Fantastyka · 40 min czytania
Pandemonium rozdz. 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział 5 Prawda.
Nigdy wcześniej nie zwracała tyle uwagi na swój telefon. Po raz pierwszy w życiu nosiła go cały czas przy sobie, a na każdy dzwonek reagowała podskokiem. Nie wiedziała, po co to robiła, bo to ona miała zadzwonić pierwsza. Nie mogła jednak usiedzieć spokojnie, gdy komórka nie znajdowała się w zasięgu jej wzroku i słuchu. Pod koniec tygodnia doprowadziła się do takiego stanu, że dostała palpitacji serca na sygnał telefonu stacjonarnego. - Słucham? - odebrała, nadal uspokajając się. - Lei? Jak żyjesz? Carla nadal była zachrypnięta i mówiła słabym głosem. Jeszcze tego samego dnia, którego umawiały się przez telefon na spotkanie - w sobotę poprzedniego tygodnia - napisała dziewczynie wiadomość. Złapała grypę i przez cały tydzień była nieobecna w szkole. Nie widziały się również poza nią, gdyż matka Carli uznała, że Lei zbyt polega na swoim głosie, żeby go narażać na chorobę. Dopiero, kiedy usłyszała osłabioną przyjaciółkę, skojarzyła to z dziwnym marazmem, który ostatnio panował wśród jej znajomych. - W porządku. Lepiej mów, jak się czujesz – powiedziała, nie ukrywając radości z jej telefonu. - Dużo lepiej. Pomyślałam, że mogłabyś już do mnie wpaść. Podobno już nie zarażam – ostatnie zdanie powiedziała ze śmiechem. Lei ulżyło. Zaczynała się już czuć nieswojo we własnym domu, a spotkanie z Carlą mogło jej tylko pomóc.
Niespełna pół godziny później siedziała już w pokoju koleżanki. Ta poruszała się całkiem sprawnie, choć nadal ubrana byłą w piżamę, a co jakiś do pokoju zaglądała jej matka, upewniając się, że leży w łóżku. Lei zajęła swój ulubiony fotel po przeciwnej stronie pomieszczenia i podciągnęła kolona pod brodę. - Przepraszam za bałagan... - powiedziała po raz kolejny Carla. - Jakoś nie mam siły, żeby to ogarnąć. - Szkoda bardzo, żebyś robiła takie rzeczy będąc tak osłabioną. Lei przyjrzała się jej dokładniej. - Nadal jesteś blada – dodała po chwili. Carla westchnęła głęboko i zaraz dostała ataku kaszlu. Męczyła bardzo, ale na szczęście tylko przez chwilę. - Teraz to jest już pikuś. Żebyś mnie widziała kilka dni temu... - przewróciła oczami. Wolała sobie tego nie wyobrażać. I tak miała wyrzuty sumienia, bo zupełnie zapomniała o swojej koleżance. Niechętnie przyznała w duchu, że ta choroba była jej wybawieniem od niepotrzebnych kombinacji. Zaraz jednak i tak przyszło nieuniknione. - Dobra, dość owijania w bawełnę – stwierdziła żywo Carla, układając się wygodnie pod kołdrą, tak aby dobrze widzieć twarz Lei. - Co to za facet, co się z nim szwendasz, co? Może i była osłabiona i blada, ale kiedy zaczęła ten temat, na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Musiała naprawdę niecierpliwie czekać na tę rozmowę. Patrzyły na siebie przez krótki moment, a Lei korzystając z okazji, próbowała ułożyć sobie wszystko w głowie. Zauważyła jednak typowy wyraz twarzy koleżanki, świadczący o tym, że grzecznościowe milczenie za chwilę dobiegnie końca. - Znajomy – odpowiedziała ostrożnie. Carla nie należała do osób głupich. Wręcz przeciwnie, była bystra i spostrzegawcza. W połączeniu z wieloletnią znajomością dawało to Lei marne szanse na wybrnięcie po jej myśli. - Znamy się krótko – dodała, wiedząc, że coś musi powiedzieć. Zwiesiła głowę, tracąc