi. - Panie Samochodziku, znaleźliśmy! – wykrzyknęli chórem, wynurzając się spod wody. Ja zaś, niczym rażony prądem, aż podskoczyłem, robiąc wokoło wielki „plusk”. - Znaleźliśmy! Niech pan tu podpłynie, panie Tomaszu! Szybko! Nie zważając na swoje powątpiewania, podpłynąłem i zanurzyłem się w wodzie w miejscu, które wskazywali chłopcy. Na samym dnie, wśród wielu zarośli i zwałów mułu wyczułem dłonią niewielki otwór, lecz na tyle duży, aby człowiek mógł się przez niego przecisnąć. Wynurzyłem się. - Zostańcie tu – powiedziałem do chłopców. – Zaraz wracam. Sam niedowierzając swojej odwadze, nabrałem wielki haust powietrza i powtórnie zanurzyłem się w wodzie, poczym przecisnąłem się przez skalny otwór. Nurkowałem w dół, zapewne już kilka metrów. Nie mogłem teraz zawrócić. Powoli wypuszczałem powietrze z ust, co i rusz odczuwając przy tym, gorzki smak wody. Nie mogłem wiedzieć, jak głęboko będę musiał jeszcze nurkować. Pozostawało mieć jedynie nadzieję, że starczy mi zaczerpniętego powietrza, w innym razie… Nagle poczułem, jak dno groty zbliża się ku końcowi. Jak dotykam głową o skalną ścianę, o mało się przy tym nie kalecząc. Powoli zaczęło mi braknąć powietrza, wąski przesmyk zdawał się jeszcze bardziej zwężać, a płuca ściskała niewyobrażalna siła. Płynąłem w poziomie. To były moje ostatnie chwilę… Jednocześnie odczuwałem, że jestem coraz bliżej, zdało mi się nawet, że już dotykam skalnego otworu, podobnego do tego, jaki chłopcy odkryli na dnie jeziora. - A, hu, hu, a… - Usłyszałem swój głośny oddech. A więc Bóg się nade mną zlitował. Powietrze, którym oddychałem było bardzo wilgotne, co więcej, mało bogate w tlen. W grocie było ciemno, w końcu, jak mogłoby być inaczej? Przydałaby się latarka, choć zresztą, nie miałem tu ochoty dłużej przebywać, przynajmniej nie bez butli tlenowej. A chłopcy pewnie już się denerwują. Oby im tylko nie przyszedł pomysł zanurkowania do groty. Serce waliło mi jak szalone, a jednak zaryzykowałem i znowu zanurzyłem się w wodzie. W końcu, jakie miałem inne wyjście? Droga powrotna musiała być szybsza, przecież teraz się wynurzałem, a nie zanurzałem. Znów przepłynąłem przez wąski, skalny przesmyk. Teraz płynąłem w górę, mimowolnie, dzięki sile wyporu wody. Nawet się nie spostrzegłem, a już dotykałem rękoma śliskiego, skalnego wejścia do groty. Jeszcze tylko przecisnąłem się przez gęste zarośla i już mogłem oddychać świeżym powietrzem. Zdumiałem się, gdy zobaczyłem, że chłopców nie ma w stawie ani nigdzie indziej w zasięgu mego wzroku. Szybko wynurzyłem się z wody i zacząłem wołać za chłopcami. Niebawem dobiegły mnie krzyki trójki podopiecznych. Biegli ze strony lasu. - Panie Tomaszu, panie Tomaszu! – krzyczeli. – Ktoś nas obserwował! Chwilowo nie zważałem na to, co do mnie mówili, byłem raczej zadowolony z ich widoku i z tego, że się nigdzie nie zgubili. - Ale kto, chłopcy, kto nas obserwował? – zapytałem spokojnie, co dla chłopców było, co najmniej dziwne. - Nie wiemy. Sokole Oko dojrzał, chwilę po tym, jak się pan zanurzył w stawie, jakąś kobietę obserwującą nas ze skraju lasu. Pobiegł tam, a my w kłus za nim. Niestety nikogo już nie spotkaliśmy. - Cóż, ja bym się tym zbytnio nie przejmował. - Ale panie Tomaszu, co pan… - Wiem co mówię – powiedziałem. – Jeśli rzeczywiście ktoś nas obserwował, z pewnością tu jeszcze wróci. - Ale panie Tomaszu, przecież teraz ktoś wie, gdzie znajduję się jedna z podwodnych grot… Ale zaraz, czyżby to nie była grota? – zapytał dociekliwie Wilhelm Tell. - Może była, może nie… - Ale… - Teraz już chodźmy do dworu, tam wam wszystko opowiem.
ROZDZIAŁ DRUGI
Nocna pobudka * Kto wtargnął do groty? * Na przeszpiegi * Kolejny raz w podwodnej grocie * Kobieta nie z tej bajki * Zasadzka
W nocy zbudziło mnie głośne i naglące wołanie chłopców: - Panie Tomaszu, niech się pan zbudzi! Czułem jak chwytają mnie za ramiona i silnie potrząsają. - Szybko, panie Tomaszu! – nieustannie krzyczeli. Niechętnie podniosłem się z łóżka. Z wielkim trudem poprawiłem nogawki zielonej pidżamy. Za oknem świecił księżyc. Była pełnia. - Tam, za oknem, szybko! – krzyczał Tell, nieomal mnie przy tym przewracając. Odchyliłem ręką stare, pożółkłe zasłony, mrużąc oczy, przed księżycowym światłem. - To ona! – krzyknął Sokole Oko. – To ona nas dzisiaj obserwowała! Spojrzałem w kierunku jeziora. Na jego brzegu stała czarnowłosa kobieta. W dłoniach trzymała niewielką butle tlenową. Miała nie więcej niż czterdzieści lat. - Panie Tomaszu, szybko, niechże pan coś zrobi!…