Fantasy · 15 min czytania
Pani Kłamstw
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na dworze panowała noc. Mgły znad rzeki snuły się między drzewami. Jednak nie wyglądałem za okno. Miałem inne zajęcie. Zupełnie co innego zajęło teraz mój umysł. Coś, na co nikt inny (gdyby ktoś inny tu był) nie zwróciłby zapewne uwagi. Cichutkie, niemal niedosłyszalne wycie w oddali. Właściwie ciężko było ocenić czy to rzeczywiście wycie. Ale tak- dla mnie to było wycie. Mój umysł tak ten dźwięk zakwalifikował. Wstałem szybko. Poły płaszcza jak dym owinęły się wokół mnie, kiedy się odwracałem w stronę przejścia do salonu mego domu. Postanowiłem usiąść przy kominie i przemyśleć to jeszcze raz. Szybkim krokiem, ze wzrokiem wbitym w podłogę przeszedłem przez futrynę. Usiadłem w fotelu i się zastanowiłem. Wycie w oddali, w takim miejscu jak to. Dom na środku rozległej polany z małą rzeczką. Dookoła las. Las, za który nie da się przejść. Ilekroć próbowałem, zawsze trafiałem tutaj, z powrotem na tą polanę, by zobaczyć ten drewniany dom. Kilka razy próbowałem też się zabić. Zawsze budziłem się w moim łóżku. Bez ran. To moje więzienie. Sam do końca nie wiem, jak się tu znalazłem. Czyżby było to życie po śmierci? Pamiętam bitwę. Pamiętam, jak ktoś (wróg? To słowo straciło znaczenie) wbija mi miecz w brzuch. Ale tylko tyle. Potem obudziłem się w tym domu. I jestem tu, nie wiem już jak długo. A to wycie mogło znaczyć jedno- jest tu coś poza mną. A, że nie było, a jest, może znaczyć, że da się stąd wydostać. Znów wycie. Bliżej. Zerwałem się z fotela. Podbiegłem do okna. Może coś zobaczę! Wpatruję się w mrok, aż oczy wychodzą mi z orbit. I wtedy dostrzegłem światełko. Blask...oślepiający niemal, w wiecznej nocy, lub zmierzchu tej krainy. Uśmiech wykwitł mi na twarzy. Pobiegłem do sieni, złapałem za kożuch- nawet nie zastanowiłem się, że wcześniej go tam nie było. Spojrzałem w głąb domu, odwróciłem się chcąc już złapać za klamkę i zobaczyłem miecz... Wisiał w pochwie, zawieszony na rzemieniach na drzwiach. Nie było go tutaj...pojawił się jak wiele rzeczy, z nikąd. Ale coś mi mówiło, że akurat ta broń, pojawiająca się na drzwiach zaraz przed tym, jak chciałem wyjść i udać się w las coś znaczy. Stałem tak z ręką na klamce i gapiłem się na miecz przywieszony na drzwiach. Mój oddech stał się jakiś...nierówny. Z nerwów? Może, nie wiem. Co mam zrobić? Cholera, czuje się jak czyjaś zabawka. Jakby ktoś podstawiał mi tu jakieś rzeczy i zastanawiał się „A co on zrobi jak...?”. Nie, głupie myśli, nie ważne. Zdjąłem miecz z gwoździa w drzwiach i przywiązałem rzemienie do pasa. Zaczekałem jeszcze, wyrównałem oddech i zdecydowanym ruchem nacisnąłem klamkę. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Nabrałem je w płuca, zamknąłem na chwilę oczy i zamknąłem za sobą drzwi. Stworzyłem granicę. Granicę, która oddzieliła mnie od bezpiecznego świata. Od ciepła kominka, od pewności danej przez grube, kamienne ściany. Teraz byłem w niebezpieczeństwie. Wielkim. Czułem to. W momencie kiedy trzasnęły drzwi, między odległymi nieco drzewami, z każdej strony zobaczyłem światełka. Takie same, jak to poprzednie. Rozejrzałem się przestraszony. Potem to samo wycie. Tyle, że teraz z każdej strony. I o wiele bliżej. Zrozumiałem po co miecz. Złapanie jego rękojeści spoconą ze strachu dłonią wiele mi dało. Od razu poczułem jakąś otuchę. Westchnąłem. Mimo to wiedziałem, że nie dam rady. Odwróciłem się i chwyciłem klamkę. Zamknięte...Syknąłem jakieś przekleństwo. Ktoś sobie ze mnie uczynił zabawkę... nabierałem pewności, że to przekonanie jest w pełni prawdziwe. Odwróciłem się z powrotem. Mgła jakby zgęstniała. Rozejrzałem się. Wycie nie ustawało, światła nie gasły. Jak na ironię tego światła, w którego stronę chciałem