kontakt wzrokowy z koleżanką, a kolejne słowa wypłynęły z niej same. - To dziwne... ale czuję, jakbym znała go od dawna – mówiła wolno. - Z nim jest trochę tak, jakby mógł mi powiedzieć coś, czego sama o sobie nie wiem... Poznaję siebie przy nim. Przy ostatnim zdaniu poderwała głowę i wystraszyła się własnych słów. Nie dlatego, że wypowiedziała je po raz pierwszy. Dlatego, że powiedziała je osobie postronnej, która za nic w świecie nie mogła się dowiedzieć o ich prawdziwej relacji. Było jej tak łatwo zwierzać się Carli, że omal się nie zdradziła. Spojrzała na nią, starając się nie dać po sobie poznać obawy. Zauważyła, że burza kasztanowych włosów na głowie siedzącej pod kołdrą dziewczyny zmatowiała nieco przez chorobę i oklapła. Właściwie to były koloru ciemnego blondu, ale Carla upierała się, że nie jest blondynką, a jej loki są barwy ślicznych, jesiennych kasztanów. Lei przyjęła tą wersję, by nie jej nie drażnić. Siedziała teraz z szeroko otwartymi oczami, wgapiając się w nią. Nagle na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Ty się zakochałaś – powiedziała odkrywczo, nie kryjąc zdumienia. Lei, nawet gdyby chciała, swojego zdumienia nie mogłaby ukryć. Na chwilę zaparło jej dech w piersiach, po czym parsknęła głośno. - Co ty... - bąknęła tylko, nie wpadając na nic lepszego. Carla nadal patrzyła na nią roześmiana. Nagle wyskoczyła z łóżka i podeszła szybkim krokiem do fotela, na którym siedziała jej przyjaciółka. Uklękła przy nim i oparła się o poręcz. Świdrowała ją wzrokiem. - No mów! – ponagliła ją, nie wytrzymując milczenia. - Co mam mówić? Lei mimowolnie odsunęła się lekko. Czuła się prześwietlana, a to uczucie towarzyszyło jej ostatnio zbyt często. Przestawała być przez to pewna siebie samej. Spojrzała tępo na podłogę. W pokoju panowała głucha cisza. - Okej! - wyrzuciła w końcu z siebie, prawie krzycząc. Zerknęła na koleżankę, która wgapiała się w nią w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Wzięła głęboki oddech. - Ma na imię Jared. Jest sympatyczny. I irytujący – tu zrobiła krótką pauzę, zastanawiając się nad określeniem „irytujący”. Pauza wystarczyła, żeby Carla się wtrąciła. - Skąd go znasz? Jest stąd? - zapytała. - Nie znam żadnego Jareda... - dodała szybko. Lei znów odetchnęła. - Poznaliśmy się... - zastanowiła się chwilę, nie patrząc na rozmówczynię. - … w klubie. Chyba. - Jak to chyba? - W klubie, w klubie. Nie chciało jej się opowiadać wszystkiego ze szczegółami. Których większość i tak musiałaby pominąć lub zastąpić innymi na potrzeby Carli. - I właściwie to jest stąd, ale wyprowadził się, kiedy był mały – dokończyła odpowiedź. Przez jej głowę przeleciała myśl, że niekoniecznie tak to musiało wyglądać. Przypomniała sobie, że Jared powiedział jej, że nie mieszkał w Idyville od wielu lat, co wcale nie musiało oznaczać wyprowadzki w wieku dziecięcym. Właściwie to Lei nie wiedziała nawet ile miał lat... Blada twarzyczka, ukryta pod kasztanowymi włosami patrzyła na nią podejrzliwie. - Dobra, koniec tego, moja droga – powiedziała Carla, wstając. Lei popatrzyła na nią niepewnie. - Koniec tego – powtórzyła dziewczyna w piżamie. - Opowiadaj. Od początku do chwili obecnej. Dość mam tych dziwnych strzępków informacji i twojej kombinatorskiej miny. Stała nad brunetką z nastawieniem wyraźnie bojowym. - No dalej. Opowiadaj.
