Przygoda · 12 min czytania
Pani jeziora I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pani jeziora
Zbliżało się południe, słońce zawieszone było wysoko na niebie i rzucało gorące promienie na stare, drewniane okna mojej klasy. Promyki odbijane od szyb wesoło rozszczepiały się na ścianach tworząc przepiękne kombinacje. Siedzieliśmy w małej klasie, przepuszczając przez uszy pożegnalną mowę naszej wychowawczyni. Lubiliśmy ją, ale ostatniego dnia roku szkolnego nie chciało nam się wysłuchiwać jej nudnych pouczeń o zachowaniu bezpieczeństwa na wakacjach. Mogłaby nam odpuścić, przecież wysłuchiwaliśmy ich przez cały rok! Rozejrzałam się po klasie. W dziewięciu ściśniętych obok siebie ławkach siedziało siedemnaścioro rozradowanych licealistów. Ławki przysunięte były maksymalnie blisko okien, dzięki temu znaczna część sali była praktycznie pusta. Wykorzystywaliśmy ją często do gry w piłkę, którą chłopaki robili z kartek wyrwanych z zeszytów. Spojrzałam na siedzącą obok koleżankę. Jej oczy z podnieceniem wpatrywały się w wiszący nad tablicą zegar. O rany jeszcze tylko kolka sekund i będziemy wolni ! Radość wypełniła moje serce i odruchowo wyprostowałam się w krześle, ściskając jednocześnie trzymane w ręku świadectwo. Twarze wszystkich skierowały się na siedzącą na biurku nauczycielkę. Od razu zrozumiała o co nam chodzi. Obdarzyła nas pogodnym uśmiechem i wstając zakończyła swój monolog: - ... tylko uważajcie na siebie! – Dzwonek zabrzmiał donośnym dźwiękiem i klasa wypełniła się gromkimi okrzykami radości i szuraniem krzeseł. Wybiegliśmy na zewnątrz, śmiejąc się do siebie. –Bawcie się dobrze i przyślijcie mi kartki z wakacji...! – Usłyszałam za swoimi plecami, gdy wraz z całą grupą zbiegałam po schodach. Przy drzwiach szatni jak zawsze panował ścisk. Wszyscy przepychali się, żeby wejść do środka. Na szczęście mój wieszak był najbliżej, więc tylko sięgnęłam po wiszący na nim sweterek i mogłam spokojnie wyjść na zewnątrz. W cieniu drzew stała grupka roześmianych dziewczyn. Spojrzałam na nie przelotnie. Najwyższa z nich, o długich blond włosach i wypudrowanym do różowości nosem gestykulowała coś w kierunku siedzących na ławce chłopców. Oczywiście od razu je poznałam. Były to szkolne primadonny, które wykorzystałyby każdą okazję, żeby poznęcać się nad młodszymi koleżanek. Szczególnie gdyby udało im się spotkać jakąś na osobności. W takim wypadku efekt jest oczywiście większy, czego niejednokrotnie miałam okazję doświadczyć. Wiedziałam, że gdyby mnie zauważyły nie oszczędziły by mi idiotycznych uwag, więc odwróciłam szybko głowę i przemknęłam między tłumem wyłaniającym się powoli przez frontowe drzwi. Brukowana kostka dziedzińca powoli nagrzewała się od słońca, w powietrzu czuć było już nieprzyjemny odór gorąca. Wypatrywałam jakiejś znajomej twarzy, ale nie widziałam żadnej z moich klasowych koleżanek. Odwróciłam się, żeby ich poszukać, ale spojrzałam na grupę stojącą przy drzwiach i zaniechałam tego zamiaru. Przy furtce wyjściowej powoli tworzyła się kolejka oczekujących na autobusy. Na całe szczęście nie miałam daleko do domu, mogłam więc chodzić do szkoły pieszo. Tylko w zimie korzystałam z dowozu. Muszę jednak przyznać, że nienawidziłam tego. Nie cierpię jazdy autobusami i pociągami. Panują w nich straszliwe duchota i ścisk, dlatego znacznie bardziej wolę przespacerować się na świeżym powietrzu. Prześlizgnęłam się zwinnie przez tłum uczniów i wyszłam na chodnik ulicy. Ruszyłam w stronę domu spoglądając z lekkim zadowoleniem na oceny widniejące na świadectwie. Same piątki, tylko z matematyki, fizyki i informatyki dostałam cztery. Trafiła się nawet jedna szóstka z biologii. Zachciało mi się śmiać, na wspomnienie zawistnych spojrzeń dziewczyn ze starszych klas, kiedy dyrektor wyczytywał moje nazwisko przed całą szkołą. One za coś takiego oddałyby bardzo wiele. Móc zwrócić na siebie uwagę na forum nie tylko klasy, ale całej szkoły! Dla mnie nie miało to większego znaczenia. Zresztą nikt za bardzo nie zwracał uwagi, ale i tak było mi bardzo przyjemnie. Chociaż tak mogłam im dopiec! Nagle za plecami usłyszałam, swoje imię. Odwróciłam się machinalnie. Chodnikiem biegła Agnieszka, moja najlepsza przyjaciółka. Jej długie, lekko skręcone włosy owiewały pulchną, różową twarz, na której jak zawsze gościł pogodny uśmiech. Również się uśmiechnęłam. Już dawno zorientowałam się, że ta dziewczyna ma niezwykły dar wprawiania ludzi w dobry humor. I to właśnie była rzecz, którą ceniłam w niej najbardziej. Uwielbiałam chodzić z nią na imprezy, zawsze skupiała na sobie zainteresowanie choć tak naprawdę nigdy o to nie zabiegała. To była tak jaj cecha wrodzona... - Rany Anka ale ty masz tempo! – Ziajała, głośno łapiąc powietrze.- Czemu tak od razu wystrzeliłaś, nawet na mnie nie zaczekałaś! – W jej głosie zabrzmiała nutka złości. - Przepraszam.- Dodałam spuszczając głowę i posyłając jej jednocześnie przepraszający uśmiech. – Przy drzwiach natknęłam się na Sarę i jej świtę... nie chciałam im się rzucać w oczy, a nigdzie cię nie widziałam... - A spoko. Ja też się na nie napatoczyłam. Jakiś chłopak potrącił mnie przypadkiem i omal w nie nie walnęłam. Oczywiście nie obyło się bez uwag na temat mojej koordynacji... – Dodała z ironią naśladując ruchy Sary. Aż za dobrze mogłam sobie wyobrazić to spotkanie, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Wolałam to po prostu przemilczeć. Szczególnie, że po jej minie wywnioskowałam, że nie chce do tego wracać. Znając jej niewyparzony język i niepohamowaną gadatliwość w sytuacjach stresowych, mogłam sobie wyobrazić, że nie skończyło się na zwykłym „spadaj”. Spojrzałam na nią z ukosa, ale zdawało się, jakby wcale o tym nie myślała. Chyba udało mi się ją udobruchać. – Nie mogę się doczekać aż wrócę do domu. Dzisiaj jedziemy z mamą na zakupy, bo w przyszłym tygodniu zaczyna się obóz.... a właśnie, wybierasz się gdzieś na wakacje? – Zapytała zadzierając głowę do góry i spoglądając marzycielsko w…