Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 50 min czytania

Pani Zdzisia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W bezkresnej ciemności rozległ się odgłos szurania. Oczy Rafała rozszerzyły się, a przez całe ciało przebiegł gwałtownie dreszcz, jeżąc włosy na jego głowie. Ciśnienie zaczęło miażdżyć płuca, powodując szybszy, nieopanowany oddech. Kolejny szmer dobiegający z bliższej odległości, sprawił, że Rafał odruchowo rozwarł usta, z których automatycznie miał rozlegnąć się krzyk, głos jednak utkwił w krtani; jedynym dźwiękiem był tylko skrobot nieznanej istoty pełznącej po podłodze. Ogarnięty przerażeniem chłopiec odwrócił się i zaczął biegnąć, próbując uciec jak najdalej od zbliżających się odgłosów. Mrok zdawał się nie mieć końca; w rosnącej panice brnął przed siebie, jednak sama ucieczka zdawała się nie mieć żadnego sensu - z każdym jego krokiem szuranie dobiegało z bliższej odległości. Nagle chłopiec poczuł dotknięcie na lewej nodze... Z umysłu momentalnie ulotniły się resztki logicznego myślenia, nogi przeistoczyły się w dwa słupy waty, które wyginając się niczym cienkie paski gumy, nie były w stanie utrzymać ciężaru jego ciała. Rafał upadł na ziemię, wybuchając bezgłośnym szlochem. Coś grubego i obślizgłego poczęło owijać się wokół jego nóg, miażdżąc je i pozbawiając ich możliwości jakiegokolwiek ruchu. Posuwający się w powolnym tempie pęd pochłaniał ciało chłopca, wyciskając z niego resztki sił. Do jego uszu zaczął dobiegać dźwięk pękania. Miażdżenie kości wewnątrz jego młodego ciała spowodowało, że głowa Rafała wygięła się maksymalnie do tyłu; jego twarz wyrażała niespotykany do tej pory, potężny ból. Wiedząc, iż w żaden sposób nie zdoła się uwolnić od żelaznego uścisku, z płuc chłopca wydobyło się ostatnie tchnienie, po czym w serce Rafała wryła się kość...

W nieogarniętej czerni Rafał usłyszał głos, zdający się dobiegać z bardzo daleka. Wraz z powolnym odzyskiwaniem dechu, płuca spazmatycznie chwytały powietrze. Ciemność poczęła blednąć, z każdą sekundą nabierając jaśniejszej barwy. Powieki z wolna poczęły się unosić, lecz rażący blask momentalnie spowodował ponowne ich zamknięcie. Rafał dysząc niczym uciekinier, powoli kojarzył coraz głośniejszy i wyraźniejszy głos. Zdał sobie sprawę, iż dobiega on z ust jego babci. - Już dobrze, już dobrze - głos kobiety chociaż brzmiał pocieszająco, delikatnie drżał. - To był tylko sen Rafałku... Tylko sen. Chłopiec, którego oddech powoli nabierał normalnego rytmu, zmusił się, by otworzyć oczy. Powieki dygocząc uniosły się. Po ich całkowitym rozwarciu Rafał ujrzał schyloną nad nim rozmazaną postać jego babci. Poczuł, iż jego lepiące się do pościeli ciało jest bardzo rozgrzane. Zmierzwione włosy kleiły się do czoła, a po twarzy ciekły łzy. Chłopak odruchowo przetarł oczy i policzki dłonią. - Babciu... - jęknął cichym, bojaźliwym głosem Rafał. Chociaż chłopiec przestał już płakać, to i tak jego usta drżały, jakby za długo przebywał na mrozie. Urszula delikatnie położyła swoją miękką dłoń na ramieniu swego wnuka. - Znowu ci się to śniło? - zapytała kobieta. Rafał ponownie przymknął oczy. Powieki lekko drżały, a twarz wyrażała nie tylko strach, ale i ból. - Próbowałem uciec, ale... - z jego ust powoli poczęły wydobywać się słowa. - Ale po prostu nie umiałem... Nie potrafiłem nic zrobić, babciu! Po prostu nic...! - Spokojnie Rafałku - rzekła pocieszająco Urszula. - Spróbuj o tym nie myśleć. Chłopiec powoli otworzył oczy; znikającą w nich panikę poczęło zastępować zwątpienie i rezygnacja. Spojrzał w twarz swojej babci, na której malowało się współczucie. - Naprawdę nie potrafiłem...