Jakąś godzinę oraz kilka łyków soku pomarańczowego później, na twarzy Carli malowała się satysfakcja. - A więc to tak... - powiedziała rozmarzonym głosem, patrząc przez okno. Lei kombinowała jak mogła, żeby opowiadać spójnie, pomijając wątki nieprzeznaczone dla postronnych uszu. Wyszła jej z tego całkiem składna historia, a już na pewno zadowoliła Carlę, a o to przecież chodziło. Ta powzdychała jeszcze jakiś czas nad szczęściem Lei, po czym pozwoliła jej pójść do domu. Jeszcze pod jej domem, dziewczyna wyjęła komórkę i wybrała numer obiektu całego dziwnego zamieszania. Poczuła nową siłę, za co w duchu podziękowała Carli. Usłyszała w słuchawce, że abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon. Spróbowała jeszcze dwa razy, po czym zrezygnowała. Kiedy już wróciła do własnego domu, odebrała wiadomość o próbie zespołu. To, że się szczerze ucieszyła pomimo wcześniejszego roztrzęsienia, wzięła za dobry znak, że jeszcze wszystko z nią w porządku. Poczuła się nawet na tyle dobrze, że postanowiła nadrobić nieco zaległości w nauce. Zanim się zorientowała, musiała włączyć lampkę, bo za oknem zrobiło się ciemno. Nawet zadania z matematyki nie stanowiły dla niej większego problemu, więc czas szybko jej mijał. Potem postanowiła jeszcze sięgnąć po jakąś lekturę. Wybrała coś krótkiego, w razie, gdyby ta dobra passa nagle minęła. Wzięła książkę i położyła się na łóżku. Jakiś czas później, usłyszała pukanie do drzwi, które po chwili uchyliły się nieśmiało. - Lei, nie śpisz jeszcze? - zapytała jej matka, zaglądając do pokoju. - Nie, czytam. - Chciałam ci zgasić światło... - wyjaśniła. - Już po północy. - Już!? Spojrzała na zegarek, który faktycznie wskazywał, że jest już kilkanaście minut po dwunastej. Zerknęła też na trzymaną w dłoni książkę, której większość była już przeczytana. - W sumie, to nie chce mi się jeszcze spać – powiedziała, dziwiąc się własnym słowom, Lei. - Za to ty lepiej się już kładź. Evelyn wyglądała już na mocno zmęczoną. - Mam taki zamiar... - stwierdziła kobieta i zniknęła, zamykając drzwi. Lei leżała jeszcze chwilę, zdumiona, jak szybko minął jej czas. Upewniając się, że naprawdę nie jest jeszcze śpiąca, przebrała się szybko w piżamę i wskoczyła znów do łóżka z zamiarem dokończenia kilkudziesięciu stron, które jej pozostały. Po kilku minutach jednak wstała, podchodząc do okna by je uchylić i wpuścić nieco świeżego powietrza do pokoju. To, co zobaczyła za szybą, sprawiło, że po raz pierwszy od kilku dni jej serce zatrzymało się na krótką chwilę. Jeżeli miała jakiekolwiek wątpliwości co do swojej senności, to w tym momencie całkowicie zniknęły. Postać w czarnym płaszczu przemieszczała się wolno po przeciwnej stronie ulicy. Lekko przerzedzone jesienią gałęzie drzew ukrywały ją przed światłem latarni. Dziewczyna zupełnie niepotrzebnie wytężyła wzrok, czekając na możliwość rozpoznania tego człowieka. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, odwrócił głowę w jej stronę, spoglądając wprost na nią. Zrobił to dyskretnie, ale najwyraźniej nie spodziewał się jej zobaczyć. Przyspieszył kroku. Lei wybiegła z pokoju najciszej jak umiała i wyskoczyła przed dom. Mężczyzna był już całkiem daleko, ale szybko go dogoniła. Złapała go za rękę i stanęła przed nim, zagradzając mu drogę. - Co ty robisz? - zapytała, dysząc po biegu. Spoglądał na nią przez chwilę, po czym uśmiechnął się rozbawiony. - Ja? To ty biegasz w piżamie po ulicy – powiedział, wskazując