Inne · 6 min czytania
Pani Apollonia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pani Apollonia, lat 74, siedziała na przystanku autobusowym. Oprócz niej przystanek okupowała hałaśliwa grupa młodzieży w wieku lat kilkunastu zachowująca się jakby był jej własnością, smętny jegomość z teczką pod pachą, dręczony przez notoryczną czkawkę oraz zamyślona młoda matka z kilkuletnim dzieckiem, które trzymało w ręku na wpół przeżutą żelkę i smarowało nią po szybach esy floresy. Padał mokry lepki śnieg. Z wyjątkiem młodzieży, która zdążyła już zaśmiecić niedopałkami papierosów cały przystanek i wypłoszyć kilkoro jeszcze podróżnych, którzy spędziwszy kilka minut na oczekiwaniu na autobus odczuli silną potrzebę pieszego spaceru przez błoto i roztopy w nieznanym kierunku, wszystkich pozostałych ogarnęła zimowa apatia. Młodzież za to bawiła się świetnie. Swoje obecność na przystanku zaznaczyła już na wstępie głośną rozmową, z której Apollonia była w stanie zrozumieć głownie nieprzyzwoite określenia często zresztą powtarzane. Ogólnie rzecz biorąc starsza pani słyszała coś, co brzmiało jak mowa suahili, pobieżny rzut okiem pozwolił jej zresztą stwierdzić, że posługujący się tym narzeczem osobnicy wyglądają jakby stanowili część plemienia Masajów albo jeszcze gorszego diabelstwa. Po krótkiej acz głośnej prezentacji zdolności lingwistycznych młodzi zajęli się tymczasem panem z teczką, którego czkawka wzbudziła w nich małpia radość. Przez następne kilka minut cała grupa solidarnie czkała wraz ze smętnym jegomościem dławiąc się śmiechem i popychając nawzajem. Potem ich uwaga przeniosła się na matkę z dzieckiem. Pod adresem dziewczyny poleciały komentarze, które sprawiły, że ta pokryła się rumieńcem. Brak reakcji ze strony zaczepionej sprawił jednak, że młodzi szybko się znudzili i zostawili ją w spokoju. Dalsze ich zainteresowanie wzbudził beret starszej pani, który wywołał lawinę wesołości i komentarzy w związku z demonstracyjnym eksponowaniem laski wypowiadanych jednak nieco bardziej skrycie i w pewnym odosobnieniu. Stan wyciszenia nie trwał jednak długo. Po kilku minutach względnego spokoju pucołowaty blondyn z kolczykiem w nosie zajął się podrzucaniem kosza na śmieci oznajmiając reszcie, że to świetny trening.
- Choć tu Czopek! Mianuję cię psorem od geografii. – wysapał blondyn.
Kosz wylądował na głowie chudzielca ubranego w czarną pidżamę z mnóstwem trupich czaszek na plecach i w ogóle gdzie się tylko dało. Przejeżdżający właśnie ulicą patrol policji przyśpieszył gwałtownie i zniknął za najbliższym rogiem.
Pani Apollonia ze zgrozą obserwowała czasy, jakich się doczekała. Ta banda pozbawionych ludzkich cech troglodytów napawała ją odrazą. Nie uszanują…