*

Chłopiec siedział przy stole, wpatrując się bez większego zainteresowania w okno. Pogoda panująca na zewnątrz nie zmieniała się już od kilku dni. Rzadka mgła osiadała na szybie, a przez szparki w obramowaniu okna przeciskał się wiatr, wydając przy tym niepokojący świst. - Proszę - rzekła babcia. - Śniadanko już gotowe. Staruszka położyła na blacie podkładkę, postawiła na niej patelnię i usiadła po drugiej stronie stołu. Zapach jajecznicy dotarł do nosa Rafała i jego twarz rozświetlił uśmiech. - Dziękuję bardzo babciu. - Chłopiec sięgnął po talerzyk i począł nakładać na niego jedzenie, biorąc dodatkowo kromkę chleba. - Wiesz, że uwielbiam twoją jajecznicę? - Wiem, bo mówiłeś to już chyba z tysiąc razy - odpowiedziała z chichotem Urszula. - Jedz póki jest gorąca... A może chcesz mleka, Rafałku? - Nie, dziękuję - odparł chłopiec. - Później się napiję. Danie zniknęło błyskawicznie, z czego większość spałaszował Rafał. Staruszka przez cały czas spoglądała na swojego wnuka i z jej twarzy ani na moment nie zniknął uśmiech. - Dzisiaj ma przyjść do mnie pani Zdzisia - oświadczyła po chwili Urszula. - A kto to jest? - Spojrzał pytająco na babcię. - Moja najlepsza przyjaciółka - odparła. - Opowiadałam jej o tobie i bardzo chciała ciebie poznać. Mimo skinięcia głową i uśmiechu pojawionym tylko na wargach, Rafała naszło uczucie niepewności, którego nie potrafił do końca określić. Jedyną myślą, która przebiegła prawie niezauważalnie przez jego umysł, było pytanie: "Kim jest owa najlepsza przyjaciółka mojej babci?"

*

- Ojej! Jaki ładny chłopczyk! - stwierdziła stara kobieta, którą Rafał ujrzał po raz pierwszy w życiu. Od razu zdał sobie sprawę, że nie będzie potrafił jej polubić. - Masz na imię Rafał, tak? Ula wiele mi o tobie opowiadała. Mówiła, że jesteś jej ulubionym wnukiem. Rafał odwrócił wzrok od pooranej zmarszczkami twarzy i spojrzał na swoją babcię, na widok której poczuł ulgę. W tamtej chwili chłopiec mógł bez przerwy patrzeć na matkę swojego ojca, oby tylko przyjaciółka jego babci przestała się nim interesować. Zarówno wygląd jak i zapach, który otaczał niczym kokon "panią Zdzisię", wprawiał chłopca w obrzydzenie - kojarzył się mu on z gnijącym poszyciem leśnym, wśród którego egzystowały małe, ohydne stworzonka... Smród butwiejących liści emanował z pokrywającej ciało długiej, granatowej sukni. Zielona chusta zakrywająca zapewne niewielką ilość włosów kobiety, sprawiała wrażenie nieodłącznego elementu jej głowy. Szary szal otaczający szyję staruszki pokrywały ciemne plamy niewiadomego pochodzenia. Twarz natomiast, która z wiekiem nabrała brązowego odcienia i na której zagnieździły się plamy wątrobiane, wykrzywiał sztuczny uśmiech warg, za którymi kryły się tylko dziąsła. - Twoja babcia mówiła, że masz już 11 lat. Czy to prawda? - głos kobiety sprawił, że Rafała przebiegł dreszcz. Chłopak ponownie spojrzał w przykrytą maską dociekliwości twarz "pani Zdzisi". - Tak... - zdołał wydusić z siebie jedno słowo, po czym na chwilę zapadła martwa cisza. Rafał czuł, że przenikliwe spojrzenie staruszki świdruje jego umysł, próbując poznać jego myśli. Nie mogąc dłużej wytrzymać napięcia, chłopak uciekł wzrokiem, spoglądając na swoje buty; miał nadzieję, że ich widok ostudzi jego lęk. - Rafałek zawsze czuł się nieswojo przy nieznajomych - przemówiła ciepłym głosem jego babcia. - Kiedy cię lepiej pozna, to z pewnością cię polubi. - Mam nadzieję - odparła łgarskim tonem staruszka - bo ja bardzo lubię dzieci... Wnuk spojrzał niepewnie w stronę babci, którą na widok jego oczu przeszedł dreszcz i odczuła niepokój. Oczy Rafała lśniły jak u człowieka, który o coś bardzo prosi.