na jej strój. Spojrzała na nogawki bordowej piżamy i lekko się zawstydziła. Szybko jednak o tym zapomniała. Patrzyła na stojącego naprzeciw niej chłopaka, nie wiedząc co jej w nim nie pasuje. Znów wyglądał na zmęczonego, wręcz wyczerpanego. Widziała go już w takim stanie, więc nie to było dziwne. Nie było nawet dziwne to, że związał swoje czarne włosy w niechlujnego kucyka, podczas gdy krótsze, wokół twarzy, powiewały bezładnie na wietrze. Zauważyła też kilkudniowy zarost. - Wybiegłaś za mną celowo, czy uprawiasz nocny jogging? - przerwał jej myśli. Wyjął z pogniecionej paczki papierosa. - Dzwoniłam do ciebie – powiedziała Lei z wyrzutem. Wyjął zapalniczkę i próbował kilka razy odpalić. Udało mu się to dopiero po jakimś czasie. - Mój telefon... Jest na razie nieaktualny – stwierdził, zaciągając się głęboko dymem. - Słucham? Wytrzeszczyła oczy. - Jeszcze przez jakiś czas – dodał. - Nie rozumiem... miałam się z tobą kontaktować... Jared spojrzał na nią w sposób, który wyrażał brak chęci wyjaśniania czegokolwiek. Poczuła się dziwnie, ale zrozumiała. - Okej – powiedziała. - Pamiętaj tylko, że w piątek gramy w LightsOn. Zależy mi, żebyś to zobaczył. Potem może być ciężko dostać się na nasz występ – powiedziała, patrząc mu wyzywająco prosto w oczy. Uśmiechnął się i powiedział tylko krótko: - Będę. Nie czekając na nic więcej z jej strony, minął ją i odszedł uliczką. Zorientowawszy się, że wygląda dziwnie stojąc w piżamie, a do tego drżąc z zimna, Lei wróciła do domu. Nadal nie była śpiąca.
*
Bezsenność towarzyszyła jej również przez następne dni. Ciężko było jej zasnąć, bo w jej głowie krążyły dwie intensywne myśli. Kiedy zamykała oczy, widziała na zmianę zmęczoną twarz Jareda i siebie na scenie. Oba wyobrażenia przyprawiały ją o zaciskający się supeł w żołądku. Dopiero po kilku godzinach przekręcania się z boku na bok, zapadała w płytki sen. Nie budziła się wcale wypoczęta. Sen wyczerpywał ją tak samo jak jego brak. Nie pamiętała o czym śniła, ale budziła się zdenerwowana i spięta. Wydawało jej się, że wszystkie jej mięśnie pracują w tym czasie intensywniej. Czuła się wręcz fatalnie, a jej stan stawał się z czasem tylko gorszy. Coraz częściej miewała duszności i zawroty głowy. Ciężko było jej śpiewać na jednej z prób, więc koledzy z zespołu zaczęli się o nią poważnie niepokoić. - Nic mi nie jest! - krzyknęła w pewnym momencie. Nic już nie mówili, ale ich wzrok był wymowny. Kucnęła bezsilnie, opierając się o głośnik, przy którym stała. - Lei... - zaczął cicho Terry – powinnaś leżeć w łóżku... Dziewczyna spojrzała na niego słabym, ale nienawistnym wzrokiem. - Gramy pojutrze. Nie mam czasu na odpoczywanie – stwierdziła. Muzycy spojrzeli po sobie znacząco, ale nie skomentowali. Zdołała zaśpiewać jeszcze dwie piosenki, po czym prawie omdlała, więc wszyscy zgodnie podjęli decyzję, żeby wróciła do domu. Oczywiście wbrew jej woli. Terry odwiózł ją jej samochodem do domu i poprosił Evelyn, żeby nie pozwalała jej się przemęczać, oddając przy okazji kluczyki. - Co z jutrem? - wybełkotała jeszcze przez zanim chłopak zniknął za drzwiami. - Nie ma mowy – odpowiedział szybko. - Ale... - Nie i koniec. Wyglądasz paskudnie, a jeżeli będziesz wymyślać to odwołam cały ten koncert. Patrzył na nią pewnym wzrokiem i zrozumiała, że nie żartuje. Kiedy ujrzał to zrozumienie, odwrócił się i odszedł uliczką. Kiedy doczłapała z pomocą matki do swojego pokoju, padła na łóżko i natychmiast zasnęła.
