Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 7 min czytania

Panaceum

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

21 PANACEUM

Słynny brukarz o imieniu Up, zadzwonił do Rica, gdy ten ubijał akurat kurę. Paradoksalnie mniej więcej w ten sam sposób się poznali. Rico niechętnie zaniechał, jakże przyjemnej czynności i za chwilę był już na lini. Up z góry przeprosił za telefon o nieodpowiedniej porze i przeszedł do sedna. - Ric’, potrzebuję pomocnika do roboty. No wiesz, wytapianie szkła, polerowanie rzeźb greckich i rzymskich, stawanie na głowie, latanie bez paralotni... - Czego ode mnie chcesz ? – przerwał Rico. - ...Potrzebuję pomocnika do roboty. No wiesz, ostatnio miałem takiego jednego, lecz podprowadził mi kalkulator z firmy i zalecał się do Bettiny. Byłem zmuszony go wyjebać na bruk. No wiesz. Rozumiesz ? - W rzeczy samej. - To jak ? - Dobra, stykniemy się tam gdzie zawsze, o tej co zawsze, ale jutro bo mam nawałnicę spraw do załatwienia. - OKe

Rico odłożył słuchawkę i powrócił do swojego zajęcia. Pomyślał. Nie wyczuł podstępu, ale nie pachniało mu to zbyt dobrze. Up nigdy szczerym człekiem nie był, z żadka się widywali, więc skąd te nagłe zainteresowanie kumplem ? Fakt, że niegdyś sobie pomagali nie znaczył tutaj nic, gdyż w tamtych czasach należało się tak po prostu zachowywać. To były czasy. By lepiej zrozumieć w czym rzecz Rico zjadł rosół, rzucił okiem na mapę Maroka i postanowił przespać się z tym dylematem.

Umówione miejsce, knajpka „Rio”, tłoczna, gwarna i zadymiona spelunka, była odwiecznym miejscem spotkań ludzi pokroju Up’a. A więc robotników, na których składali się hutnicy z pobliskiej huty, tramwajarze i pracownicy hurtowni cukrowniczej. Resztę tworzyli drobni sklepikarze i przypadkowe męty, które po wysupłaniu drobnych ciężarków z kieszeni wpadały tu umilić sobie trudy kolejnego dnia. Najważniejszym jednak człowiekiem w tym kręgu był stary Julian, który siadał zawsze w kącie i paląc mocne szlugi sypał z rękawa ciekawe opowiastki i dowcipy. Zawsze też miał liczne grono słuchaczy, które znało chyba wszystkie historie Julka, a jednak za każdym razem tak samo reagowało na to usłyszy z ust starca.

Był październik i jesień zaczęła zbierać swe żniwo. Pierwszą jej ofiarą padł Rico, który wpadł do knajpy zły, gdyż przed wejściem wjebał się w olbrzymią kałużę. Rzucił palto i rozejrzał się wokół. Uchwycił Up’a przy barze i skierował swe kroki w jego stronę, gdy nagle znajomy głos ugrzązł w jego głowie.

22 LEW SALONOWY

Ochrypły głos należał do dawnego kamrata Rica, o nieważnym tutaj imieniu. Przemycał on niegdyś papierosy do Berlina, ale podwinęła mu się noga i 2 i pół roku odbębnił w szwabskim kryminale. Później ciężko mu było powrócić do branży i w końcu dał sobie z tym spokój. Musiał wrócić do korzeni i nająć się znowu w hucie, a zdradzał to drelich i hutnicze okulary przewiązane przez szyję. Rico nie zamierzał z nim gadać, ale ciekawość, jak szybko można zamienić złoty kajdan na oczadziałe binokle nie dawała mu spokoju. Dał znak Up’owi, żeby się nie martwił i przysiadł się do stolika hutniczej gawiedzi. Że był nie w temacie, stwierdził po paru zdawkowych zdaniach, zamienionych ze starym funiem. Nie załamywał jednak rąk, bo wcale w tym temacie nie chciał być. Słuchał dawnych opowieści o lepszych czasach, podbojach, przekrętach, latach miodem płynących, o imprezach w bogatych domach, polskich i niemieckich. O dziwkach, samochodach i biżuterii. Wreszcie o dniach gorszych, gorzkich łzach i o…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%