Horror · 8 min czytania
Pan Zygmunt i muchy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pan Zygmunt i muchy Lato tego roku było bardzo upalne i wilgotne. W powietrzu unosiły się roje komarów, muszek owocówek, całej czeredy bzyczącej, tnącej rozpaloną skórę. W wiejskim drewnianym domu, gdzie jeździło się na wakacje, przy biurku siedział Pan Zygmunt. Pan Zygmunt przypominał pająka. Miał kosmate ramiona i i chude jak u stawonogów kończyny z wystającymi przegubami kolan, łokci, nadgarstków i sterczącą grdykę. Wypukłe szkła grubości denka musztardówki, powiększały i tak wybałuszone oczy pana Zygmunta, kiedy ten wpatrywał się w swoją ofiarę. Jeśli stało się przed nim, to chwaliłeś Boga, że nie jesteś muchą. Z drugiej strony rzadko kto w towarzystwie pana Zygmunta potrafił z siebie wydobyć cokolwiek poza bzyczeniem. Bzzzz.. . Stało się i bzyczało. Głowę pana Zygmunta pokrywał pajęczyną cieniutki puch włosów. Pod haczykowatym nosem, sterczały szczeciniaste wąsy często zlepione w farfocle niby kądziołki przędne. Nad paskiem spodni wzbierał nieprzystojnie rozdęty odwłok brzucha. Obywatel Zygmunt Ptasznik, kawaler lat 58, nocny stróż w hurtowni styropianu interesował się muchami. Był zdeterminowany zbadać życie wydawałoby się pospolitych owadów, podejrzewając je o intrygi i znaczenie poważniejsze niż się przypisuje gatunkowi musca domestica. Odkrywszy, że choć pojedynczy osobnik muchy żyje około 4 tygodni, to u niego w drewnianej chałupie może w stanie anabiozy przetrwać zimę. Zatem ledwie słońce mocniej zaświeciło, pędził nasz bohater starym citroenem na wieś, by śledzić pierwsze przebudzenia ścierwojadów. Te, poruszały się ślamazarnie na parapecie okna, prostowały zakurzone skrzydełka, a człowiek nad nimi zwieszał głowę i wpatrywał się denkami musztardówek w każdy ich niezdarny ruch. Pan Zygmunt czuł się entomologiem pasjonatem z misją. Co nie znaczy, że dobrze życzył muchom. O nie. Nad głową pana Zygmunta zwisały z sufitu paski lepu na muchy. Są muchy naokienne – pisał oblizując spierzchnięte wargi. Wyglądają świata za szybami, obsrywając je. Świat widziany z tej perspektywy im wystarczy. Otwierasz okno a one nigdzie się nie wybierają. Łażą dalej przyczepione przylgami i pazurkami do gładkiej tafli i udają, że nic ich nie obchodzi. Choć wszystko widzą. Muchy naokienne są nie do ruszenia. Machasz ścierką a jedna i druga tylko zmienia szybę. I są niechciane muchy przyjaciółki. Przysiadają ci na ręce, z kubeczka twojego wody się napiją, skubną dżemu z talerzyka. Odganiasz taką, a ta niezrażona wciąż ofiarowuje ci swoją przychylność. Na przykład zacznie bzyczeć koło twojego ucha, szeptać miłosne wyznania, w nadziei na wzajemność i sekretne zwierzenia. Bo muchy przyjaciółki zbierają ukryte myśli. Łatwo się jej nie pozbędziesz, jest bardzo cierpliwa. Albo takie muchy – tanecznice. Potrafią wirować na plecach w szalonym break danse do utraty tchu. Wszystko po to, byś i ty poczęła wywijać młynki zatracając się tak, aż padniesz zemdlona i wtedy wskoczą na ciebie i będą zaglądać w twoje oczy, wsadzać ryjki do uszu, do nosa, by przejrzeć twoje zamiary i co masz za myśli w mózgu. A potem przysiądą i zacierają łapki, jedna o drugą, zadowolone ze swojej roboty. Ktoś nie zainteresowany tańcem, patrzy na owada, który po paru piruetach leży nieruchomy, wyczerpany i zdaje się, że na marach. Nic podobnego. On tylko udaje, zły, że nie złowił obiektu obserwacji na chwyt powszechnie przez muchy stosowany. Wyrzucisz go za okno, a otrzepie skrzydełka i poleci szukać innego frajera. Muchy to kłamczuchy. Najgorsze są muchy – cepeliny. Latają, ciężkie, mrucząc i wypatrując nadgnitego mięsa, jakiegoś nieboszczyka,