Część 22 / 2
Kiedy się obudziła, nadal źle się czuła. W głębi, była wdzięczna kolegom za to, co zrobili, lecz czuła, że jej słabość może zaważyć na ich przyszłości. Nie podobało jej się to, ale jedyne, co mogła zrobić, to wyzdrowieć i nabrać sił. I miała na to bardzo niewiele czasu. Na dworze nadal było ciemno, ale usłyszała wychodzącą ze swojej sypialni Evelyn. Po chwili drzwi uchyliły się cichutko i pojawiła się w nich zatroskana twarz. - Nie śpisz? - zapytała kobieta. - Właśnie się obudziłam – odpowiedziała słabo Lei. Zdziwiła się, że jej głos brzmi aż tak wątło. - Zaraz przyniosę ci jakieś śniadanie. - Nie, zaraz zejdę. Matka przestąpiła jedną nogą próg i przyjęła wojowniczą pozę. - Nigdzie nie zejdziesz – powiedziała zdecydowanie. - I nawet nie myśl, żeby dzisiaj iść do szkoły. Dziewczyna spojrzała na nią zdezorientowana. Szybko jednak doszła do siebie. - Mamo... Tego akurat nie musisz mi dwa razy powtarzać – stwierdziła, uśmiechając się pod nosem. - Dobrze, zaraz wracam – powiedziała Evelyn i zniknęła, zostawiając drzwi uchylone. Lei przymknęła oczy, bo poczuła ostry ból głowy. Zasnęła.
*
Piątek wydawał się być dniem najzwyklejszym w świecie. Było nieco cieplej niż zwykle o tej porze roku, ale wszystko poza tym było normalne. Dopiero o godzinie dwudziestej miały się rozstrzygnąć losy kilkorga znajomych. Lei drżała. Drżała z przerażenia, a było to dla niej zupełnie nienaturalne. Nie była osobą panikującą, czy histeryzującą z byle powodu. Tyle, że teraz powód miała. Chciało jej się wymiotować i ledwo stała na nogach, a za kilka godzin miała stanąć na scenie i zaprezentować się jako charyzmatyczna wokalistka. Wzdrygnął nią kolejny odruch wymiotny. - Lei, dziecko... Jak ty sobie poradzisz? - lamentowała już od jakiegoś czasu jej matka. Nie odpowiedziała, bo miała wrażenie, że kolejnego odruchu już nie powstrzyma. W tym momencie, rozległo się pukanie do drzwi. Evelyn podskoczyła i pobiegła otworzyć. W chwilę później, w salonie pojawiło się kilka osób, których miny były, delikatnie mówiąc, nietęgie. Żaden z jej towarzyszy nic nie powiedział, tylko spojrzeli po sobie niepewnie. - Zaopiekujcie się nią, proszę... - powiedziała za to cicho kobieta. - Oczywiście, pani Bennet – odparł Terry. Evelyn wcisnęła jeszcze córce garść leków i szklankę wody, więc Lei, nie mając wyboru, połknęła wszystkie posłusznie. Zaraz potem wytoczyła się ciężko, choć o własnych siłach, z domu.