*

Kuchnia, w której zasiedli była niewielka, lecz była największym pomieszczeniem w całym domu. Babcia z jej "najlepszą przyjaciółką" zasiadła przy stole, tuż pod oknem. Rafał chociaż był namawiany przez staruszki, by usiadł bliżej nich, zdołał jednak odmówić i wybrał sobie miejsce w kącie. Uznał, że będzie tam bezpieczniej. - Czego się wstydzisz Rafałku? - spytała Urszula. - Przecież cię nie ugryziemy. Obie kobiety zaśmiały się. Chłopak kątem oka zerknął nieufnie na Zdzisławę. Chyba tylko on spostrzegł szyderstwo na jej twarzy. Zdawać by się mogło, że ten specyficzny półuśmiech jest przeznaczony wyłącznie dla niego. - Chyba się mnie nie boisz, co? Bo wyglądasz na przestraszonego - stwierdziła kąśliwie staruszka. Zjadliwy wyraz nie znikał z jej szkaradnej twarzy. - Mój wnuczek przez cały dzień jest jakiś taki...wyciszony - niepewnie objaśniła Urszula. - Zdaję mi się, że to przez te sny, które go ostatnio dręczą. - Sny? Masz jakieś koszmary, chłopcze? - spytała się wnikliwym tonem Zdzisława. Po plecach Rafała mimowolnie przeszedł dreszcz. Głos jego utkwił głęboko w krtani, wargi natomiast poczęły delikatnie drżeć. - Mniej więcej od dwóch lat wnuczka nękają sny o wężach - wyjaśniła babcia Rafała. - Wszystko zaczęło się od czasu, gdy został on zaatakowany przez żmiję. Na szczęście nic mu się nie stało. - To dobrze - pozorując zmartwienie rzekła "pani Zdzisia". - Nie ma się co dziwić, że śnią mu się teraz takie rzeczy. Obie kobiety spozierały na chłopaka, wprawiając go w głębokie skrępowanie. Wzrok babci był ciepły i współczujący, natomiast jej "najlepszej przyjaciółki" był pogardliwy, wyrażający jednocześnie podstępne knowanie. - To było dawno. Lepiej będzie, jak o tym nie będziemy wspominać, bo Rafał na pewno nie chce o tym rozmawiać. - Tak tak, lepiej o tym nie rozmawiać - odparła "pani Zdzisia''. Mimo tych słów, chłopiec nie miał wątpliwości, iż myśli tej dwulicowej staruszki są zupełnie inne. Był pewien, że ta zakłamana kobieta z największą chęcią rozgrzebywałaby wszystkie lęki, jakie zalegały w jego umyśle. Chłopak w tamtej chwili niczego bardziej nie pragnął niż opuszczenie towarzystwa tej fałszywej jędzy. - Babciu, mogę iść pooglądać telewizję? - rozpaczliwym wręcz tonem zapytał Rafał. - Czemu nie chcesz z nami jeszcze chwilę posiedzieć? - No bo... chciałem oglądnąć dobranockę. - Taki duży chłopczyk ogląda jeszcze bajeczki? - z drwiną zapytała Zdzisława. Obie kobiety spoglądały na niego z zaciekawieniem, oczekując odpowiedzi. Prawda była taka, że Rafał już od dłuższego czasu nie oglądał kreskówek. Miał być to tylko pretekst, by uniknąć dalszej obecności wśród staruszek, a zwłaszcza "najlepszej przyjaciółki" jego babci. Chłopiec nie wiedział, co ma odpowiedzieć, na szczęście pomogła mu Urszula przerywając milczenie: - No dobrze, niech wnuczek idzie pooglądać sobie te kreskówki. Przynajmniej nie będzie musiał słuchać biadolenia dwóch starych bab - zażartowała Urszula, chichocząc z własnych słów. Mimo, iż Zdzisława również się uśmiechnęła, to Rafał w jej oczach zdołał dopatrzeć się wściekłego rozczarowania. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, chłopak opuścił kuchnię i udał się do pokoju obok. W umyśle chłopca zagościło znikome uczucie swobody. Nareszcie jestem wolny, pomyślał.

