Romans · 8 min czytania
Pani Dipont
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rysy jej twarzy skrywały coś szlachetnego. Sposób chodzenia zdradzał niepospolite pochodzenie. Jej matka, z domu Potocka, Tyszkiewiczówna albo nawet Czartoryska, musiała godzinami uczyć małą Ulę jak poruszać z gracją zgrabnymi stópkami, w jaki sposób podnosić wzrok by podkreślić swoją wyższość nad innymi, jednocześnie ich swoją wyższością nie zrażając. Nienaganny strój, dopasowana spódnica i żakiet. Torebka, kolorem uzupełniająca eleganckie buty na niewielkim obcasie. I ta siata. Foliowa torba sklepowa. Niszczyciel wizerunku. Drobny element burzący starannie przygotowywaną kompozycję. Jak autobus piętrowy w kadrze podczas uwieczniania na zdjęciu piramidy Luwru, albo włos w spaghetti bolognese, przy akompaniamencie kiepskiego żartu kelnera: „jedzenie wloskie, to i włos trafić się może”. Przykre. Kelnerowi jest przykro, szef kuchni przesyła wyrazy najgłębszego ubolewania, ale żal najgłębszy przypada w udziale Sylwusiowi. Sylwestrowi z mieszkania o numerze dziesięć. On bowiem, nie kelner, nie kucharz, dostrzegł przez okno swoją nową sąsiadkę, niejaką Panią Dipont, nienaganną szlachciankę, w drodze z zieleniaka do mieszkania z numerem osiem. Jakaś wewnętrzna siła ścisnęła serce Sylwka na widok tak pięknej i szlachetnej kobiety, walczącej z reklamówą wypchaną pomidorami, jabłkami i serem. Przez głowę Sylwusia przemknęła niespodziewanie myśl, plan chytry zaczął się w jego umyśle rysować. A może tak wyjść na korytarz, że niby do szkoły się spieszy, albo w ogóle, gdzieś na miasto, spotkać z kumplami, a może po prostu zbiec po schodach na dół i zaproponować pomoc. Niezobowiązującą, sąsiedzką przysługę. Piękny gest młodego chłopca wobec starszej pani. Oczywiście starszej tylko i wyłącznie w dosłownym tego słowa znaczeniu, starszej, ewidentnie, od Sylwusia, ale nie starej, broń Panie Boże. Sylwek nie śmiałby pomyśleć o Pani Dipont jako kobiecie w zaawansowanym wieku. Domofon wydał krótki pisk. Weszła na klatkę. Szybka decyzja. Co robić. Wyjść czy nie? Złapał za klamkę. Nacisnąć czy nie? Wątpliwości. Gdyby można było bez nich żyć. Wszystkie decyzje podejmować błyskawicznie. Może wtedy zaprosiłby Kaśkę na studniówkę. Ten palant Krzysiek nie ubiegłby go w wystosowaniu odpowiedniego zapytania. Choć z drugiej strony, gdyby stosowne zapytanie wystosował przed Krzyśkiem, a Kaśka w stosowny dla niej sposób odmówiła, stałby się pośmiewiskiem całej klasy. Przecież i bez tego ten kretyn miał zawsze cały zapas obelg ukrytych w rękawie, tych łagodnych i tych kłujących w samo serce, wiecznie poranione i krwawiące. Pal licho, nacisnął. Wystrzelił jak z procy na korytarz, wprost przed szlachetne oblicze Pani Dipont. Drzwi zamknęły się z hukiem. – Dzień dobry – rzucił szybko, jakby zaskoczony, choć to właśnie jej obecności oczekiwał – może pomogę z zakupami? – Dziękuję, to miło z Twojej strony – odparła, podając mu z wyraźnym wysiłkiem ciężką siatę. Klucz zazgrzytał w zamku pod numerem osiem. Weszła jako pierwsza, uchylając drzwi dla Sylwka obciążonego zakupami. Mieszkanie sprawiało przytulne wrażenie. Każdy element, każdy mebel zdawał się zajmować najodpowiedniejsze dla siebie miejsce. Gustowne i uporządkowane. Minimalistyczne. Na swój sposób ciepłe. A jednocześnie puste. Jakby nikt do niego nie zaglądał. Niemożliwe, pomyślał Sylwek, skoro właścicielka codziennie zgrzytała kluczem pod numerem osiem. – Możesz położyć zakupy na stole w kuchni. Wyrwany ze snu na jawie Sylwek udał się we wskazanym przez Panią Dipont kierunku. Siata z produktami spożywczymi pierwszej potrzeby wylądowała na dużym, jasnym obrusie. – Chcesz się czegoś napić? – rzuciła wchodząc do kuchni – A może się gdzieś spieszysz, chyba wychodziłeś? – Nie, nie. To znaczy chętnie się napiję. Wody, jeśli można – odparł Sylwek, ukrywając zakłopotanie w nader niezręczny sposób. Czemuż to się kłopotać, Sylwestrze, po co denerwować, wszak sąsiedzka pomoc to zupełnie naturalne zachowanie. – Nalej sobie, szklanki są w szafce na dole, a butelka w lodówce. Dobrze,…