Od miasta Balridge, dzieliła Idyville niewiele ponad godzina jazdy. Przy sposobie prowadzenia Terry'ego... było to jakieś czterdzieści pięć minut. Po kolejnych dziesięciu parkowali już pod klubem LightsOn, najbardziej popularnym miejscem koncertowym w promieniu kilkuset kilometrów. Leki, które zażyła przed wyjściem Lei, zadziałały, więc czuła się nieporównywalnie lepiej, ale nadal odczuwała lekkie mdłości. W zasadzie, ciężko było jej stwierdzić, czy to kwestia choroby czy stresu. Do występu mieli jeszcze kilka godzin, więc nie spieszyli się zbytnio z wypakowywaniem sprzętu z vana. Colin zarzucił sobie pokrowiec z gitarą na ramię, po czym wziął Lei pod rękę i poprowadził do tylnego wejścia, przy którym zaparkowali. - Colin, dam sobie radę sama... - powiedziała, próbując delikatnie wysunąć ramię. Młody chłopak spojrzał na nią, niczym na mamroczące bezsensownie dziecko. - Chociaż raz w życiu pozwól sobie pomóc. Był mniej więcej jej wzrostu i choć zawsze wydawał jej się bardzo kruchy i delikatny, to musiała przyznać, że odczuwała właśnie jego męską siłę i zdecydowanie. Przeszło jej przez myśl, że może to być kwestia jedynie jej osłabienia. Nie miała jednak czasu dłużej nad tym rozmyślać. Weszli właśnie do budynku, za którymi przywitał ich starszy mężczyzna. Poprowadził ich do drzwi, na których przyczepiona była karteczka z ręcznie napisanym słowem „Lorelei”. Otworzył je przed nimi i zniknął. - Wow – wyszeptał Colin, przepuszczając przed sobą dziewczynę. Pokoik był mały, ale wydawał się wygodny. Pod dwoma ścianami stały kanapy, a pomiędzy nimi metalowy stolik. Gustowny. Pomieszczenie w sam raz dla oczekującego na swoją kolej zespołu. Osunęła się zadowolona na jedną z kanap, rozkładając się na niej wygodnie. Colin położył ostrożnie gitarę w rogu pokoju. - Idę do chłopaków, zaraz wrócę – powiedział, przyglądając się jej uważnie. - -Idź, idź... Nie zginę tu sama... Jeszcze raz spojrzał na nią, tym razem wręcz czule, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Po krótkim czasie usłyszała z korytarza głosy kolegów. Nie zajrzeli do niej, ale wiedziała, że są zajęci noszeniem sprzętu. Znowu zaczęła ją boleć głowa. Nie tak bardzo, jak wcześniej, ale ból był uciążliwy. Zamknęła oczy i postanowiła to przeczekać.
Usłyszała gdzieś obok czyjś cichy oddech. Uniosła lekko powieki, ale nie widziała dobrze, obraz był zamglony. Usiadła i zaraz tego pożałowała, bo zakręciło jej się w głowie. Nadal bolała. Kiedy wreszcie odzyskała w pełni sprawność widzenia, nie mogła uwierzyć własnym oczom. - Hej – powiedział Jared, rozparty na drugiej kanapie. Lei była w takim szoku, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. - Wody? - zapytał, pochylając się nad stolikiem i przesuwając w jej stronę butelkę. Mrugnęła kilka razy nieprzytomnie i wyciągnęła rękę po napój. Nie odrywając wzroku od Jareda, odkręciła z trudem korek i wzięła łyk. Zdała sobie sprawę, że miała sucho w gardle, więc wzięła kolejny. - Jeszcze chwila i zaczniesz mnie onieśmielać – stwierdził nagle chłopak, uśmiechając się przy tym najbardziej uroczo, jak umiał. - Co ty tu robisz? - wyrzuciła z siebie, nadal gapiąc się na niego tępo. Zaśmiał się krótko i znów pochylił, opierając ramiona na kolanach. - Przecież powiedziałem, że będę – mówiąc to, mrugnął do niej. - Ale... - zaczęła, niepewna co chce powiedzieć. - Jak się czujesz? Przyglądał jej się teraz badawczo. Ona sama oderwała wreszcie wzrok od jego oczu i zauważyła, że wyglądał świeżo i zdawał się być wypoczęty. Nie mogła tego powiedzieć o sobie. - A jak wyglądam? - zapytała, odzyskując już nieco stabilność psychiczną. - Jakbyś potrzebowała małego kopa przed koncertem – powiedział wesoło. - Proponujesz mi dragi czy przemoc fizyczną? Mimo złego stanu fizycznego, czuła się dobrze. Komfortowo. Nawet ból głowy wydawał się dzięki temu bardziej znośny. Jared bezgłośnie podniósł się, ale tylko po to, by usiąść tuż obok niej. Nie obyło się bez kilku szybszych uderzeń serca. Podniósł dłoń i dotknął czubkiem palca jej policzka tak nagle, że aż westchnęła. Przeniósł dłoń, dotykając jej czoła. Patrząc prosto w oczy dziewczyny, wypowiedział szybko…