*

Następnego dnia z samego rana Urszula wysłała Rafała do sklepu po drobne zakupy. Chociaż sklep znajdował się dość daleko od domu, to chłopak wybrał się tam bez żadnych zastrzeżeń. Wiedział, że ta niekrótka wędrówka nie będzie dla niego bezowocna. Gdy tylko usłyszał prośbę babci, począł zastanawiać się, co sobie kupić. Składającą się z czterech osób kolejkę do kasy, żółwim tempem obsługiwała starsza kobieta. Rafał dołączył do oczekujących ludzi, stając tuż obok dwóch mężczyzn. Stali oni przy oknie, rozmawiając i popijając przy tym piwo. Chociaż mówili niewyraźnym głosem (spowodowanym zapewne nadmierną ilością spożytego alkoholu) chłopiec zdołał jednak zrozumieć większą część ich pogawędki. - Eh, żal mi tej Mariolki - przemówił jeden z mężczyzn. - Biedne dziecko tak zginęło... Nikt nawet nie wie do końca, co to się jej stało... - A ja wiem - odparł drugi mężczyzna, w głosie którego wyczuć można było cień dumy. Stojący w kolejce ludzie momentalnie zareagowali, dyskretnie spoglądając na stojących obok okna chłopów. Mieli oni w okolicy reputację wiecznych moczymordów, jednak każda nowina i plotka była dla tych ludzi bardzo cenna. - Taa... A co ty możesz wiedzieć? - skarcił go towarzysz, pociągając jednocześnie spory łyk z butelki. - Dowiedziałem się co nieco od Józka . - Od Józka?! Boże, przecież ten stary piernik nawet nie pamięta, kiedy się urodził. Stojący przy kasie ludzie nadstawiali uszu, tak jakby właśnie głoszone było kazanie. Rafał, który nie wiedział, o czym jest mowa, również jednak przysłuchiwał się rozmowie obu mężczyzn. Jeden z nich zbliżył się nieco do drugiego, stwarzając konspiracyjne pozory. Chłopiec z ledwością zdołał dosłyszeć jego słowa: - Gadał mi, że widział na własne oczy śmierć dziewczynki... Wśród klienteli rozległ się ledwo dosłyszalny szept. Dyskusja dwóch pijusów wywierała na ludziach ogromne wrażenie, a ich słowa były dla nich wręcz na wagę złota. Drugi z mężczyzn ponownie napił się piwa, starając się ukryć swoje zainteresowanie. - Ee tam... Stary Józek zawsze opowiadał bzdury... - rzekł niepewnie. - Jego nie ma co słuchać... Nagle z kolejki wystąpił jeden z klientów. - A co ci opowiadał? - zapytał nie kryjąc zaciekawienia. Każdy w sklepie spojrzał uważnie na pijącego piwo mężczyznę, który prawdopodobnie posiadał jakieś nowe informacje o niedawnej śmierci dziewczynki. W sklepie zapadła cisza; każdy czekał na odpowiedź. Po krótkiej chwili stojący przy oknie mężczyzna począł mówić. - No więc...

