Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 9 min czytania

PANA OKULARA Z KANAREM PRZYGODA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PANA OKULARA Z KANAREM PRZYGODA

Pan Okular od dziecka był raczej typem marzyciela niźli formalisty. Spętany pajęczyną codziennych obowiązków starał się je, najlepiej jak tylko mógł, wypełniać. Czynił jednak zadość otaczającej biurokracji, mijającym go ludziom i przede wszystkim zdarzeniom zawsze tylko przy okazji swojej prawdziwej, biegnącej niby to równolegle, a w rzeczywistości prostopadle lub może koliście wokół osi życia, wyimaginowanej przestrzeni rozmyślań, badań i lęków przed niedopasowaniem. Balansował na krawędzi, przechadzał się po szalach wagi, na których z jednej strony leżała jego cudaczna, opatrzona metalowym krążkiem wokół oka, głowa, z drugiej zaś cały, z krwi może bardziej niż z kości, świat z niebem i ziemią, roślinami i zwierzętami, ludźmi oraz ich radościami i troskami. Nieraz wychylał ramiona wagi mocno na jedną ze stron, bądź to szukając kontaktu z drugim człowiekiem, bądź też z samym sobą. Gra w skrajności była jego ulubioną, gdyż chroniła przed uczuciem bezpłodnego konstansu, w którym to miewał w zwyczaju trwać ślepo wpatrzony w odległy o tysiące kilometrów punkt, głuchy na upomnienia kierowane tak od ludzi jak i od samego siebie. Zdarzyło mu się razu pewnego, podczas wycieczki do miasta o nazwie wielce nieistotnej, dużego jednak na tyle, iżby pokrywała je sieć trakcji tramwajowej, skorzystać z dostojnie nazwanego środkiem komunikacji publicznej, tramwaju. Z dworca kolejowego, do którego dotarł po całonocnej podróży od razu udał się w poszukiwanie słynnego na cały świat, unikatowego w swojej indywidualności Muzeum Sztuk Fekalnych i Średniowiecznych Gier Zapałczanych, zajmującego swym opisem dwie z okładem strony przewodnika. Jako, że wielce interesował się przemysłem zapałczanym w całości, a i nie stronił od gier, pomyślał, iż tego typu połączenie może dać mu wiele podróżniczej przyjemności oraz rzucić zupełnie nowe światło na wykorzystanie tego równie małego, co niedocenianego przez ludzi przedmiotu. Najbardziej jednak intrygowała go, do czego wstydził się przyznać, rzeczona sztuka fekalna. Od kiedy bowiem po raz pierwszy przeczytał w gazetach o budzącym się trendzie na real art, sztukę ze wszech miar odzwierciedlającą nasze życie, zapragnął zobaczyć jak bardzo nie nadąża za zmieniającym się światem. Odwiedził już nawet wystawy paryskich rozmazywaczy baboli na asfalcie, poznał smród społeczeństwa w madryckich uryno-pomnikach. Wyczytał jednak w jednym z pism kulturalnych opinię najbardziej znanego na całym świecie krytyka, że „…dopiero w Muzeum Sztuki Fekalnej człowiek może poprzez katharsis dotknąć absolutu i przekonać się o kruchości własnego jestestwa.” Pouczony zatem przez tubylców wsiadł do tramwaju numer pięć i zajął miejsce w niewygodnym, plastikowym fotelu, z przodu wagonu. Ograniczył tym samym możliwość dostrzeżenia przez współpasażerów mankamentu aparycji, któremu zawdzięczał swój przydomek, używany tak często, iż w zasadzie zastępujący już prawdziwe imię i nazwisko. Uciął tym samym wszelkie możliwe przyszłe rozmowy na ten temat. Oparł się o szybę i razem z tramwajem, ślepo błądząc po skąpanych w deszczu ulicach miasta zapadł w zadumę. - Bilet do kontroli proszę. - Słucham? - Bilecik do kontroli proszę. – powtórzył stanowczo kontroler wytrącając do reszty Pana Okulara z tramwajowego letargu. - Przepraszam, jak pana godność? – zapytał mężczyzna bez mrugnięcia okiem bynajmniej nie dlatego, że w mruganiu przeszkadzał mu metalowy krążek. - Pytałem czy ma pan bilet. – nie ustawał w wysiłkach kontroler. - Jóźwiak. - Jóźwiak co? - Nazwisko. – urwał równie krótką, co głupią rozmowę kanar. - Mógłby pan powtórzyć jeszcze raz? - Jóźwiak. Głuchy pan jest? - A, nie, nie. Czy mógłby pan powtórzyć to o co pan pytał. - Czy ma pan bilet? - Mam, mam. Co tak panu spieszno? A swoją drogą to z tych Jóźwiaków? - Z jakich tych? – wybałuszył oczy kontroler. Poproszę pana dowód osobisty. - Nie bądźmy zaraz tacy oficjalni. Jak ci na imię? - Miron. – uspokoił się nieco nie zdejmując z Okulara podejrzliwego spojrzenia. - Miron. Wspaniale. Do mnie możesz mówić Pan. – uśmiechnął się szeroko mężczyzna, czym na nowo rozsierdził kanara. - Pan sobie ze mnie kpi. Mieliśmy po imieniu rozmawiać. Pan mi tu będzie Mironie, Mironku, Mironeczku, a ja do pana dalej przez pan mam mówić. Dosyć tych głupstw i niech pan na boga…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PANA OKULARA Z KANAREM PRZYGODA — czytnik · opowiadania