biografia · 10 min czytania
Pani Pilz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mieszkałem w małym miasteczku niedaleko Stuttgartu, gdzie mówiło się, żyło i myślało po szwabsku. Szwabski dialekt pieścił moje uszy końcówką „le” w zdrobnieniach, szwabska kuchnia pieściła moje podniebienie szpeclami i mousztem, czyli małymi kluseczkami i młodym winem z jabłek. Jedynie szwabskie myślenie mnie nie pieściło, bo Szwabowie są zamknięci w sobie. Podobno Szwab najchętniej mieszkałby na szczycie góry, za wysokim murem, a skąpstwem nie ustępuje Szkotowi. Mieszkałem w szwabskim domu, ale pracowałem w firmie, gdzie było dużo gastarbeiterów, a wśród nich troje z Polski. Już na pierwszym obiedzie w zakładowej kantynie przysiadł się do mnie Adamczyk. – Nawiałeś z Polski, czy na czarno tu robisz? – zapytał. – Nie nawiałem i mam zezwolenie na pracę – odpowiedziałem, łykając moje pierwsze w życiu szpecle. Sąsiad popatrzył na mnie podejrzliwie i już chyba zaczął żałować, że się przysiadł. Wyjaśniłem mu, jak się tu znalazłem i szybko dodałem, że nie chcę zostać tu na zawsze. Ta ostatnia informacja wyraźnie go uspokoiła. – Jak jest teraz w Polsce? Chujowo. Prawda? – kontynuował. – Chyba masz tam kogoś, to wiesz – odpowiedziałem. – Nie kontaktuję się z rodziną. Ja spieprzyłem jeszcze przed stanem wojennym, więc teraz muszę uważać, żeby im nie narobić kłopotów – odparł. Przerwa obiadowa się skończyła i pogaduszki rodaków również. Na drugi dzień mój nowy znajomy znowu się przysiadł. – Powiedz. Chujowo jest w Polsce. Prawda? – zaczął już przy zupie. – No, dobrze nie jest – odpowiedziałem. – W sklepach nic nie ma. Prawda? – ciągnął. – No, nie ma – odparłem. – A ubecja węszy? – zmienił temat. – Teraz już nie tak bardzo – odpowiedziałem. – Stan wojenny jest odwołany i cały system powoli się sypie. – Ale musiałeś się wyspowiadać na ubecji przed wyjazdem. Prawda? I cyrograf, że wrócisz, też musiałeś podpisać? – drążył. – Wyspowiadać się musiałem, ale żadnego cyrografu nie podpisywałem – odpowiedziałem. – Ej! Coś pieprzysz. Wszyscy muszą podpisywać – powiedział Adamczyk, patrząc na mnie spode łba. Dzwonek na koniec przerwy zakończył naszą rozmowę, ale w mniemaniu Adamczyka byłem już ubeckim kapusiem. Spotykaliśmy się tylko w kantynie i on zawsze tak samo zaczynał rozmowę: – Chujowo w Polsce. Prawda? Opowiadał, że szczęśliwie wyjechał z Polski tuż przed stanem wojennym, bo później zostałby pewnie zabity. – Czy byłeś jakimś ważnym działaczem opozycji? – zapytałem któregoś dnia. – Dlaczego musiałeś uciekać? – Nie. Nie byłem, ale przecież każdy myślący inaczej niż komuchy, był wtedy zagrożony. Nie pamiętasz? – odpowiedział. – Za samo myślenie nikogo nie wsadzali. Musiałeś ostro działać. Gdzie działałeś? – teraz ja drążyłem temat. – Nie działałem, ale już nie mogłem tego wszystkiego dłużej znosić – odparł niechętnie. – Czyli wyjechałeś po prostu do roboty i nie jesteś żadnym zbiegiem politycznym – podsumowałem. Adamczyk zamilkł i już wiedziałem, że mnie nie lubi. Przy kolejnym spotkaniu zmienił temat. – Jak cię szwaby traktują?– zapytał. – Normalnie. Nic mi nie robią – odparłem. – Tu się nie przebijesz – kontynuował. – Ja jestem inżynierem i już nieraz im radziłem, jak ulepszyć ich maszyny, ale oni mnie nie słuchają. Wszystko wiedzą lepiej. W dupie mają mój dyplom. Dla nich jestem tylko ślusarzem. – A czego się spodziewałeś? – odpowiedziałem. – Nie masz nostryfikowanego dyplomu, to jesteś ślusarzem. Ja też mam dyplom, a pracuję jako zwykły monter. I znowu mu się nie spodobałem. Nasze kontakty osłabły równie szybko jak się zaczęły, bo Adamczyk zawsze wracał do tego, że w Polsce jest chujowo i że szwaby go nie doceniają. Zacząłem go unikać. Czas upływał, mur berliński chwiał się, a on wciąż grał rolę cierpiętnika, którego ucieczka uratowała przed śmiercią. Aż nadszedł czas, gdy Tadeusza Mazowieckiego wybrano na premiera, orłowi nałożono koronę i wszyscy opozycjoniści odetchnęli z ulgą. – Teraz możesz spokojnie wracać do Polski. Już nikt cię tam nie zamknie – powiedziałem któregoś dnia Adamczykowi. – Zgłupiałeś? Tam dopiero teraz jest chujowo, jak się te solidaruchy do władzy dorwali – odpowiedział. Nieco później poznałem innego człowieka, który wyjechał z Polski. – Dzień dobry. Nazywam się Kippke – zaczepił mnie starszy pan przy automacie z kawą. – Jesteś ze Śląska? – Nie. Jestem z Galicji – odpowiedziałem. – A pan skąd jest? – Z Krapkowic – odpowiedział. Od tego dnia często jadaliśmy razem śniadania. Pan Kippke był śląskim Niemcem, którego rodzina od zawsze mieszkała w Krapkowicach. Gdy przyszli Ruscy, wszyscy Niemcy wyjechali, ale Kippkowie zostali,