Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 6 min czytania

Pani Kwiaciarka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Siedzę na podłodze i ryczę. Łzy płyną mi po brodzie, skąd skapują następnie na jasnozielone łodyżki frezji, które próbuję upiąć w bukiecie. Rękaw mojej nowej bluzki jest cały zasmarkany, ale niewiele się tym przejmuję. Dziś otwieram później, więc jeszcze chwilę nikogo się nie spodziewam.

– Może powinnam dołożyć kilka białych lilii, żeby wypełnić przestrzeń u góry. – Nie poznaję swojego głosu, kiedy rozbrzmiewa drżący w pustej pracowni. Nie jestem pewna, dlaczego mówię sama do siebie. Chyba po to, żeby nie czuć się taka bezsilna i samotna.

Że też to musi być dzisiaj.

Przez witrynowe okno, które ozdobiłam wczoraj z moją córką, spoglądam na pogrążoną w pośpiechu poranka ulicę. Dzień zapowiada się piękny i słoneczny. Wydaje się to takie niesprawiedliwe. Przenoszę z otępieniem wzrok na ścianę naprzeciwko mnie. Wisi na niej firmowy kalendarz. Dzisiejsza data jest zakreślona czerwonym kolorem: sobota, 14 lutego, Walentynki. Najlepszy dzień w sezonie. Niedługo kwiaciarnia wypełni się tabunem zakochanych. Przyjdą szukać kwiatów, by pomóc sobie wyrazić uczucia. Na wypadek, gdyby słowa miały nie wystarczyć.

Na razie jednak wciąż jest pusto. I cicho. I smutno. Na razie mogę jeszcze pobyć sama i płakać, nie budząc w nikim poczucia winy.

Sięgam do najbliższego wazonu po dwie łodyżki białych margaretek. Upinam je u dołu, tuż pod rozkwitającymi pąkami kremowo-białych róż. Bukiet wygląda pięknie – na samą myśl, łzy ponownie napływają mi do oczu. To takie niesprawiedliwe, myślę, spoglądając na niego z góry. Wtedy budzik stojący na ladzie przerywa ciszę piszczącym dźwiękiem.

Czuję, jakby ktoś wyrwał mnie z surrealistycznego snu. Podnoszę się i odruchowo przełączam zegarek na dziesięciominutową drzemkę. Mój umysł odrobinę się oczyszcza, zapewne pod wpływem tej niewielkiej dawki ruchu. Łzy przestają płynąć, choć smutek nie ustępuje.

Hmm. Nadal czegoś mi brakuje w tym bukiecie. Wiem, trzeba dodać trochę zieleni. Zielony to kolor nadziei. – Pocieszam się w duszy, nie mając odwagi wypowiedzieć tych słów na głos. Natychmiast zabieram do dzieła. Po chwili bukiet jest skończony. Odkładam go ostrożnie do wiaderka z wodą. Niedługo przyjdą go odebrać.

Teraz muszę zabrać się za siebie. Szybko poprawiam makijaż, przeglądając się w odbiciu witryny. Podwijam do łokci zasmarkane rękawy i przeczesuję włosy, upinając w zgrabny kok. Ledwie jestem gotowa, budzik dzwoni ponownie, przypominając mi, że czas otwierać.

Ledwie zdążyłam odwrócić wywieszkę „zamknięte” na drugą stronę, w drzwiach stanął wysoki brunet, którego jeszcze chwilę temu widziałam na przystanku obok.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%