się udać akurat nie było. Wszędzie, tylko nie tam... Trudno, na ślepo wybrałem któreś ze świateł i ruszyłem w jego kierunku. Cały czas zaciskałem spoconą dłoń na rękojeści miecza. Bałem się jak cholera. Zerknąłem prze ramię, chciałem jeszcze raz zobaczyć dom, tak, ku pokrzepieniu serca. A zobaczyłem tylko pustą ziemię. Przystanąłem, jak zamurowany. Zniknął. Niemal nie docierało to do mnie. Czyżbym już nigdy nie miał odzyskać bezpiecznego schronienia...nigdy? Zamknąłem po raz kolejny oczy. Tak...nie zostało już nic innego, jak tylko iść dalej. Postanowiłem wyciągnąć miecz. Wysunął się gładko z pochwy. Stal jego ostrza dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa. Spojrzałem w światełko i ruszyłem w jego kierunku. Wpatrywanie się w nie jakoś dziwnie działało...Obraz jakby się wyostrzył, cienie pogłębiły. A światło stało się o wiele jaśniejsze. Poczułem, że teraz jestem tylko ja i mój cel. Nagle stracił jakoś na znaczeniu fakt zniknięcia mojego domu, nasilające się dziwaczne zjawiska. Byłem ja i mój cel. Dotarłem do linii drzew. No i wtedy moje zdecydowanie jakoś się rozpłynęło. Jakoś zaczął istnieć świat, światełko w głębi lasu trochę straciło ze swego blasku. Straciłem zapał. Stałem, a krok dalej zaczynały się drzewa. Czułem, że za drzewami coś się czai. Nie wiedziałem co, jednak czułem, że to „coś” jest straszne i potężne. Ale postanowiłem jednak wejść. Nie wiem co, ale coś, jakby niewidzialna dłoń, pchnęło mnie do przodu. I zrobiłem pierwszy krok za drodze z której nie ma odwrotu. Przedzierałem się przez gęsty las z obnażonym ostrzem. Płaszcz co chwile zahaczał o jakieś powykrzywiane gałęzie i rwał się. Usłyszałem za sobą wycie wilków. Kurwa, przecież tu nigdy nie było wilków! Nidy ich nie słyszałem w lasach....Zatrzymałem się. Wbrew wszelkiej logice. Potem dotarło do mnie co zrobiłem i zacząłem biec. Bez opamiętania. Biegłem między drzewami, potykałem się co chwile, podnosiłem i biegłem dalej. Całe ubranie miałem mokre od śniegu, twarz skrwawiona od tłukących we mnie gałązek. A wycie było i tak coraz bliżej. Moja ucieczka najwyraźniej mi nie pomagała...Wtedy ujrzałem, że ostrze mojego miecza zaczyna błyszczeć delikatnie błękitnym światłem. Potem blask ten nabierał siły, aż klinga stała się cała biała, z niebieską tylko otoczką. Tego było już za wiele. Zatrzymałem się. Wycie i dyszenie wilków było coraz bliższe. Stałem, choć cały ociekałem potem ze strachu. Nogi się pode mną uginały, ręce trzęsły mi się przeraźliwie. Ale stałem. Zamknąłem po raz kolejny oczy. Odkryłem, że to trochę pomaga w walce ze strachem. Okrążyły mnie. Słyszałem wokół siebie bardzo bliskie warczenie i dyszenie drapieżników. Złapałem broń w obie dłonie i otworzyłem oczy. Upadłem kiedy je zobaczyłem. Zatkało mnie tak, że nawet nie dałem rady krzyknąć. Najpierw pomyślałem, że są obdarte ze skóry. Potem jednak odkryłem, że każde ścięgno, każdy mięsień, każda kość są metalowe. Zardzewiałe przekładnie, druty, rury. Przy każdym ruchu buchały z nich kłęby pary. Kto je stworzył...? Skąd to tutaj...? Moje myśli wirowały w panicznym chaosie mózgu. Po co to wszystko? Nic nie rozumiałem. Spojrzałem w oczy największego wilka. A raczej czegoś, co wyglądało jak wilk...A w tych oczach ujrzałem inteligencję. Inteligencję i mądrość setek lat. W przerażeniu nie wiedziałem co zrobić i dalej gapiłem się w te chore oczy. Ten mechaniczny wilk był wielkim mędrcem. Od razy było to widać... Ciężko nawet powiedzieć w jaki sposób, ale kiedy spojrzało się w te głębokie (chyba szklane) oczy osadzone w stalowych oczodołach widać było błysk wielkiej mądrości. -Jednak się odważyłeś...mówiłem Jej, ale Ona nie wierzyła- westchnął wilk ze stalowym wydźwiękiem w swej mowie i westchnieniu. Nie mogłem dobyć z siebie choćby