Komedia · 6 min czytania
Państwo Florek-Rozdz. I-Poznajemy Rodzinę Florków
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dokładnie piętnastego września o godzinie 6.35 w mieszkaniu Państwa Florek rozległ się przerażający wrzask. To Pani Janina Florek, stojąc na krześle w kuchni, wrzeszczała jak opętana. Przyczyna takiego stanu rzeczy była całkowicie przyziemna. Po prostu na podłodze w kuchni przechadzało się kilka karaluchów, a to jak wiadomo, w co bardziej wrażliwych kobietach wywołuje skrajne emocje. Krzyki obudziły resztę rodziny, najpierw pana Krzysztofa, później kota Żarłoka, a na samym końcu syna Tomka. Pierwszy do kuchni wbiegł Krzysztof, co dodało otuchy jego małżonce, która wydobyła z siebie pierwsze tego dnia zrozumiałe słowa. - Krzysiek, tam wszędzie są karaluchy. Zabij je na litość boską! Półprzytomny Krzysztof zaczął rozglądać się po kuchni. Faktycznie na podłodze zupełnie spokojnie, przechadzało się kilka robaków. Wystarczyło jedynie je rozdeptać i byłoby po sprawie. Pechowo przybiegł na bosaka, a deptanie ich gołymi nogami wydawało mu się niezbyt dobrym rozwiązaniem. Widząc jednak przerażoną minę małżonki, obrócił się, by wybiec z kuchni i przynieść kapcie. Niestety pech nie opuszczał rodziny, czego potwierdzeniem było pojawienia się kota Żarłoka, który rzucił się na pierwszego z brzegu karalucha i zaczął go zżerać. To nie spodobało się Janinie, która ponownie krzyknęła. - Krzysiek, nie pozwól Żarłokowi zjadać te ohydztwa. Krzysiek nie zdążył zareagować, gdyż do kuchni wbiegł Tomek, chwycił kota i próbował z jego gęby wyciągnąć karalucha. Oczywiste było, iż był z góry na przegranej pozycji, wszak karaluch był już w dużym i obszernym brzuchu ich pupila. Zszokowany Krzysztof patrzył na poczynania swojego syna. Również Janina wydała się zaskoczona jego zachowaniem i przestała krzyczeć. Pierwszy otrząsnął się Krzych, który widząc syna otwierającego paszczę kota i próbującego w niej znaleźć karalucha stwierdził, iż są to działania niedorzeczne i dodatkowo stwarzające realne zagrożenie dla niego. Porzucił tym samym swój zamiar szukania kapcia, zamiast tego podszedł do syna i chwycił jego ręce, uwalniając tym sposobem kota. Chwilowo niebezpieczeństwo przynajmniej na tym polu zostało zażegnane. Niestety Żarłok, korzystając z przywróconej wolności, rzucił się na kolejne karaluchy. Tomek tymczasem krzyknął. - Weźcie stąd Żarłoka, on pozjada wszystkie karaluchy. Ja je potrzebuję do szkoły! - Do jakiej szkoły, co ty u diabła mówisz!? – zapytał Krzysztof, jednocześnie chwytając kota, co uniemożliwiło mu zjedzenie kolejnego insekta. Ostatecznie kot wylądował zamknięty w łazience, a Tomek wraz ze swoim ojcem zaczęli chwytać robaczki i wkładać je do słoika. Po kilku minutach udało się zebrać sześć karaluchów, co oznaczało, iż operacja zakończyła się pełnym sukcesem. Wszystkie…