*

Stłumionym beknięciem mężczyzna oznajmił światu swoją obecność w miejscu osobiście zwanym przez niego "ławeczką". Mianem takim określał on oparty o drzewo złamany konar, który od niepamiętnych czasów służył mu za osobistą oazę spokoju, gdzie zazwyczaj oddawał się rozkoszom delektowania się własnego wyrobu trunkom owocowym. Każdy kolejny wypity przez niego łyk utwierdzał go w przekonaniu, iż jest on wyśmienitym i jedynym w swoim rodzaju kiperem. Trzymając w jednej ręce do połowy opróżnioną butelkę, a w drugiej tlącą się resztkę kręconego papierosa, mężczyzna beztroskim wzrokiem spoglądał na leśne runo, zawieszając oko na każdym krzaczku i gałązce. Nie szczędząc sobie ani trochę, pociągnął spory łyk jeżynowego wina, oblizując przy tym wargi tak, żeby nie zmarnowała się ani jedna kropelka. Wino było po prostu wspaniałe, wręcz idealne. Dla Józefa, który nie mógł nacieszyć się jego smakiem, ten słodki napój stał się podstawą egzystencji. Nie uważał się jednak za alkoholika, co to, to nie. Był on najzwyklejszym w świecie człowiekiem, któremu harmonię w życiu pozwoliły odnaleźć leśne owoce (i odrobina cukru). Założenie jest tylko jedno: żeby pozostać w krainie ukojenia i szczęścia musiał do końca swych dni iść za rączkę z jego najlepszą przyjaciółką ostrężynką. Takie też plany miał na resztę życia. Mężczyzna przechylał właśnie butelkę do ust, kiedy do jego uszu dobiegł pewien dźwięk. Odgłos ten momentalnie zwrócił jego uwagę, gdyż wyróżniał się on spośród innych, których i tak za wiele nie było. Józef nastroszył uszy i niczym radar próbował wychwycić jakikolwiek szelest, szmer świadczący o tym, iż nie jest on już sam. Wytężył maksymalnie słuch i zachowując czujność niczym myśliwy na polowaniu, penetrował wzrokiem przestrzeń między drzewami. Przez krótką chwilę w lasku zapanowała kompletna cisza i mężczyzna zdał sobie sprawę, że trzyma powietrze w płucach. Ze świstem wypuścił je przez nos, przerywając stan przesadnego zainteresowania. Pieprzyć to! - skarcił się w duchu i wrócił do przerwanej wcześniej czynności, pochłaniając kilka haustów niezaprzeczalnie najlepszego wina na świecie. Płynąca przez gardło słodka ciecz natychmiastowo pozwoliła zamienić uczucie niepokoju na odprężenie... Przenikliwy pisk niczym grot strzały przeszył mózg Józefa. Cienki lecz ostry wrzask rozległ się tak niespodziewanie, że mężczyzna począł dławić się winem, które jednocześnie tryskało z szeroko rozwartych ust. Przypadkowy obserwator tego zdarzenia zapewne pomyślałby, że oparty o drzewo człowiek rzyga krwią. Tymczasem głośny, dziecięcy krzyk roznosił się wśród drzew, wdzierając się niczym fala tsunami wgłąb lasu. Spłoszone ptaki pozrywały się z gałęzi, ulatując we wszystkie strony. Trzymając się ręką za klatkę piersiową, mężczyzna szybko przestał krztusić się winem, jednak wyraz zaskoczenia i szoku ani trochę nie opadł z jego twarzy. Przypuszczenia, że gdzieś blisko niego ktoś się znajdował niezaprzeczalnie znalazło potwierdzenie. Teraz jednak nie miało to żadnego znaczenia; dla Józefa liczyło się tylko to, co się obecnie dzieje. Mężczyzna jednak nie miał bladego pojęcia, co jest grane i zastygł na chwilę zarówno w miejscu jak i czasie. Minęła niekrótka chwila zanim mózg mężczyzny wznowił pracę, wyrywając go ze stanu osłupienia, można by rzec wręcz paraliżu. Instynkt wziął jednak górę i mężczyzna zerwał się na równe nogi, będąc przez chwilę całkowicie pewnym, że nie utrzyma równowagi, lecz mimo zawrotów w głowie chwiejnym, acz szybkim krokiem ruszył w kierunku rozlegającego się wrzasku. Głośny, płaczliwy krzyk bez wątpienia musiał dobiegać z gardła cierpiącego dziecka, chociaż Józef miał wrażenie, że słyszy również zajadłe szczekanie zwierzęcia. Pośpieszny krok mężczyzny zamienił się w nieopanowany bieg, gdy nagle jego stopa trafiła w wystający z ziemi korzeń. Próbując złapać równowagę Józef począł machać rękami, jednocześnie wypuszczając z dłoni butelkę z winem. Ta poszybowała w powietrzu, kończąc swój krótki lot na drzewie i wybuchając setkami kawałków szkła i kropelek bordowego płynu. Mężczyzna runął na ziemię jak długi, lecz szybko pozbierawszy się ruszył dalej. Z każdym kolejnym krokiem, manewrując między drzewami, zbliżał się do miejsca, z którego z całą pewnością dobiegał wrzask dziecka, wrzask świadczący o tym, iż musiało ono niesamowicie cierpieć. Wtem Józef wypadł z pomiędzy drzew i znalazł się na przecinającej las wąskiej ścieżce. W jednej chwili zatrzymał się tak, jakby natrafił na ścianę. Stanął jak wryty i z rosnącym przerażeniem wpatrywał się w rozciągający się przed jego oczami widok. To co ujrzał było nie tyle koszmarne, co wręcz niewiarygodne. Widok wijącego się na ziemi ciała dziewczynki, której główka płonęła jasnym, pomarańczowym, żywym ogniem był tak zatrważający, że odebrał mężczyźnie siłę w nogach, które wygięły się jak kartka na wietrze i Józef runął na ziemię upadając na siedzenie. Oniemiały z przerażenia i nie będący w stanie uwierzyć w to co widzi, wpatrywał się w czołgające się po ziemi dziecko, które wrzeszcząc wniebogłosy niczym zarzynane zwierzę, biło się rączkami po główce, żarzącej się jak ogromny łepek zapałki. Tuż obok dziewczynki zdziczały kundelek, jak oszalały biegał tam i z powrotem, zawzięcie szczekając. Chociaż koszmarnie wrzeszcząca dziewczynka przewracała się z boku na bok, to ogień ani troszeczkę nie zmalał. Mężczyzna zdołał dojrzeć, jak skóra na jej twarzy obrasta brązowymi bąblami, pękając i topiąc się niczym ciągnący się na pizzy ser. Nigdzie nie widać było krwi. Tylko płomień, płomień i ulatniający się z główki czarny dym, którego swąd odczuwało się na kilka metrów. Osłupiały mężczyzna leżąc na ziemi chłonął tą koszmarną scenę, gdy nagle nie wytrzymał i zwymiotował, zalewając się rzygami jak niemowlę. Podczas gdy nim wstrząsały spazmy, wrzask dziecka powoli zaczął stawać się słabszy i słabszy, aż w końcu ucichł całkowicie. W powietrzu jednak nadal rozlegał się dziko brzmiący skowyt spanikowanego psa. Jeszcze przez jakąś chwilę oszalały kundelek piszczał, gdy w końcu puścił się biegiem wzdłuż ścieżki. Z każdą sekundą jego szczekanie stawało się słabsze, aż w końcu zupełnie zanikło. Zarzygany bordowym winem i resztkami obiadu, Józef powoli pozbierał się na nogi, co przyszło mu z dużą trudnością. Spojrzał na leżące przed nim ciało dziewczynki. Jej główka całkowicie pozbawiona skóry tliła się jak płonąca guma. Oczodoły pozbawione były gałek ocznych, a w miejscu nich zalegała ciemna masa wyglądająca jak samochodowy smar. Na czubku głowy znajdowało się coś czarnego i okrągłego. Mężczyzna nie mógł do końca stwierdzić, co to jest, chociaż na myśl przyszło mu to, że jest to czapka. Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. W tamtej chwili Józef już wiedział, co ma uczynić i nie zastanawiając się ani chwili dłużej uczynił to... Mężczyzna odwrócił się i uciekł w głąb lasu...

*

- I jak, był jeszcze chlebuś? - zapytała wnuka Urszula. - Tak, był. Masło i ser też kupiłem - odparł cicho. Mimo znacznego poruszenia, Rafał postarał się (chociaż z marnym skutkiem) uśmiechnąć się w sposób, który uwielbiała jego babcia. - Kupiłem sobie też chrupki. Przez chwilę stał w niepewności, oczekując reakcji babci, lecz na widok skrzącej się na jej twarzy wesołości, uszło z niego to lekkie ciśnienie, które ogarniało go prawie zawsze, kiedy zrobił coś bez zgody rodziców czy jak w tym przypadku babci. Kobieta zachichotała prawie niedosłyszalnie i wzięła od wnuczka reklamówkę z drobnymi zakupami. - Siadaj wnuczusiu, zrobimy zaraz coś na śniadanko - rzekła wyciągając zawartość torby. - Pewnie znowu masz ochotę na jajecznicę, co? Rafał uśmiechnął się, chociaż zrobił to trochę wymuszenie, nie chcąc pokazać swojego przygnębienia. Prawdę mówiąc, już po opuszczeniu sklepu zdawał sobie sprawę, że nieprędko będzie w stanie coś zjeść. - Tak babciu, nie ma nic lepszego niż twoja jajecznica - odparł - ale na razie nie mam ochoty do jedzenia. Kobieta odwróciła się i spojrzała na wnuka tak, jakby nie mogła uwierzyć własnym uszom, jednak na jej twarzy nie dało odczytać się takich emocji jak obraza czy niezadowolenie. Ucieszyło to Rafała. - Niemożliwe - uśmiechnęła się babcia - przecież ty zawsze masz ochotę do jedzenia. Mogę się założyć, że zjadłbyś nawet skorupki z jajek, gdyby ich zabrakło. Mimo kiepskiego humoru, Rafał roześmiał się, przez chwilę zapominając o powodzie swojego zmartwienia. Trwało to jednak niedługo i brak humoru ponownie rozgościł się w głowie chłopaka, obejmując swymi obślizgłymi palcami umysł Rafała. - Całkiem możliwe babciu, ale zdaje mi się, że napchałem brzuch tymi chrupkami - odparł, chociaż dobrze wiedział, że to nie jest prawda. - Wszystko przez to, że jesteś obżarciuch - stwierdziła kąśliwie choć żartobliwie Urszula. - Ale jak tylko będziesz znowu głodny, to mi powiedz, dobrze? - Dobrze. Chłopak odwrócił się i już miał iść w stronę swego pokoiku, gdy nagle stanął jak wryty, słysząc dobiegające z ust babci słowa: - Pani Zdzisia była dzisiaj u mnie. To było zaledwie kilka słów, prostych słów, lecz spadły one na Rafała niczym tona gęstej zawiesiny, składającej się z wszystkich koszmarów i lęków jakie dotychczas dane było mu spotkać i męczyć się z nimi. - Pytała się o ciebie - ciągnęła swą mowę kobieta. - Niestety śpieszyło się jej i nie mogła się z tobą spotkać, a chciała ci własnoręcznie coś podarować. Chłopak przełknął ślinę, zdającą się być ogromną, metalową kulą. Każde kolejne słowa dotyczące tej okropnie śmierdzącej i strasznie wyglądającej staruchy, budowały coraz to grubszy i większy mur zwany strachem. - Ale Zdzisia jest bardzo miła i postanowiła zostawić ci ten prezent. Idź go zobaczyć, jest w twoim pokoju. W tamtej chwili Rafał nie potrafił ani troszkę pozbyć się goszczącego w jego umyśle przerażenia, które mimo nie do końca określonego powodu, jak najbardziej istniało. Niczym stalagmit, chłopak stał jak wryty, nie potrafiąc się odwrócić i wydobyć z siebie żadnego słowa. Trudno w to uwierzyć, ale Rafał na myśl o Zdzisławie, którą w głębi duszy się brzydził i jednocześnie jej się bał, wpadł w swoistego rodzaju trans, podczas którego przerażony umysł ulega zniewoleniu. - Co się stało Rafałku? Wyglądasz jakbyś ujrzał ducha - rzekła zaniepokojona Urszula. Chłopak całą siłą woli próbował wyrwać się z żelaznego uścisku paniki i po chwili jego umysł począł powoli wracać do normalnego trybu pracy, uwalniając się z dziwacznego transu. - Wnuczku, dobrze się czujesz? - spytała poważnie staruszka. - Tak... - zdołał wydusić z siebie jedno słowo, lecz po chwili dodał jeszcze kilka. - Właściwie to nie... - O co chodzi? - z troską spytała swego wnuka. - Odkąd wróciłeś ze sklepu jesteś jakiś taki markotny. Stało się coś złego? Rafał podniósł wzrok i w tamtej chwili Urszula była już pewna, że Rafał jest bardzo zgnębiony, co można było wyczytać nawet na bladej jak papier twarzy. - W sklepie dwóch panów opowiadało o śmierci jakieś dziewczynki - przemówił cicho chłopak. - Mówili, że się spaliła... Babcia zbliżyła się do niego i położywszy rękę na jego ramieniu, skierowała i usadowiła go na krześle przy stole. Sama usiadła obok, jej mina wyrażała wtedy zmartwienie, które ma w swoim zwyczaju pojawiać się na twarzy człowieka, którego naszły smutne wspomnienia. Widać było po niej, że zbiera właśnie myśli, by móc zacząć mówić. - Nie chciałam ci o tym mówić, ale... tak, to prawda - rzekła w końcu. - Ta tragedia wydarzyła się trzy dni temu. Dziewczynka, która zginęła była troszkę młodsza od ciebie i na imię miała Mariolka. - Babcia starała się przekazać te informacje spokojnym tonem, mówiąc to powoli i "ostrożnie". - Znam dobrze jej matkę i tak się składa, że dzień przed tą tragedią byłyśmy razem ze Zdzisią odwiedzić ją. Wtedy też widziałam po raz ostatni Mariolkę. Chłopak ze stoickim spokojem (chociaż zdawać by się mogło, że jest nadal pod wpływem tego dziwnego transu) słuchał, co miała do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pani Zdzisia — czytnik · opowiadania